DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patria. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 maja 2016

Maj i Piłsudski...



12 maja 1926 roku Józef Piłsudski dokonał zamachu na legalnie i demokratycznie wybrany rząd. Przygotowania trwały rok, a prowadzili je głównie generałowie Orlicz-Dreszer, Rydz-Śmigły, Sosnkowski, Wieniawa-Długoszewski i Żeligowski. Dywersyjną pracą w sejmie i w prasie kierowali Świtalski, Sławek, Prystor i Skwarczyński. To oni wciągnęli Piłsudskiego do zamachu dla własnych, osobistych, materialnych korzyści, co nazwijmy po prostu zbrodnią.  Miejscem spotkań był najczęściej Sulejówek lub dom Świtalskiego. Piłsudski, który sam nie umiał kupić nawet papierosów i pudełka zapałek (tak o tym mówił), chciał objąć władzę w państwie, a dokładniej miał zamiar skupić w jednej ręce sprawy wojska i polityki zagranicznej. A wszystko w imię ratowania Polski przed nieprawymi ludźmi. Mimo ścisłej tajemnicy prezydent otrzymał informację o planowanym puczu i dwa dni przed zamachem wezwał Piłsudskiego do Belwederu. Tenże zaprzeczył przygotowaniom. Jednak na dowódcę wojsk przygotowywanych do zamachu już od dawna był wyznaczony wspomniany Orlicz-Dreszer (chłopiec, który sprzedawał „Robotnika” i został później generałem).
Rano 12 maja Piłsudski wyjechał z domu z zamiarem powrotu na obiad. Był pewien, że przejęcie władzy odbędzie się po demonstracji siły, a nie przewidział odmowy zgodnego zazwyczaj prezydenta Wojciechowskiego (też dawny kompan związany z „Robotnikiem”).  Podczas słynnego spotkania na moście Poniatowskiego usłyszał kategoryczną odmowę, bo prezydent i rząd postanowili STAĆ NA STRAŻY PRAWYCH WŁADZ PAŃSTWA I HONORU WOJSKA POLSKIEGO. A Piłsudski jeszcze podszedł do kompanii podchorążych i dobrotliwym głosem zapytał: „no cóż, moje dzieci, nie przepuścicie mnie?”... Usłyszał gromkie: „nie przepuścimy!” połączone ze szczękiem zamków karabinowych.
Potoczyły się tragiczne wydarzenia, w czasie których swoi ze swoimi bili się w Warszawie. Dowódcą wojsk rządowych został gen.T.Rozwadowski, a szefem sztabu W. Anders. Ich sytuacja była bardzo trudna, gdyż przygotowywany przez zamachowców na premiera Bartel zlecił kolejarzom zatrzymywanie pociągów wiozących wojsko na pomoc prezydentowi.
Walki trwały. Z Okęcia nadleciały samoloty pod dowództwem gen. Zagórskiego i zrzuciły bomby [za co zresztą Zagórski, podobnie jak Rozwadowski – za wierność przysiędze wojskowej - zapłacili później śmiercią]. Tragiczną była sytuacja cywilów, którzy nie spodziewając się użycia broni, tłumnie wylegali na ulice, zwiększając liczbę ofiar. Po trzech dniach walk straty wyniosły  379 zabitych (wojskowych i cywilów) i 920 rannych. To Polacy strzelali do Polaków... Tej zbrodni Piłsudskiemu zapomnieć nie możemy...
Nazwał tak zamach sam ks.Panaś - były kapelan wojsk legionowych Piłsudskiego – i w czasie pogrzebu ofiar bratobójczych walk wypowiedział pełne żalu słowa, że musiał patrzeć na największą zbrodnię popełnioną przez Piłsudskiego. Zerwał z piersi ordery i rzucił je pod nogi gen. Dreszerowi. W kościele zalegała grobowa cisza, a obecna generalicja pospuszczała głowy...

Piłsudski po krwawym przejęciu władzy rozpoczął formowanie swojego rządu i wszczął represje wobec przeciwników politycznych, czym pogwałcił podstawowe prawa w demokratycznym państwie.

W tym samym dniu, w którym dokonał zamachu, zmarł również kilka lat później... Nasz "drogi" wódz... 

środa, 2 marca 2016

DZIEWCZYNY WYKLĘTE...


...WALCZYŁY, KOCHAŁY I UMIERAŁY ZBYT MŁODO DLA OJCZYZNY...



Jest 31 marca 1945 roku. Nad brzegiem Sanu zatrzymuje się samochód. Po przeprawie promem wysiadają dwaj uzbrojeni mężczyźni, a między nimi widać młodą kobietę. Idą w kierunku zabudowań.  Nagle jeden skinieniem głowy nakłania dziewczynę do ucieczki. Gdy ta podrywa się do biegu, pada trafiona serią z pistoletu maszynowego...
Kim była zamordowana?
Janina Przysiężniak z d. Oleszkiewicz urodziła się w podkarpackiej Kuryłówce w 1922 roku. W wieku osiemnastu lat miała już małą maturę i za sobą zaprzysiężenie do NOW-AK. Po przeszkoleniu w zakresie sanitarno-łącznościowym  nie miała wątpliwości, że trzeba stanąć do walki. Przybrała pseudonim „Olcha”, który zmieniła po poznaniu „Ojca Jana”. Została wtedy „Jagą”. A kim z kolei był wspomniany „Ojciec”? Niech nie zmyli nikogo konspiracyjny pseudonim. Ten młody, przystojny i opiekuńczy wobec swoich podkomendnych dowódca (stąd miano) i piękna blondynka o niebieskich oczach poznali się na weselu przyjaciółki i... zakochali. Ślub zaplanowali w drugi dzień Bożego Narodzenia 1943 roku, niestety na skutek zdrady nadciągnęły niemieckie tyraliery i rozegrała się bitwa. Franciszek i Janina stanęli na ślubnym kobiercu po dwóch tygodniach, ale tym razem bez partyzanckiej asysty, z jednym świadkiem, a akt małżeński został głęboko ukryty w jarocińskim kościele. Niepokój panny młodej budził wystawiony katafalk i rzeczywiście małżonkom nie było dane żyć długo i szczęśliwie.
Ostatni raz widzieli się w Wielki Piątek 1945 roku. Święta ze względów bezpieczeństwa mieli spędzić osobno. Smutne, ale konieczne było to rozstanie. Wiedzieli, że są poszukiwani przez NKWD. Jan miał spędzić Wielkanoc w leżajskim klasztorze, a Jaga – będąca w błogosławionym stanie – udała się do domu siostry Marii Dolnej. Tam znaleźli ją ubowcy, wywlekli z domu, by po całonocnych torturach odwieźć na miejsce kaźni. Znane jest nazwisko mordercy – to Andrzej Machaj strzelił do brzemiennej kobiety, raniąc ją śmiertelnie...
Pogrzeb w Wielkanocny Poniedziałek  był wielką manifestacją. Kilka partyzanckich oddziałów w pełnym rynsztunku, gotowych na wszystko. Ostatnia droga Jagi i zamordowanego z nią dzieciątka z honorami – szpaler przed kościołem, salwa nad grobem... A na skromnej mogile wciąż ktoś dopisywał: „Zamordowana przez UB”. Kiedy po latach Franciszek Przysiężniak opuścił więzienie, często widziano go pochylonego nad mogiłą najbliższych...
Historię Jagi opisał m.in. Szymon Nowak w książce "Dziewczyny Wyklęte". Znajdziemy tam jeszcze kilkanaście porywających opowieści o walce i dramatycznych wyborach. Do czytania nie tylko 1 marca z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.



czwartek, 25 lutego 2016

Sama się dziwię...

... że tak kruchy i łatwopalny papierowy dom trwa już PIĘĆ LAT.
Dziś są jego urodziny... Przetrwał, choć gospodyni ta sama, ale jednak menu inne. I goście inni. Wierni, jednak też przypadkowi. Zapukali, ugościli się i wracają. To cieszy. Bo wydawać by się mogło, że teraz epoka homo videns. Wystarczą obrazki, a jeszcze lepiej filmiki.
Zatem i ja Was uraczę deserem w postaci propozycji lekturowych dla najmłodszych. Bo starsi już wiedzą, co czytać.
Rozsiądźcie się wygodnie, popatrzcie i posłuchajcie... Świat prawych lektur istnieje...



czwartek, 21 stycznia 2016

WITOS – WŁAŚCICIEL WIELKIEJ BIOGRAFII



W styczniu kolejna rocznica urodzin Wincentego Witosa. Wydała go galicyjska ziemia i może być dumna, bo wyszedł poza opłotki rodzinnej wsi, by trzykrotnie stanąć na czele rządu. Nic nie zapowiadało takiej kariery. Rodzina mieszkała w jednym pomieszczeniu, często głodując. Pięcioletniego chłopczyny pasącego krowę nie rozczulała ukwiecona łąka, falujące złote łany ani dzwoniący skowronek. Twardo postanowił zawalczyć o swój byt. Dane mu było spędzić cztery zimy w szkolnej ławie, ale już wtedy wyróżniał się wśród rówieśników i zagłębił się w lekturach. „Czytałem, wierzyłem i bolałem. Nieraz szlochałem całą noc, nie mogąc znieść krzywdy, jaką Polsce i Polakom wyrządzono” – wspominał potem czas zaborów. Został samoukiem i zawzięcie zaspokajał głód wiedzy, przy okazji kształtując prawy światopogląd. Po zdjęciu wojskowego szynela, sięgnął po pióro. Pisał o tym, co mu najbliższe, a więc o sprawach wsi i o ruchu ludowym. W szybko postępującej politycznej karierze niezmiennym punktem programu była integracja chłopów z narodem. „Stać chcemy na naszym narodowym gruncie!” – podkreślał.
            Z nadzieją – jak i inni Polacy – upatrywał szans na odzyskanie niepodległości w momencie, gdy za łby wzięli się nasi zaborcy. „Bez wielkiej wojny i wstrząśnień nie może Polska powstać” – prorokował. I nie stał biernie z boku. M.in. wyjechał do Szwajcarii, gdzie spotkał się z uwielbianym Sienkiewiczem. O czym rozmawiali rozmiłowani w narodzie?...
            Druga Rzeczpospolita to już udział w pracach rządu. Przyszły premier ocenił jednoznacznie powołany przez Piłsudskiego lewicowy rząd Moraczewskiego, włączając się do działania dopiero wtedy, gdy na czele rządu stanął Paderewski. Witos stał się duszą kampanii wyborczej „Piasta” z hasłem - ILE ZIEMI, TYLE OJCZYZNY. Jeszcze później będzie się zwracał do niego Piłsudski z propozycją objęcia sterów, a powód? Jak na marszałka przystało – prozaiczny. Przypominał sobie o ludziach wtedy, kiedy byli mu potrzebni, a tym razem zależało mu na pozyskaniu mas chłopskich w chwili zagrożenia niepodległości. Gdy Witos w 1923 roku po raz kolejny stanie na czele rządu, podkreśli konieczność utrzymania narodowego, polskiego charakteru w ustroju, głosząc: „rząd tworzyć będą wyłącznie Polacy!”. To już się mniejszościom nie spodobało... PPS wywoływała strajki w całej Polsce, a przedstawiciele stawali przed premierem z warunkami przerwania zamieszek, jednak Witos był niezłomny.
            Największy cios dla polskiego parlamentaryzmu dopiero miał nadejść... To „gwałt warszawski” w 1926 roku, po którym Piłsudski i „włodarz sejmu” stali się wrogami.  Mawiano, jak to premier-chłop został obalony przez marszałka-szlachcica, aresztowany i uwięziony w brzeskiej twierdzy. Po latach wspomnienia Witosa są wstrząsającą lekturą! Więźniowie byli bici, poniżani  i traktowani jak szkodliwa zwierzyna. Zatrzymano niemal pięć tysięcy działaczy, w tym 80 posłów i senatorów. Ostateczne przejęcie władzy przez Piłsudskiego przebiegało w atmosferze represji, szantażu, pogróżek... Na nic zdało się uznanie prokuratora dla trzykrotnego premiera, który w czasie procesu brzeskiego powiedział o nim:  „Polska może być dumna, że ma takiego chłopa”.
            Witosowi pozostała ucieczka przed wyrokiem i uwięzieniem. Wygnany  z ojczyzny i z ojcowizny w Czechosłowacji działał nadal, kontaktując się m.in. z J.Hallerem, W.Korfantym, I.Paderewskim i Wł.Sikorskim. To realizacja koncepcji zjednoczenia autorytetów, w finale mająca doprowadzić do konsolidacji ogólnej. Ale i Niemcy o naszym dzielnym polityku nie zapomnieli i próbowali namówić go do tworzenia „polskiego rządu”. Nie udała im się sztuczka jak z Piłsudskim! Jednak Witos podupadał na zdrowiu, a przed nim jeszcze aresztowanie córki, śmierć żony, kolejne więzienie... Zmarł 31 października 1945 roku w Krakowie. Lawecie towarzyszyły las sztandarów i tysiące wieńców. Chłopi o nim nie zapomnieli... Wszak „wyrósł z ludu, wychował się pod strzechą chłopską i pozostał wierny tej chłopskiej strzesze i środowisku, w którym wyrósł...”

[szkic do portretu oparłam na biografii napisanej przez Andrzeja Zakrzewskiego – cytaty stamtąd]

sobota, 26 grudnia 2015

CHCEMY ODPOWIEDZI - PO CO MY UMARLI?



Moja wina... Popełniłam grzech zaniechania... Widziałam linki zachęcające do obejrzenia „Zmartwychwstania” Lusi Ogińskiej, ale po kliknięciu okazywało się, że to niemal trzy godziny oglądania! Jeszcze wtedy nie przypuszczałam, że to czas obcowania z ARCYDZIEŁEM... Moja wina... Zatem biegnę z zadośćuczynieniem...

Zamysł artystyczny przedni. W bronowickiej chacie po stu latach odbywa się kolejne wesele. Taki kaprys miał pan młody – polonista, a że z nauczycielskiej pensyjki nie podołałby, pomaga bogaty teść. Wśród gości rasowy polityk, zaraz potem bankier, jest i modelka, reżyser, poetka, ksiądz, jak również wynajęty na tę okazję prosty chłop. Bawią się znakomicie, a żywe dialogi oddają kondycję obecnych elit. Padają słowa dotyczące wyznawanych wartości, życia politycznego, ale i rodzinnego. Bo już w trakcie wesela tajemnicą poliszynela staje się zdrada, jakiej dopuściła się panna młoda, a dopiero co poślubiony Jasiek rozpacza, że chciał budować dom na zgniłym fundamencie. Jeśli taka rodzina, to jaka ma być Polska? „Kłamstwo, fałsz, nepotyzm – to wasz polski patriotyzm!” – wykrzykuje. Zdrada domu i zdrada ojczyzny to ta sama zdrada!

Słowom tym zdają się wtórować goście „z tamtych stron – gdzie się czas w wieczności topi”. Po północy do weselnej izby pukają echa historii i snują się zmory, widziadła, zjawy...
Quo vadis, homine? – pytają... Przyszłość płacze krwawymi łzami, jest pusta i gniewna. Wieszczy, że nie będzie ludzi, jeno uczłowieczone zwierzęta. Na dźwięk trąbki ożywa też przeszłość. Budzą się z letargu bestialsko pomordowani, zgładzeni, powieszeni, usieczeni... Ruszyli z wiecznego odpoczynku, bo zbudziła ich płacząca polska dusza. ”Chcemy odpowiedzi – po co my umarli?!” – to głosy żywych sumień, czujących swąd zdrady. A żołnierz prosi: TYLKO PAMIĘĆ W SERCU MIEJ... Jakże przejmująco brzmią słowa:
„Dzisiaj mnie ojczyzna woła... Słyszysz? Dzwon u kościoła!
Larum, larum gra. To ojczyzna woła, łka. Bronić trza!”
Polska nas uwiera i boli. Ale sama niczym skrzywdzona matka szlocha, bośmy wszystko zatracili, a syny na niej suknię rozdzierają... Chociaż świt nadzieją pachnie. Jedynie poetka poddaje w wątpliwość niepodległość Polski i prorokuje złowróżbnie...

Im bliżej końca dramatu, tym bardziej treści patriotyczne zagęszczają się. Do korowodu dołącza tajemniczy skrzypek i już otwarcie szydzi z weselników – nie opuści chaty, bo został tu zaproszony, żeby grać! „Cała Polska w tych ścianach! Całą Polska pijana!” – i zabawia się z gośćmi, mami... Niknie głos rozsądku: „My nie możemy spać!” Zamknięci w chaosie, bezwolni, a szatan krąży i zaciska pętlę na szyi... I niczym w chocholim tańcu podążamy za diabelskim skrzypkiem.
„Wy możecie Polskę mieć, ale wam się nie chce chcieć!
Wykopaliście jej grób, na nic teraz łzy, skamlanie.
Polska to szatański łup!”
Czy uratuje nas pojawienie się w finale Chrystusa? Czy wytarguje z diabłem polską duszę?...

To dzieło porównywalne z kreacją Wyspiańskiego. Scenariusz Lusi Ogińskiej podparł mistrzostwem reżyser Bohdan Poręba, a grą zaszczycili (pod groźbami!) wspaniali aktorzy  krakowskich scen. Atutem spektaklu jest muzyka Piotra Kiziora – chwilami monumentalna, często niespokojna, wręcz diaboliczna, wzbogacona kurantami, dzwonami, tykaniem zegara. Należy się tej sztuce wpis serdeczny. Nadchodzi CZAS WIELKIEGO PATRZENIA...

czwartek, 12 listopada 2015

11 LISTOPADA BEZ PIŁSUDSKIEGO...



Co naprawdę świętujemy tego dnia? Przekazanie przez Radę Regencyjną zwierzchnictwa nad wojskiem Piłsudskiemu. Nie jego dziełem było odbudowanie Polski, bo to owoc polityki prowadzonej od lat przez wielkich tej miary co Dmowski czy Paderewski. Piłsudski znalazł się w Polsce niepodległej, ale tylko sprawował władzę. Czy znalazł się przypadkiem? O tym dzisiaj...

Koniec wojny zastał go w internowaniu w Magdeburgu. Wróćmy do 22 lipca 1917 roku i do momentu „aresztowania”. Nie ma lepszej propagandy dla graczy politycznych niż ich uwięzienie (sam prosił Niemców o uwięzienie – pismo do Beselera z 18 lipca). Tak stało się w przypadku Piłsudskiego, który natychmiast stał się „więźniem sumienia” (niczym Wałęsa w Arłamowie czy reszta opozycji demokratycznej –   w obliczu klęski, widząc w Piłsudskim nadzieję na zneutralizowanie powstającej Polski. Misji mediacyjnej podjął się hrabia H.Kessler, który odwiedził więźnia 9 listopada i zapowiedział odwiezienie go i Sosnkowskiego specjalnym pociągiem (salonką – jak Lenina) do Warszawy. Niespodzianki nie było, bo już dwa tygodnie wcześniej w egzemplarzu „Die Woche” Piłsudski zobaczył swoją fotografię jako ministra wojny! Czy rzeczywiście wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku „niepodległość” – jak sam to określił?  Absolutnie! Już następnego dnia po przyjeździe do Warszawy spotkał się z partyjnymi towarzyszami. Gdy 14 listopada RR przekazała mu władzę cywilną, przystąpił do tworzenia rządu. Misję tę powierzył socjaliście Daszyńskiemu, choć ten toczył także rozmowy z endecją. Po jego rezygnacji na czele kolejnego rządu stanął również socjalista i były oficer I Brygady – Moraczewski. Lewicowy rząd miał być mniejszym złem dla odradzającej się Polski, prób scalania organizmu po doświadczeniach trzech zaborów i nieuniknionych sporów. Tak samozwańczy marszałek został w legendzie jako zbawca, który twardą ręką wygasił sejmowe kłótnie i wielu marzy o sklonowaniu go, by stał się  antidotum na dzisiejsze polskie waśnie w rządzie. I tu czas powiedzieć o silnej opozycji wobec rządzącego obozu politycznego. Była to Narodowa Demokracja od 1928 roku występująca jako Stronnictwo Narodowe. Zarzucała ona ekipie Piłsudskiego zaprowadzenie w kraju dyktatury i brutalne łamanie prawa. Ostateczny zamach na demokrację dokonał się w 1926 roku, a skutki odczuwamy do dziś...

Michnik, Kuroń, Modzelewski...). W powszechnym wyobrażeniu cierpiał w celi twierdzy magdeburskiej. Naprawdę miał do dyspozycji trzypokojowe lokum w budynku służbowym, ogród, pobory w markach, a przydzielony ordynans przynosił mu z hotelowej restauracji posiłki i robił zakupy. Mógł pisać, czytać, zwiedzać miasto, korzystać z zabiegów rehabilitacyjnych... O takich warunkach uwięzieni po zamachu majowym na jego rozkaz generałowie mogli tylko pomarzyć. Wypoczynek trwał 16 miesięcy i podobno dłużej niż był ustalony z gen. Beselerem. Niemcy przypomnieli sobie o brygadierze.

Co jednak z naszą ledwie odzyskaną wolnością?
Wróćmy do listopada... W Warszawie władzę objęli niemieccy agenci realizujący pakt nienaruszalności ziem byłych zaborów austriackiego i pruskiego.  Wielkopolska czy Śląsk same musiały wywalczyć prawo przynależności do Polski! Nasz drogi wódz skierował wzrok  na wschodnią stronę i zadbał o rodzinne Wilno, by potem zaraz wywołać awanturę kijowską, ale Lwów już wsparcia nie otrzymał! Rozwadowski dwukrotnie otrzymał rozkaz poddania miasta i dzięki Bogu go nie wykonał, a połowa pochowanych na Cmentarzu Orląt to ofiary obojętności Piłsudskiego...
Dla niedowiarków garść cytatów, jak ten z przemówienia na zjeździe legionistów w Krakowie z lata 1922 roku: „Duma moja milknie zupełnie, gdy pomyślę, że nie my, nie Polacy, nie nasze wysiłki ten szalony przewrót uczyniły, że dziś w Krakowie, w Wilnie czy w Poznaniu (...) hymn polski się rozlega (...)”. Pytam głośno – jeśli nie Polacy, to kto nam tę Polskę wywalczył?! Piłsudski nie wiedział, bo był zajęty zdobywaniem władzy i tworzeniem państwa policyjnego, a odbudowa niepodległej Polski była dla niego niespodzianką! Nie wiedział, że 28 grudnia w momencie wybuchu powstania w Poznańskiem nie było  ani jednego polskiego oddziału, a jedynie pospolite ruszenie cywilów, które po pięciu miesiącach  zamieniło się w dwustutysięczną armię? Podobnie było w Krakowskiem, Kieleckiem, Lubelskiem, czy w odciętym i oblężonym Lwowie, który wspomnę raz wtóry. I dalej w tym samym przemówieniu Naczelnik wypowiedział swe słynne słowa o wyrzeczeniu się Wielkopolski: „Braci Wielkopolan z góry musiałem ze swego rachunku wykreślić”. W jego mniemaniu było niczym w piosence wojskowej: „I ni z tego, ni z owego, była Polska na pierwszego”. Nikt nie walczył, nikt kraju nie odbudowywał, a powstał on automatycznie. Bez wiedzy marszałka – powiedzmy to w końcu uczciwie. I nie umieszczajmy go na plakatach czy w memach związanych z listopadowym świętem...

piątek, 23 października 2015

Lasowiacka trylogia



Wiatr mną miotał po kraju ojczystym i nie wiem, skąd ja rodem... Ale na ziemi LASOWIAKÓW dane mi było spędzić lata sielskie... Rozkołysane łany zbóż pokolorowane makami i chabrami, przydrożne Jezuski frasobliwe, umajone kapliczki, wianki oktawne, wieczory pachnące maciejką i nabrzmiałe kumkaniem, podmokłe łęgi i piaszczyste łachy, brody niosące ulgę stopom pokłutym przez ścierniska... Ech, dać się wchłonąć małej ojczyźnie...
Wspomnienia ożyły za sprawą spotkania związanego z promocją trzeciej już części lasowiackiej trylogii. Po „Słowniku gwary” i „Kuchni lasowiackiej” czas na „Obrzędy i zwyczaje...” tej grupy etnicznej zamieszkującej onegdaj widły Wisły i Sanu. Przybyły na spotkanie - a jakże! – przaśne Lasowiaczki w haftowanych strojach, niemalowane, nieupudrowane dziewczyny. Wśród nich babka Hanka, która swą bezpośredniością podbiła serca wcale nie niewieście ;) Bo dawno temu jeździła simsonem i „robiła in vitro”, teraz radzi, jak pozbyć się kurzajek i zaprasza na wiliję z kapustą... A i śpiewać potrafi, na przykład o dziewczynie, co to:
„pobladła, pobladła, już się nie rumieni, po lesie chodziła, chłopcy wianek wzieni..”
Spotkanie gawędziarskie, zacni goście, wspólne śpiewanie o czerwonych makach – wprowadziły w magiczny nastrój i szybko w niepamięci nie zginą. I ja miałam swoją minutę, gdy profesor Gondek pracujący dla PAN wspomniał, jak to nazwałam go na blogu lasowiackim Kolbergiem... Serce roście...
Przestańmy się wstydzić, że jesteśmy  Polakami! Podtrzymujmy lokalne tradycje i lokalną tożsamość!


niedziela, 18 października 2015

Cześć, chwała i wieczny spokój Orłu między Orlętami...



Dziś poświęcam wspomnienie temu, który był PIERWSZY MIĘDZY WSZYSTKIMI. To generał Tadeusz Jordan Rozwadowski. Czas uczcić pamięć tego  wielkiego Polaka, genialnego wodza i żołnierza z krwi i kości w rocznicę jego skonu. Zatem garść faktów z życia, by zapoznać z tą świetlaną postacią.
Wydała go podkarpacka ziemia. Przyszły  wielki wódz ujrzał świat w polskim dworku stojącym na skraju ruskiej wsi Babin. Bystry umysł chłopca chłonął opowieści ojca - gorącego patrioty - o czynach przodków, o wojennych wyprawach i nieszczęśliwej ojczyźnie. Stąd potem decyzja, aby po ukończeniu lwowskiego gimnazjum kształcić się wojskowo, by Polsce się przysłużyć. Uformowany w szkołach oficerskich, w trakcie manewrów i w wojennych zawieruchach budził zachwyt cesarzy – Wilhelma II, cesarza Franciszka Józefa i króla rumuńskiego Karola I (przyczyna późniejszej zawiści Piłsudskiego?).
Aż nadszedł czas pierwszej próby, gdy Lwów broczył krwią i oczy patriotów zwróciły się na generała, widząc w nim jedyny ratunek sprawy narodowej. Nie zawiódł. Cztery twarde miesiące bitew i bitewek, wypraw i zasadzek oraz genialne posunięcia pozwoliły wyzwolić miasto spod ukraińskiego knuta, choć dwukrotnie z Naczelnego Dowództwa otrzymał wskazówki, by pozostawić miasto własnemu losowi. Jednak po zwycięskiej obronie Lwiego miasta odebrano mu to zwycięstwo i wysłano z misją do Paryża. Gdy jednak w lipcu 1920 roku łapy hajdamaków wyciągały się w stronę Warszawy, Naczelnik Państwa w owej krytycznej chwili postawił najwłaściwszego człowieka na właściwym miejscu. Gdy inni zawiedli, Rozwadowski powiedział: ZWYCIĘSTWO RÓWNA SIĘ WOLI. Wygrał, choć przegrał, bo i ta gloria spłynęła na Piłsudskiego.
Aż nadszedł dzień, który zadecydował o przyszłości generała. Wypadki warszawskie 1926 roku – to zamach na legalną i demokratycznie wybraną władzę. Rozwadowski opowiedział się po rządowej stronie, co skutkowało aresztowaniem i przewiezieniem do więzienia na Antokolu w Wilnie. Wrócił do ukochanego Lwowa, schorowany, nie doczekawszy się uniewinniającego procesu. Śmierć usunęła go z gry małych interesów i małych ambicji. Stanął przed Sędzią Najwyższym. A za trumną szedł Naród cały...
Tekst powstał na podstawie książki „Generał Rozwadowski” (reprint z 1929 roku).


niedziela, 9 sierpnia 2015

W dniu urodzin Dmowskiego




Uciekam od encyklopedycznych biogramów. Jakże inne i bogatsze informacje daje nam album Roman Dmowski. 1864-1939 pod redakcją Jana Engelgarda! Chronologia jest, owszem. Zatem poznajemy młodziana, który osiągniętą pozycję zawdzięczał wyłącznie sobie (brak koneksji rodzinnych, sytuacja materialna). Start trudny, bo w szkole średniej zetknięcie z rusyfikacją i trzykrotne powtarzanie klasy, a formą ucieczki okazały się uczniowskie konspiracje. Potem studiowanie biologii zwieńczone doktoratem, a w tle wciąż konspiracja, co zaprowadzi pana Romana do celi. Przewodniczenie Lidze Narodowej, redagowanie „Przeglądu Wszechpolskiego”... – to znamy. I echa prorosyjskiej postawy, o której sam napisze później w liście do Paderewskiego: „fraternizowałem się z bydłem”. 
W 1914 roku mamy przed sobą już czołowego polskiego przywódcę o jednoznacznej orientacji antyniemieckiej, który wyjeżdża na Zachód i prowadzi skuteczną rozgrywkę o polską sprawę. Jej finałem będzie wersalskie zwycięstwo. Jednak nieobecność w kraju, choroba i rekonwalescencja spowodują, że przegra z Piłsudskim walkę o władzę, choć wygra tę o „rząd dusz”. To jemu zawdzięczamy narodowe ożywienie i identyfikowanie się z Ojczyzną, co zaowocuje w chwili, gdy trzeba będzie chwycić za broń i pójść do okopów.
Ale przeglądany album to nie tylko przywołana biografia, ale przede wszystkim skarbnica nieznanych materiałów i bezcennych pamiątek! Zobaczymy tu Dmowskiego jako erudytę, człowieka zanurzonego w kulturze (przyjaźnił się z Reymontem, Kasprowiczem, Wyspiańskim, Lutosławskim...). Może zdziwi nas obecność Bronisława Piłsudskiego, który popierał Dmowskiego. Znajdziemy też fotokopię pierwszego artykułu ( „Używanie życia”) i zdjęcia intymnej korespondencji z kobietami, które jawnie przeczą pomówieniom rzucanym dziś  przez wrogów, dotyczącym orientacji seksualnej Dmowskiego... Mamy też początek oszczerstw zafundowanych przez sanacyjną klikę, a zapoczątkowanych przez Wincentego Rzymowskiego........ To wszystko trzeba po prostu zobaczyć i przeczytać!
Spędzam piękną niedzielę z Romanem Dmowskim, co zawdzięczam Redaktorowi. Dziękuję.





poniedziałek, 22 czerwca 2015

Krzyk, który posłyszałaby cała Polska



KTOŚ MUSIAŁ RZUCIĆ NARODOWI W TWARZ, ŻE ZNAJDUJEMY SIĘ NAD PRZEPAŚCIĄ...
Tym kimś był Adam Doboszyński. Rok 1936. W kraju nasilają się niepokoje społeczne, przetacza się fala strajków, a w starciach z policją zginęło około 40 demonstrantów. Dochodzi do dramatycznych napięć między Polakami a Żydami. Doboszyński – chcąc obudzić opinię publiczną – organizuje wyprawę myślenicką przemyślaną jako „demonstrację, jako krzyk, który posłyszałaby cała Polska”. W nocy 22 na 23 czerwca w kierunku Myślenic wyrusza grupa około 50 narodowców. Są uzbrojeni. Najpierw docierają na posterunek, gdzie poturbują policjanta. Później zdemolują kilka żydowskich sklepików, by w końcu dotrzeć do mieszkania starosty. Tam padną znamienne słowa, że przyszli mu „podziękować za zgnębienie idei narodowej”.
Z odsieczą wyruszyły natychmiast wierne oddziały policji, które zaprowadziły „porządek”.  Doboszyńskiego czekał najgłośniejszy proces w przedwojennej Polsce. Śledziła go opinia publiczna i relacjonowali dziennikarze. I o to chodziło! Sala sądowa stała się trybuną, z której oskarżony mógł swobodnie wygłaszać poglądy na temat tego, co działo się w kraju. Grzmiał na przykład o panującej nędzy: „Nigdy bym nie pomyślał, że może być taka nędza po osiemnastu latach niepodległości”; o dominacji gospodarczej Żydów; wyzysku chałupników i rzemieślników przez Żydów... Tłumaczył, że do wyprawy doprowadziła go gorycz wywołana sytuacją w regionie i w kraju oraz niemożność legalnego oddziaływania na zmianę.
Wyprawa myślenicka była przedmiotem wielu komentarzy i polemik. Prasa obozu rządzącego widziała w niej przede wszystkim akt dywersji antypaństwowej, prasa żydowska – symbol antysemityzmu endecji, prasa ruchu narodowego – indywidualną reakcję na zło panoszące się w różnych sferach życia ówczesnej Polski. A czym została ostatecznie? Demonstracją polityczną o charakterze antysanacyjnym i antyżydowskim.
Pamiętajmy o tym wielkim czynie przedwojennych narodowców, bo nie traci na aktualności...

niedziela, 10 maja 2015

Zastygły majestat minionego świata...

Maj nabrzmiały patriotyzmem... Kojący spacer po Łyczakowskiej nekropolii  porusza polskie serca i wywołuje pochód cieni. Skupić się na wymiarze historycznym czy artystycznym? Złożyć hołd przedstawicielom nauki czy polityki? Pióra czy pędzla? A może lutni? Tylu ich! Jakże aktualne wydają się słowa Ignacego Krasickiego: Pokażmy światu przez chwalebne blizny, co może miłość chwały i ojczyzny... Tu niemal każdy nagrobek szepcze po polsku... Czasem opasany biało-czerwoną... Bywa i orzeł, który przycupnął na cokole i nie odleciał, choć Lwów poddał się powojennemu porządkowi. Zaciszny mogilnik otwiera zapomniane alejki, nakazuje pochylić się, przeczytać zatarte epitafia choć szeptem... Czas na literackie dziady  - wszak 2 maja, czyli wiosenne święto zmarłych, a to blog z literaturą w tle...
 Dziady już na zawsze kojarzyć się nam będą z Mickiewiczem, podobnie jak Ordon - patron szańców dzielnie opierających się moskiewskiej zarazie. I recytuję z pamięci: Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze...
Długo moja ukochana Maria czekała na znicz, ale jestem. Poetce ludu polskiego zawdzięczam śpiewne dzieciństwo, łzy nad niedolą szkapy, bajanie krasnoludków, a dziś świadomość zagrożenia ze strony niemieckiej i hymn aktualny wciąż...

Towarzyszy jej Władysław Bełza, który pogodził się w końcu z tym, że został w zbiorowej pamięci li tylko autorem polskiego katechizmu dla dzieci i wciąż - jak nasz kraj długi i szeroki - babcie i dziadkowie pytają małych patriotów:
- Kto ty jesteś? - Polak mały. - Jaki znak twój? - Orzeł biały...
- Kto ty jesteś? Polka mała. - Jaki znak twój? - Lilia biała...

Karol Szajnocha - kto go jeszcze pamięta? A był wybitnym polskim historykiem, a także poetą i literatem. Ówcześni nazywali go "brylancikiem literatury". Dziś już nie błyszczy... Dobrze, że piaskowiec trwalszy od ludzkiej pamięci...





Nie daje o sobie zapomnieć Gabriela Zapolska - aktorka, ale i pisarka! Pomysłodawca nagrobka kazał wyryć na bocznej ścianie tytuły dramatów i powieści.  Sporo tego! Pomysł przedni.




Nad innymi góruje zaklęty w kamień Seweryn Goszczyński. Świadczył życiem, co mu bliskie, stąd udział w powstaniu listopadowym, a także płodność pisarska - zostawił po sobie garść niezapomnianych wierszy patriotycznych. Został w naszej pamięci poetą małej ojczyzny, jak również krytykiem Fredry, co to nadawał "niepolski" charakter swoim komediom.




I przeskok do współczesności... Zbałamuciłam przewodnika, bo Lwów nieodmiennie kojarzy mi się z Herbertem. Stanęłam wzruszona nad grobowcem rodzinnym Poety Niezłomnego. Z jego poetyki pamięci:
ocean lotnej pamięci
podmywa kruszy obrazy
w końcu kamień 
na którym mnie urodzono
co noc
staję boso
przed zatrzaśniętą bramą
mego miasta
Jeszcze raz wracam myślami do miejsca, gdzie pierwsze kroki stawiał ten poeta wielokrotny... Słynna Łyczakowska 55...








Spacer kończy Łyczakowski Panteon, gdzie spoczywają cztery pokolenia bojowników o naszą wolność: kościuszkowscy i napoleońscy, listopadowi, styczniowi, a w końcu najmłodsi obrońcy Lwowa. To święte pole, gdzie całe bataliony legły pokotem w mogiłach. Jak lwy porwali się do broni, a wobec ich męstwa i pogardy śmierci blednie sława termopilskich zwycięzców...
Orły i Orlęta mają pośród siebie tego, który dowodził obroną miasta w 1918 roku. Ocalił miasto i służył dalej, by jeszcze raz w 1920 roku postawić tamę bolszewickiej nawałnicy. Zwycięski generał Tadeusz Jordan Rozwadowski - podobnie jak wszyscy mężczyźni z jego rodziny wykuwający ostrzem bagnetów przynależność do Rzeczypospolitej - udowodnił, że walka o wolność, gdy raz się zaczyna, z krwią ojca dziedzictwem przechodzi na syna... (A.Mickiewicz).
Wróci ta znakomita postać na łamy bloga...


Jeszcze jedno miejsce, gdzie wycieczki rzadko docierają. Na malowniczym wzgórzu ukryta "ziemia mogił i krzyżów" z czasu powstania styczniowego. Zadbane, odrestaurowane nagrobki dają nadzieję niezapomnienia...




Czas skończyć spacer po lwowskiej nekropolii. Zatrzymuję pod powiekami zasmucone anioły, żałobne płaczki, omszałe pomniki spowite kirem... Wrócę z naręczem kwiatów i zapalę znicze... Znicze pamięci...

piątek, 17 kwietnia 2015

Ojczyzna mnie potrzebuje...

Do 10 maja całą duszą i ciałem jestem zaangażowana we wspieranie kandydata na prezydenta. Polecam książkę, a dla tych, którzy nie zrazili się patriotycznymi pigułami serwowanymi przeze mnie, krótkie sprawozdanie ze spotkania z Grzegorzem Braunem w moim mieście.



Diament wśród czarnych bryłek węgla...
O kim mowa? O bohaterze spotkania w Rzeszowie, czyli o Grzegorzu Braunie. O wycofanie zgody rektora na wynajęcie auli walczyli zaciekle redaktorzy „Gwiazdy Śmierci”, a tuż przed wykładem pani dziekan napominała jeszcze gościa, żeby jego wykład miał klasę! I miał, choć pewnie nie o taką jej chodziło. Rzeszów przywitał i pożegnał gościa owacją na stojąco. A co było w środku? WIARA – RODZINA – WŁASNOŚĆ to trzy sfery wartości kardynalnych, a stosunek państwa do nich jest probierzem określającym władzę. Władza warszawska – której Braun z patriotycznych pobudek nie nazywa polską – aktywnie działa na szkodę narodu na tych trzech odcinkach. Atak na kościół zawsze łączy się z uderzeniem w rodzinę. Tu kandydat na prezydenta scalił jak w soczewce kierunki działań mające rozbić naszą tradycję: in vitro, eutanazja, pigułka wczesnoporonna, przymusowe szczepienia, konwencja przemocowa... Za tym wszystkim stoi gender wspierane przez gadzinową telewizję, a narybek urabiany jest w szkołach zatrutych  systemem kołłątajowsko-stalinowskim. Jeśli wspomniane wartości nie są bezpieczne, to i przyszłość narodu jest zagrożona. Naszą zgubą jest także brak elit. Gdy Polskę przed laty opuściła Wielka Emigracja, uczymy się o niej w podręcznikach, a wykopanie w ciągu ostatnich lat ośmiu milionów Polaków zamilcza się, a jeśli już wspomina, to w kontekście sukcesu i nikt nie woła, nie upomina się o nich.
Żeby odbudować naród, potrzebna jest baza materialna. O to, by jej nie było, dba gorliwie kondominium niemiecko-rosyjskie pod żydowskim zarządem powierniczym. Władza przywiślańska betonuje życie polityczne i ustala jednolity front dezinformacji Polaków. Pragnie odwrócić trend cywilizacyjny i zepchnąć nas do roli niewolników. Śmieje się przy tym, wszak jesteśmy bezbronni! Prawo do posiadania broni jest ściśle reglamentowane i jeśli na 100 Niemców przypada 30 sztuk broni palnej, to na tę samą liczbę Polaków już ledwie 1,3 sztuki. Nie przeszkadza to wpychać nas w wojnę polsko-ukraińską. Co możemy zrobić? Na przykład uzupełnić wspomnianą triadę o MENNICĘ, by być na swoim i uniezależnić się od kraju leżącego w Palestynie. A przede wszystkim obalić państwo i zmienić konstelację polityczną. Jeszcze nie jest za późno! Ludzie chcą słuchać i działać. Świadczy o tym sala wypełniona po brzegi. Dziękuję za piękne, wartościowe spotkanie! Jak bezpiecznie czułabym się w kraju, którym rządziliby tacy ludzie jak Grzegorz Braun!

niedziela, 1 marca 2015

Ginę za Boga i Ojczyznę...



Przesłuchanie anioła Zbigniew Herbert

Kiedy staje przed nimi
w cieniu podejrzenia
jest jeszcze cały
z materii światła

eony jego włosów
spięte są w pukiel
niewinności

po pierwszym pytaniu
policzki nabiegają krwią

krew rozprowadzają
narzędzia i interrogacja

żelazem trzciną
wolnym ogniem
określa się granice
jego ciała

uderzenie w plecy
utrwala kręgosłup
między kałużą a obłokiem

po kilku nocach
dzieło jest skończone
skórzane gardło anioła
pełne jest lepkiej ugody

jakże piękna jest chwila
gdy pada na kolana
wcielony w winę
nasycony treścią

język waha się
między wybitymi zębami
a wyznaniem

wieszają go głową w dół

z włosów anioła
ściekają krople wosku
tworząc na podłodze
prostą przepowiednię


Pierwszego marca 1951 roku w mokotowskim więzieniu zamordowano siedmiu członków IV Zarządu WiN. Wśród nich był Łukasz Ciepliński. Postać heroiczna. Po trzech latach okrutnego śledztwa (wśród przesłuchujących był Jerzy Kędziora) szedł na śmierć z medalikiem ukrytym pod językiem, jednak do dziś nie udało się odnaleźć miejsca pochówku. Zachowały się więzienne grypsy pisane do żony i synka.

„Kochaj Polskę i miej Jej dobro na uwadze zawsze. Ona musi zająć w świecie właściwe miejsce i uzyskać dobrobyt oraz szczęście wszystkich obywateli. […] Musisz kształcić swój umysł, zdobyć szerokie wiadomości. Ucz się pilnie. Wyjedź na studia zagranicę /Ameryka, Anglia Holandia lub Belgia/. Staraj się tam zapoznać z bieżącymi problemami życia naukowego, gospodarczego, społecznego, kulturalnego i politycznego. Pamiętaj że musisz wrócić do kraju z wiadomościami pozytywnymi i gruntownymi. Co szlachetne i wielkie – przyjmuj, co płytkie i nikczemne – odrzucaj.” [7 I 1951]

„Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą. Jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że Idea chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona. To moja wiara i moje wielkie szczęście. Gdybyś odnalazł moją mogiłę, to na niej możesz te słowa napisać. Żegnaj mój ukochany. Całuję i do serca tulę. Błogosławię i Królowej Polski oddaję. Ojciec.” [20 I 1951]
 Pierwszego marca cała patriotyczna Polska oddaje cześć Żołnierzom Wyklętym.

czwartek, 19 lutego 2015

List do przyjaciela (2)



Drogi J.
            Napisałeś – znaczy się – pamiętasz o mnie;)
Zbyt szybko bieży ten czas nam dany, dlatego cieszę się z niespodziewanej rezerwy sprezentowanej przez los. Zdrowia brak, czyli widać, jak stres osłabia żywotne siły. Odpoczywam, ale  głowa zapełniona refleksjami i melancholiami.... Myśli spać nie dają, łatam poranione...
            Tradycyjnie uciekam w muzykę i książki. Co mnie zajmuje? Zbliża się pierwszy marca, a więc dzień, kiedy cała Polska upomni się o pamięć podziemnej armii. Stąd powrót do Mariusza Soleckiego i jeszcze raz kartkuję jego Literackie portrety żołnierzy wyklętych. Zwalniam i zapisuję haniebne nazwiska literatów, którzy wysługując się reżimowi, wyrzekli się prawdy i sponiewierali patriotyczne podziemie. Mało pamiętamy „inżynierów dusz” z czasu stalinizacji, lepiej z odwilży (1956), a już całkiem dobrze mamy przed oczami lata stabilizacji. Jak łatwo wybaczamy, rozgrzeszamy! Wciąż słyszę o „romansie” czy błędzie młodości, a przecież to były kolejne tomy wierszy i powieści, wysokie nakłady i lata prosperity! Dyspozycyjnym i sprzedajnym literatom zawdzięczamy utrwalony obraz szlachetnych ubeków i faszyzujących bandytów biegających po lesie z ryngrafami na szyi! Kozłowski napisał powieść o powojennym Janosiku, który się czerwonym nie kłaniał (bandyta „Ogień”), Zalewski błysnął paszkwilem na „Uskoka”, Domino na „Huzara”, Nawrocka przybliżyła nam powrót zdrajcy narodu z więzienia, a Przymanowski wydał rozkaz „Wyłaź z WiN-u, skurwysynu!”... Boli relatywizm moralny ulubieńców z młodości, bo kto nie czytał z wypiekami Pana Samochodzika albo nie szukał między wersami prawdy o Katyniu w Zasypie wszystko, zawieje... Te najnowsze nazwiska uwierają najboleśniej i podczas wyliczanki Soleckiego pcha się na usta Kmicicowe: Kończ waść, wstydu oszczędź!
            Całe szczęście, że znaleźli się i tacy, którzy nie pisali na kolanach. Cytowane gęsto Wilki Herberta znasz z pewnością, ale jest też Józef Morton ze swoim kilkutomowym Całopaleniem. Na straży pamięci stoją również: S.Murzański, J.S.Stawiński, W.Holewiński, P.Bystrzycki, M.Lubaś-Harny... A najbardziej ucieszył mnie obszerny rozdział o wciąż niedocenianym Januszu Krasińskim i jego tetralogii. Zmarły niedawno pisarz oddał wspaniały hołd „Zaporze” i jego podkomendnym, opisując ich więzienny pobyt w oczekiwaniu na kaes! Gdy za parę dni podczas marszu  narodowcy będą podnosić portrety niezłomnych patriotów, warto, żeby wiedzieli więcej o tych bohaterach.
            Czytam i uruchamiam lawinę zamówień. Mam jednak dylemat, czy czytać przekłamany Worek Judaszów Nienackiego, czy lepiej sięgnąć po powieść Z cienia Reńcy, w której autor rehabilituje wizerunek żołnierzy wyklętych? Może wziąłbyś jedną stronę na swoje barki?
            Wiem, zajęty jesteś. Pamiętaj, że gdzieś tam jestem w czasoprzestrzeni. Stęskniłam się za Twoim głosem. B.:)

piątek, 13 lutego 2015

Tysiące ludzi zostało tamuj na zawsze...



            Zasiadam do lektury i ogarnia mnie strach. Gwara! Nie dam rady... Zaczynam czytać na głos. Kanciaste litery łagodnieją, włącza się kresowy zaśpiew i płynie opowieść...
            I Bóg o nas zapomniał to niezwykła relacja Antoniego Tuchoskiego, wysłuchana i zapisana przez Andrzeja Kalinina. Poruszające istorie przybliżają nam losy Polaków pod sowiecką okupacją. Główny bohater walczy we wrześniu 1939 roku i jeszcze nie rozumie, dlaczego musi kryć się przed samolotami z czerwoną gwiazdą lecącymi skrzydło w skrzydło z tymi naznaczonymi swastyką. Dopiero później wpadnie mu w ręce kawałek gazety z informacją, że Niemcy i CCCP to najlepsi przyjaciele. Skwituje ten fakt, że jeden wróg był „gut”, a drugi „charoszy”. Taka różnica między nimi. Jednak obejmują go sowieckie szpony, z których wyrywa się – jak nakazuje honor polskiego żołnierza – kilka razy. Przekona się, ile może znaczyć ulotka zrzucona przez bolszewika (niech mu komunizm lekkim będzie). Dane mu będzie spojrzeć z góry na dno wąwozu wypełnione ciałami kolegów rozstrzelanych w rytm „Katiuszy” ryczącej z głośników, bo na stacji kolejowej egzaminów z przynależności proletariackiej zdać nie potrafili. To już drugi tak porażający widok z września. Dopiero przecież broń zdawali, a jeden z oficerów, który pogodzić się z tym faktem nie mógł i ratował się ucieczką, leżał po egzekucji na hałdzie z jenieckich karabinów usypanej. Tak oto powinien wyglądać pomnik naszych żołnierzy przez bolszewików pomordowanych.
            Jeszcze jedna ucieczka i ratunek, który wydłużył tylko czekanie. Napatrzył się wtedy na „wyjące pociągi”  śmierć i rozpacz wiozące na Syberię. Nie przeczuwał jeszcze, że i za nim zasuną się drzwi eszelonu, a pięciotygodniową jazdę przyjdzie mu spędzić wśród dzieci – głównie harcerzy i ministrantów.  W głodzie, mrozie niewielu dojechało do celu. Z rozpaczą narrator patrzył, jak Ojczyźnie zabierano ludzi, a ludziom odbierano Ojczyznę...
            A jednak my ciągle żyli! – dziwi się Antoni. Jeszcze wiele lat w Związku Sowieckim przebywał ze śmiercią zbratany, z głodem zakolegowany. Czas pęczniał bólem. Nawet gdy śmierć spowszedniała, trafiały się jednak chwile jak ta, kiedy ujrzał Stasia i zapłakał:
Ta zjawa w łachmany pookręcana kołysząc si z nogi na nogę, szła w moją stronę. W czeluściach szmat, co całe głowe okrywali, było coś... To znaczy, źle ja powiedział. Słuchaj pan. W tej twarzy wcale nie było nosa. Tylko rana jakaś sina, ropiejąca i głęboka. Wyżej tej rany byli oczy. Duże i okrągłe i z tą raną w jeden obraz si łączyli.[...] Te oczy dlatego byli takie wielkie, bo powiek one nie mieli. Odpadli powieki, odpadł nos mrozem syberyjskim uszkodzone...
Opowiadanie „Konie”, w którym Stasia autor wspomina, to jeden z najcenniejszych i najpiękniejszych opowiadań XX wieku! Staś przepadł potem w śnieżnej zawiei, ale obraz polskiego chłopca został...
            A dalej? Dalej za zmarnowanie koni, czyli dobra sowieckiego, główny bohater trafi do ciężkiego więzienia w Krasnojarsku i na lata obozu pracy w kołchozie „Krasnyj Ałtaj”. Jeszcze tylko usłyszymy, jak to sowieckie marksisty starego Boga w urządzaniu piekła prześcignęli. Bo po zjedzeniu koni zarażonych nosacizną, karny łagier ogarnęła zaraza. Komisja specjalna współczuła umierającym i pomoc obiecała. Istotnie nadeszła. Specjalna ekipa przywiozła trzy ciężarówki uzbrojonych enkawudzistów i dwie cysterny benzyny. Zgromadzone w jednym baraku „zarazki” zaryglowano i podpalono. Tak władza radziecka z zarazą wygrała. A ludzie z tego obozu przeniesione zostali do innego świata, gdzie nie ma łagrów, ani głodu, ani pracy katorżniczej, gdzie nie ma komunistów, bo Pan Bóg ich tamuj nie tolerui...
            Powieść łzy wyciska, ale i czasem uśmiechem krzepi. Jak chociażby wtedy, kiedy Antoni opowiada: kilku bolszewickich najeźdźców wyprawił ja na tamten świat. Znaczy si na łoże Marksa i Engelsa ich posłał. Jednak łez więcej... Bo Tamuj, gdzie ja był, przez osiem lat mordowano na wszystki sposoby, za pomocą głodu, mrozu, tortur okrutnych, kuli w tył głowy, pracy katorżniczej, na lądzi, wodzi, bagnach, śniegach. Boże drogi, aż spamiętać nie można. Nawet szatan tyle okrutności wymyślić by nie potrafił. Chyba, żeby uparł si i Związek Radziecki w piekle założył.

            Tymi słowami kończy autor. Kończę i ja. Bo cóż dodać? Niech podumają dzisiejsi rusofile i agenci wszelacy.

Znów Zbyszko w roli polecającego. Przeczytałam, zapłakałam...