DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.Łysiak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.Łysiak. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 listopada 2012

Psy szczekają, karawan(a) jedzie dalej

Uprzedzam - kto nie lubi Łysiaka, niech nie czyta, bo będzie "ku czci".
Najnowsza produkcja Waldemara Łysiaka KARAWANa literatury w zapowiedziach miała zadziałać jak  granat wrzucony w środowisko. I tak jest. To rozprawa o stanie współczesnej literatury. Już sam tytuł nośny, pojemny, oddający temperaturę opinii i zapowiadający, że nudno nie będzie. Oj, nie będzie! Analiza celna, dosadna, z pewnością wywoła lawinę głosów. Łysiak potrafi. Tylko tutaj mieszanka wybuchowa erudycji i kolokwializmów, cytatów i kontrowersji. Jestem dumna z siebie, że "przylegam" w wielu opiniach, że pojawiały się na moim blogu nazwiska wywoływane przez autora, a przemilczałam "dzieła", które nie zasługują na rozgłos. Pewnie czekacie na konkrety.
Zacznę delikatnie. Próbka stylu. Wspominałam ostatnio Goetla i Wańkowicza. Te dwa tuzy nie darzyły się sympatią, jednak literaci potrafili subtelnie wymierzać ciosy. Na pytanie w ankiecie londyńskich "Wiadomości" - Kim chciałbyś być, gdybyś nie był pisarzem? - Goetel odpowiedział: Chciałbym być Wańkowiczem. I tak już będzie - inteligentnie, dowcipnie, choć chwilami powieje smutek.
Z początkiem zgodzimy się pewnie wszyscy, że kulturę - szczególnie wysoką - dotknął kryzys. Przyczyn jest wiele. Bardzo bolesną jest ta, że to sami "literaci" mordują naszą literaturę. W szkole nauczyli się czytać i pisać, a potem już nie męczą się stylem ani gramatyką. Dla nich to autor ukuł określenie, że są twórcami literatury laptopowej (bo jedzie sobie pani/pan w pociągu i klika, tworząc kolejny bestseller). A czytelnik często gęsto myli pseudoliteraturę z prawdziwą literaturą. Dalej wymieniamy: hołdowanie "multi - kulti"; umasowienie studiów wyższych produkujących ćwierćinteligentów nie mających pojęcia o dorobku cywilizacyjnym; mylenie wolności ze swobodą, co skutkuje emancypacją pornografii i zboczeń... Jak nie przytaknąć, gdy miałam ochotę wyjść z teatru, bo spektakl zaczął się od sceny masturbacji! (zresztą ostatnio nagłaśniany film "Obława" też pokazuje akowców jako prymitywnych ludzi z zaburzeniami psychicznymi, którzy zachowują się podobnie). A "młodzi, wykształceni z dużych miast" świecą światłem odbitym i nie są zdolni do rozumienia aluzji, obrazów, odwołań kulturowych (też obserwacja z tego tygodnia - kierowca przez CB pyta o ulicę Boya-Żeleniewskiego!). Powstają także dobre książki, ale te są zamilczane przez media. Cisza recenzencka to śmierć literacka takich autorów, jak chociażby Narbutt, Urbankowski, Kąkolewski, Zalewski... (pisałam, pisałam! - oprócz Zalewskiego). Profesor J.Staniszkis celnie puentuje: Chodzi o to, aby ważne sprawy mówili tylko swoi. A wywoływany również przeze mnie wielokrotnie B.Urbankowski dodaje: Trwa akcja wyrzucania z publicznego dyskursu J.M.Rymkiewicza, W.Łysiaka, B.Wachowicz. Nie tylko autorzy są objęci aksamitnym totalitaryzmem, ale także tematy. Niemile widziane jest pisanie chociażby o ludobójstwie na Wołyniu czy o współpracy z bezpieką.  Na wszystko radę miał Hemar i jego wiersze przeplatają tekst Łysiakowy często:
Jedna jest na to rada, jedyna kuracja:
Humor i wykształcenie, i cywilizacja.
Czas na świętych literackiego Salonu  RP. To duże nazwiska: Miłosz, Lem, Szymborska, Mrożek, Barańczak, Brandys, Konwicki, Kapuściński, Gałczyński, Zagajewski, Kornhauser, Gombrowicz, Szczypiorski, Kosiński... Straszą te upiory PRL-u, nie wolno ich karcić, trzeba klaskać. Musimy wybaczyć, nie wracać, nie grzebać...
Po kanonizacji gwiazd promuje się nowych pupili (Gretkowska, Tokarczuk, Kuczok, Tryzna, Huelle, Chwin, Pilch, Stasiuk...). Ci literaccy faworyci sprzedają bełkot zwany intelektualnym terroryzmem. Jeśli ktoś ośmieli się mieć inne zdanie, zostaje oszołomem i wysyła się go do Ciemnogrodu. Ten dzisiejszy parnas Łysiak obudowuje cytatami, a nader często posiłkuje się Nocnikiem Żuławskiego. Nocnik - to odwrotność dziennika, bo nocą pisany. To również naczynie na nieczystości. Na tyle wstrząsnął hierarchiami literackimi, że został wycofany z księgarń, a zdobyć go można jedynie za horrendalną cenę. Żeby zneutralizować opinie Żuławskiego, w szranki stanęła Manuela Gretkowska, pisząc Trans. Akurat tej książki nie czytałam, bo już po wcześniejszej lekturze Polki wiedziałam, że po tę autorkę nie sięgnę. O pojedynku - w Karawanie...
Później czas na rankingi. Na ile są wiarygodne, niech świadczy fakt, że w plebiscycie na wokal wszech czasów w 2007 roku zwyciężyła Doda, jaką zatem wartość ma demokratyczny wybór przez literacki salon Gombrowicza jako pisarza wszech czasów? Zatem niewiele wspólnego z dobrą książką mają listy, kanony, sondaże sprzedawalności, co  uzasadnia we fraszce S.J.Lec:
Najwyższa stajenna ranga
nie zmieni osła w mustanga.
Że nagrody są upolitycznione, widać chociażby na przykładzie Nagród Literackich imienia  J.Mackiewicza oraz Nike, gdy ta druga ma wsparcie 90% mediów. Wspomnę tutaj wręczenie nagrody w 2009 roku za tomik Piosenka o zależnościach i uzależnieniach, gdy moje raptularzowe pisanie nie mogło ujrzeć światła dziennego (i nie ujrzy), ale zdradzę fragment dotyczący  AM, który z uśmiechem wyraził chęć zaspokojenia ciekawości, jak smakuje  gulasz z orła białego. Bardzo śmieszne to było. Od tego czasu transmisji nie oglądam. Czekam natomiast na werdykt 11 listopada z nadzieją, że laureatem zostanie Płużański, o którym oczywiście pisałam. Podobnie jak o Krasińskim, Rymkiewiczu, Myśliwskim, Wenclu...
Nie inaczej wygląda sprawa z Noblem. Trafione werdykty to około 20% laureatów. Tu decydujące znaczenie mają łapówki, lobbing, naciski, a dzięki kompromisom nagrodę dostają trzecioligowcy, o których nikt dziś nie pamięta. O zasługach naszych noblistów - nie po raz pierwszy - pisze Łysiak. Literatów niegodnych laurów pocieszą rymy Hemara:
Musi być jakieś za życia
Odszkodowanie
Dla tych, z których po śmierci
Nic nie zostanie.
Czas na wycenę generalną. Bardzo spodobało mi się określenie A.Nasiłowskiej - literaturka. Mówi wiele o stanie najnowszej polskiej literatury. Gdy się nie cmoka, to się nie jest człowiekiem kulturalnym, inteligentem. Beletrystyka coraz dalej odchodzi od pięknego stylu i szeleści papierem, miast śpiewać talentem. Bo dziś pisać każdy może. Tu kłaniają się reminiscencje targowe, gdy przejścia zablokowali fani produktów książkopodobnych, powołanych do życia przez dziennikarzy, polityków, sportowców, aktorów... To pisarstwo niepisarzy sprzedaje się tak samo jak dobra literatura!
To oczywiście tylko niektóre problemy poruszone przez autora. Bo jest jeszcze o wojence z Rymkiewiczem, o relacjach z Ziemkiewiczem (bo jak endek może dogadać się z piłsudczykiem?). Sporo miejsca zajmuje sprawa lustracji i tu autor nie oszczędza też siebie (wspomina o werbowaniu jako agentki żon literatów, tu: żona autora!; o rozstaniu pisał wcześniej w powieści Dobry). Odsłania drugą twarz kultowych gwiazd mediów, z czym nie wszyscy umieją się pogodzić...
Czy pocieszeniem może być fakt, że opisywane zjawisko pozostawania z tyłu literatury przez duże L jest globalne, nie tylko nasze polskie? Że bestsellerami są produkty Rowling, Tolkiena, Browna, Coelho, a publika daje się nabrać na pseudoartystyczną pseudogłębię? Mnie to nie poprawia humoru.
Zdaję sobie sprawę, że wiele osób z powyższymi poglądami się nie zgadza. Pisałam onegdaj w komentarzach, że wobec Łysiaka nie można być letnim. Wybór to gorący lub zimny. Ja w dalszym ciągu trwam wiernie w Klubie Łysiakomanek, chociaż dzieli nas ... Piłsudski. O tym w przyszłości.

Wszystkie słowa wyróżnione kursywą są cytatami z książki Waldemara Łysiaka Karawana literatury, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2013




sobota, 17 września 2011

Empireum znaczy niebo

Według starożytnej i średniowiecznej kosmologii empireum to najwyższa część nieba, miejsce uważane za źródło czystej myśli i idei. W literaturze empireum pojawiło się w Boskiej Komedii A.Dantego. Dziś tym słowem Waldemar Łysiak oblekł biblię miłośników książek i nadał jej tytuł Patriotyczne EMPIREUM Bibliofilstwa, czyli przewodnik po terenach łowieckich Bibliofilandii tudzież sąsiednich mocarstw. Ekskluzywne dwutomowe wydanie zadowoli gusta wszelakie. Na pierwszy rzut oka to album - około 1100 ilustracji, które odsłaniają część zbiorów autora. Czego tu nie ma! Podziwiam "ołtarzyki" wypełnione książkami, ale są też starodruki, pocztówki, sztychy, śpiewniki, rękopisy, mapy, autografy, listy, plakaty, reklamy... Ba! Nawet pistolety pojedynkowe! Kocham starocie, więc z lubością wpatruję się w zegar kominkowy, francuski talerz, empirową cukiernicę, drewnianą tabakierę, szklenicę, broszę i porcelanowe filiżanki. Co łączy te przedmioty z książkami? Miłość do Polski i jej historii. Nic tu nie znalazło się przypadkiem. Każda rzecz opowiada o przeszłości, tchnie patriotyzmem. Polonocentryzm wyziera z każdej karty. Mówią przywołane postacie, wydarzenia historyczne, a nie brak też elementów chrześcijańskich. "Bez poszanowania tradycji nie zbuduje się godnej Polski" - rzecze Łysiak.

Jeśli do tej pory było patetycznie, to tylko dlatego, że nie umiem oddać zachwytu w niższej tonacji. Gdy jednak nasycimy już oczy, wygłaszczemy kredowe kartki, czas zanurzyć się w tekst. Tenże podany znakomicie. Autor z dumą - bo czemu nie? - i swadą opowiada o bibliofilstwie, czyli zbieractwie uprawianym con amore. Przytacza cytaty, anegdoty, mówi o okolicznościach zdobycia poszczególnych precjozów. Bibliofile, według niego, to elita intelektualna. Krążą o nich legendy, np. że Semkowicz spóźnił się na własny ślub, bo żona nie zając, nie ucieknie, a tymczasem w antykwariacie mógłby ktoś podkupić rzadki tomik wierszy. Wszyscy bibliofile oszukują swoje żony, zresztą dla ich dobra. Muszą tak robić, bo gdyby żony wiedziały, ile "ta makulatura" kosztuje, osiwiałyby ze zgrozy i wyrzuciłyby mężów z sypialni.  Ukochane powiedzonko tej grupy to: "Nie ma książek przepłaconych. Są tylko stracone okazje." Elita też lubi się bawić. Bibliofilskie biesiady skrzą się dowcipem, a jednym z najbardziej pikantnych wierszyków jest ten o A.Fredrze. Gdy młodzież kpiła z niego wierszykiem:

Stary Fredro w książkach grzebie,
Młodzież jego żonę j.....

Fredro odpowiedział frywolnie:

J....., j....., moje dziatki,
Ja  j...... wasze matki!

Bywa wesoło. Jest też poważnie, czasem nawet tragicznie. Przeglądam "piłsudczana". Z pietyzmem zbierane, z czułością opisane. Nie czas teraz i nie miejsce na polemikę, ale daleka jestem od czci dla "naszego drogiego wodza". Gdzieś w listopadzie zmierzę się z tematem, bo i Łysiak zabrał głos w tej sprawie ( "Uważam Rze" 28/2011, cykl Łysa prawda, artykuł Huzia na Ziuka). Tu nawiązuję tylko dlatego, że po kartach "ku czci" marszałka otwiera się kolejny rozdział W poszukiwaniu utraconych Kresów..., a w nim opisany krwawy bój Orląt lwowskich. Gdy młodzi obrońcy bili się za Ojczyznę, gdy Lwów słał rozpaczliwe prośby o wsparcie, Piłsudski ruszył na Wilno, a potem na Kijów!

Bez sensu jest streszczanie tej książki, bo każdy rozdział jest ważny. To Łysiaka portret własny - dla łysiakomaniaków. Dla mnie - creme de la creme (modne, ale akuratne). Empireum to uczta dla wszystkich zmysłów: patrzę, wącham, głaszczę, łowię uchem szelest kartek... Nie ośmieliłam się stron tknąć ołówkiem. Chowam tomy do etui. Kiedyś może zobaczę zbiory na własne oczy, bo autor pragnie je ofiarować w przyszłości narodowi.

Byłam w raju. Bo bibliofilstwo to raj.

Za inspirację czytelniczą dziękuję Bibliofilce, a za egzemplarz tego wspaniałego wydania - Joli z Krakowa. Joluniu, znajdę Cię i pana Krzysztofa na Targach Książki w Krakowie:)

Waldemar Łysiak, Empireum, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2004

sobota, 26 marca 2011

Książka zbójecka

"Trzeba naprzód iść, ale nie lecieć, jak pies z wywieszonym językiem, bo i tak nie dogonisz wszystkich książek, nie poznasz i nie przetrawisz wszystkiego." (Pruszkowska "Przyślę Panu...")

Tak i ja zerknęłam na piramidy książek do przeczytania i ... wróciłam do Łysiaka. Jego Cena jest uniwersalna, bezcenna. Kiedyś przeczytałam ją szybko, by poznać zakończenie. Teraz delektowałam się każdą stroną i wypowiedzią. Dla tych, którzy nie czytali (są jeszcze tacy?), krótka zapowiedź.
To dramat sceniczny przerobiony na opowieść. Tytułowa cena ma dwojakie znaczenie, bo oprócz kosztu, słowo to w języku włoskim oznacza wieczerzę. Miejsce i czas akcji - pałac w Rudniku i bliski koniec drugiej wojny. Właśnie partyzanci wysadzili transport z bronią. W czasie akcji zginęło czterech Niemców, za co w każdym z pobliskich miast aresztowano dziesięciu zakładników, łącznie czterdziestu ludzi. Mają być rozstrzelani nazajutrz. Wśród zakładników jest syn hrabiego. Zrozpaczony ojciec otrzymuje propozycję uwolnienia hrabicza i trzech innych wybrańców w zamian za okup, ale też - i to najgorsze - ma podać listę czterech ludzi, których mają być aresztowani, by lista nadal była pełna. Ma wskazać ludzi, którzy umrą, aby inni mogli przeżyć. Wybór okrutny i perfidny. Jednak Tarłowski nie zmierzy się z nim sam. Zaprasza na wieczerzę dwunastu notabli z Rudnika, którzy staną się członkami trybunału w czasie 18 godzin.
Nawiązanie do Ostatniej Wieczerzy tak czytelne, że śledzimy dialogi, poglądy, węszymy za Judaszem. Spotkanie owiane grozą śmierci. Przyjąć lub odrzucić żądania muszą razem, tego wymaga przyzwoitość. Kto chciałby wyjść, umyłby ręce niczym Piłat. Kto zostanie, staje się oprawcą. Czy istnieje sprawiedliwość? Mnożą się pytania. Kogo ratować - najmłodszych, potrzebnych rodzinie, zasłużonych dla narodu...? Losować? Głosować tajnie czy jawnie? Czy akcja wysadzenia pociągu warta była hekatomby Polaków? Toczą się spory o ideologię, rolę Boga, moralność, etykę, logikę, demokrację, sumienie... Zacietrzewieni jeszcze nie wiedzą, że przed nimi najgorsze - trudno było skompletować listę ratowanych, ale podanie czterech osób, które ich zastąpią, wydaje się być niewykonalne. Czy życie nożownika lub sutenera znaczy mniej niż doktora? I tu dochodzimy do sedna powieści, która mierzy się z problemem wyboru mniejszego zła. To problem kardynalny, nadal chyba bez odpowiedzi. Nawet po dotarciu do ostatniej karty powieści nie możemy przestać o nim myśleć. To książka zbójecka, bo żyć nie daje. Dramat stulecia.
Tematyka przenika do innych książek, np. Wybór Zofii. Gdy postawimy sprawę "po bożemu", to wydaje się, że wiadomo, jak postąpić. Jednak w momencie wyobrażenia sobie, że to jestem ja lub moje dziecko, kurczę się w sobie. Ile wiemy o sobie? Łysiak tak realistycznie przedstawił dramat, że szukam w sieci wydarzeń z Rudnika, obserwuję działania partyzanckie. Gdy czytałam książkę A.Tarnowskiego Ostatni mazur, myślałam, że w opisie znajdę punkt wspólny z historią Tarnowskich w ich siedzibie tutaj. Wiem, że to literatura, że fikcja, ale...