DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T.Holland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą T.Holland. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 sierpnia 2011

Od Łubianki do Cudu nad Wisłą

Dokładnie jak na tym zdjęciu - Archiwista z Łubianki Travisa Hollanda dotyczy Rosji, ale z polskimi dziejami w tle. Sięgnęłam po tę książkę, by pochylić się nad narodem rosyjskim, który ucierpiał i poniósł straty jak żaden, który niemo świadczył, że system pożerał nie tylko wrogów, ale i swoich zwolenników. I widać w tej powieści twarz Rosji: zniszczoną, zrozpaczoną, udręczoną żalem po utraconych dzieciach. (s.157)
Chociaż brak bezpośrednich opisów zadawanych tortur i okrucieństw, dusi atmosfera tych dni i lat (akcja toczy się w Moskwie w 1939 roku). Rozmiary terroru przenikają między wierszami i prawie słychać szepty, wyczuwa się strach przed donosami, znikaniem, a smak śmierci czai się co krok. Ludzie oswojeni z bliskością śmierci widzą polowanie na szpiegów i prowokatorów, zdając sobie sprawę, że za chwilę i oni mogą zniknąć w otchłani. Wie o tym również Paweł Dubrow - pracownik Łubianki. Miał pod opieką literackie archiwum, a jego obowiązkiem było zarchiwizować każdą teczkę, by ostatecznie dokonać "odchwaszczenia". Zarekwirowane przez NKWD rękopisy, listy, niedokończone dzieła literackie wędrowały do podziemnej spalarni.
Kiedy Paweł pospiesznie wrzuca jedną z teczek w ogień, różowa tasiemka rozwiązuje się, rozsypują się kartki - wiersze, zauważa Paweł, setki wierszy. Na marginesie jednej ze stronic, przez którą jak przez łupinę cebuli prześwitują płomienie, tłoczą się maleńkie pięknie naszkicowane ptaszki. Paweł wyobraża sobie, że siedziały na parapecie za oknem poety. Kartki zwijają się, pochłania je ogień. Po chwili wszystko - poeta, wiersze, ptaszki - znika. Potem, kiedy jedzie w górę rozklekotaną windą, Pawłowi trzęsą się ręce. (s.28)
Jedno z opowiadań ma zmienić bieg życia tytułowego bohatera. Paweł, tylko dla porządku, ma wyjaśnić sprawę autorstwa. Kiedy jeszcze pracował w Akademii Kirowa, w klasie pełnej chłopców, czytał im Armię konną. Podobała im się. Teraz ma zobaczyć więzionego od dwóch miesięcy autora - Izaaka Babla. 
Jest nieogolony. Siniak pod jego prawym okiem już blednie, usta pisarza pokrywa cieniutka warstwa przypominająca zaschniętą sól.  Zmięty kołnierzyk koszuli krzywo wystaje spod klapy wygniecionej marynarki. Poza tym - co najbardziej Pawłowi przeszkadza - Babel nie ma okularów. Nie wiadomo dlaczego, Paweł sądził, że zobaczy pisarza takiego jak na zdjęciach zdobiących obwoluty jego książek. (s.10)
To było krótkie, ale znaczące spotkanie. Właściwie nic się nie działo. Więzień przyznał się, że jest autorem pokazanego tekstu, a w zamian powiedziano mu, że dostanie go z powrotem. Wstrząs spowodowany tym wydarzeniem wpływa na dalsze wypadki. Paweł wykrada i ukrywa rękopis. Zdaje sobie sprawę z zagrożenia. Widzi, co się dzieje z przyjaciółmi. Wie, że nie zatrzyma miażdżącej machiny, ale próbuje działać... Tu się kończy większość recenzji.

Ja poszłam dalej. Szukam informacji o Izaaku Bablu. Był, działał, tworzył, m.in. wspomnianą Konną armię i Dziennik 1920. Uznany za trockistę, rozstrzelany w 1940 roku.
W jego biografii przykuł moją uwagę fakt, że walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w szeregach armii konnej Budionnego. Do konarmii nikt go nie wcielił na siłę! Zgłosił się na ochotnika, namówiony przez Gorkiego, by udał się "między ludzi", żeby zdobyć niezbędną pisarzowi wiedzę o życiu.
Armia Budionnego - na te słowa każdemu Polakowi otwierały się oczy z przerażenia. To nie była żadna kawaleria, jak się próbuje czasem dziś przedstawiać, tylko banda siepaczy, rabusi, postrach Rosji. Ubrania mieli przeróżne, zdobyczne, ale czapki jednolite - czarne, barankowe - ich znak rozpoznawczy. Nigdy nie brali jeńców. Pojmanych i rannych okrutnie wycinali w pień. Polskich oficerów rozrywali końmi. Wsławili się spaleniem szpitala z 600 rannymi i personelem w Berdyczowie, a we wsi Bystryki zamordowali 700 żołnierzy 50 Pułku Strzelców Kresowych (rzeź opisana przez Babla w Dzienniku - wydanie polskie z 1998 roku s.144).

Czytam i myślę. Zbliża się rocznica bitwy, która ocaliła Europę. Po lekturze powinnam współczuć bohaterom przeczytanej książki, a ja stoję w okopach po przeciwnej stronie. Kto bronił Warszawy? Na ratunek zagrożonej stolicy idą z całej Polski ochotnicy, wysłano na front nawet szkolną młodzież. Ludność modli się do Boga, by zatrzymać bolszewików. Bitwa zaczęła się w nocy z 12 na 13 sierpnia ostrzałem artylerii (gdzie był wtedy nasz drogi wódz?). Została wygrana dzięki ofiarnym polskim żołnierzom przy wsparciu nieprzewidzianych, korzystnych, "cudownych" wydarzeń. Za największego autora i  bohatera obrony uznaję generała Rozwadowskiego.
Stale umniejszana jego rola i wymazywanie z pamięci nieodparcie nasuwa mi obrazy z książki - zniszczyć wszelkie dowody, zepchnąć w otchłań, kazać zapomnieć... Mamy dwóch bohaterów wojny polsko-bolszewickiej: oficera politycznego Konarmii i polskiego generała. Któremu z nich należą się pamięć i cześć? Kiedy przeczytam książkę o generale broni Tadeuszu Jordanie Rozwadowskim? Kto będzie jej autorem? Pytania retoryczne.