DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biografie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 czerwca 2018

WYGRAŁ POLSKĘ NA FORTEPIANIE


Hafciarki wyszywały na pończochach pierwsze nuty jego menueta… Papuga siadała mu na nodze i mówiła: Ach, jakże pięknie pan gra!... Spotkał wszystkie wielkości ówczesnego świata… Kochał drzewa, a jego żona kury… Kiedy wchodził do kina, wszyscy wstawali… Namiętnie czytał książki… Dla niego prezydent Roosevelt nauczył się języka polskiego i przeczytał „Trylogię”… W testamencie przebaczył wszystkim oprócz Piłsudskiego… O kim mowa?
IGNACY JAN PADEREWSKI to postać wyjątkowa i świetlana. Nikt nie zrobił więcej dla Polski niż on. Warto poznać choć zarys jego biografii. Urodził się w 1860 r. w Kuryłówce  k.Żytomierza. Matka Poliksena zmarła dziewięć miesięcy później. Smutne dzieciństwo miał Ignaś, bo i ojciec za udział w powstaniu styczniowym trafił do więzienia. Chłopcem i siostrą zajęła się wtedy ciotka Antonina. Chłopiec zaczął brzdąkać na pianinie w wieku czterech lat. Był samoukiem, dlatego po kilku latach wyrzucano go kilkakrotnie z warszawskiego konserwatorium z powodu rozbieżności w ocenie talentu. Jednak tytan pracy zwyciężył. Po studiach w Berlinie wyjechał do Paryża, gdzie oszołomił swoim koncertem! Jednak drogę do kariery otworzył mu dopiero wyjazd do Anglii. Obecna na koncercie królowa Wiktoria – władająca połową świata - wstała i zaczęła bić brawo! Zdarzyło się to po raz pierwszy! Tak zaczęła się niebywała kariera. Dzięki Helenie Modrzejewskiej zdobył Stany Zjednoczone. Właśnie Steinway szukał muzyka do reklamy fortepianu.  Na tym kontrakcie wygrali obaj. Za tym poszły gigantyczne honoraria i sława. Paderewski podbił serca całej Ameryki! W czasach kiedy nie było nagłośnienia, dawał koncerty dla 16 tysięcy uczestników. Czarodziej grał non stop trzy godziny, bisował po 20 razy! Zarabiał krocie, ale też dzielił się z bliźnimi, choć bywał też wykorzystywany. Zamożny, charyzmatyczny, sławny… Od 1907 roku koncertował przez kilkadziesiąt lat w Białym Domu. Przyjaźnił się z kolejnymi prezydentami Ameryki, a byli to m.in. Roosvelt, Taft, Hoover czy Woodrow Wilson. To polityczne koncertowanie sprawiło, że Paderewski stał się nieformalnym ambasadorem nieistniejącej Polski.  To właśnie Wilson proklamując przystąpienie USA do Wielkiej Wojny, jako jeden z warunków ogłosił utworzenie niepodległej Polski z dostępem do morza.  Stało się to bazą dla późniejszych decyzji politycznych w Europie, a powtarzana anegdota głosiła, że Paderewski „wygrał” Polskę na fortepianie w Białym Domu.
Co było później? Upadek, bo z artysty stał się politykiem. Paderewski wrócił do Polski i zaangażował się w jej odrodzenie. To POLSKA stała się dla niego jedyną partią i do innej nie chciał należeć. Najgłośniejsze wydarzenia to Powstanie Wielkopolskie i Traktat Wersalski. Oba arcyważne i wygrane. Jednak nad Rzeczpospolitą gromadzą się ciemne chmury. Po zamachu majowym Paderewski wyjechał z Polski i zapowiedział, że nie wróci. Słowa dotrzymał, tylko w ukochanym Poznaniu odebrał dyplom honoris causa. Na zawsze pozostał w opozycji do sanacji. Jeszcze w swojej szwajcarskiej willi próbował stworzyć Front Morges, by ratować kraj przed zapędami sanacyjnej dyktatury, ale nieubłaganie nadciągała kolejna wojna światowa…
W swoim testamencie napisał: „Przyjaciołom serdecznie wdzięczny, do wrogów nie mam żalu. Krzywdy doznane po chrześcijańsku przebaczam.  Nie mogę tylko przebaczyć tym pysznym, co myśląc tylko o krzywdach osobistych i wywyższaniu własnym, prowadzili i prowadzą Ojczyznę do zguby, a naród do upodlenia.”
Po takich słowach wszystkie inne już zbędne…

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

GŁOŚNO O KSIĄŻKACH

23 kwietnia - data bliska sercu każdego książkowca. Ale my przecież ŚWIATOWY DZIEŃ KSIĄŻKI obchodzimy codziennie. Wszystkim molom książkowym, bibliofilom i maniakom czytania składam życzenia z efektywnym czytaniem i dalszych cudownych wirtualnych spotkań :)
Od siebie - pochwalę się ostatnim zakupem - jeszcze ciepłym wydaniem biografii Herberta autorstwa Franaszka.

Pyszna lektura, ale niemal dwa tysiące stron nie dadzą się połknąć w jeden wieczór. Ze smutkiem też zauważam, że pomimo ogłoszenia Roku Herberta - jakaś niepokojąca cisza... Zatem polecam. I pamiętajmy o Panu Cogito...

sobota, 14 października 2017

PIĘKNIE BYŁO ŻYĆ DLA PISANIA PRAWDY



14 października 2017 roku mija pięć lat od śmierci pisarza… Janusz Krasiński wciąż zapomniany, zabijany ciszą. Jak głośno trzeba krzyczeć, żeby o nim Polska słyszała? Kolejne tomy powieści pojawiały się na rynku wydawniczym bez echa, a przecież zatroskanych Ojczyzną u nas wielu. Tymczasem niewiele ze współczesnych dzieł oddaje z taką siłą walkę o prawdę powojennych losów tych, którzy nie poddali się systemowi, jak pięcioksiąg Krasińskiego. Ostatni tom „Przełom” zawiera przejmujący obraz współczesnych zawirowań i lęk w czasie, który wydaje się nam być bezpiecznym, oswojonym. Jednak to on popchnął autora do tragicznego finału. Dlaczego? – tego możemy się domyślać po lekturze pentalogii. Bo Szymon Bolesta – główny bohater – to alter ego i bez trudu możemy poszukać analogii z przeżyciami Krasińskiego.
Jak przedstawił się sam autor?
„Jestem pisarzem. I choć odniosłem szereg sukcesów w kraju i poza jego granicami, pozostałem pisarzem niezbyt znanym. Mówię to nie z żalu niedocenionego twórcy, a jedynie świadom tego, iż grunt, na który padają moje słowa, nie wszędzie jest mi przychylny. Jeszcze wtedy, gdy odsiadując swój wieloletni wyrok, myślałem o napisaniu książki, w której dałbym prawdziwe świadectwo najlepszemu z systemów, nie wierzyłem, że będzie ona mogła ukazać się za mego życia i dla nienapisanego jeszcze rękopisu szukałem w wyobraźni głębokiej dziupli w starej wierzbie. Po wyjściu z więzienia i po zatrzymaniu mojej pierwszej książki przez cenzurę, długo dojrzewałem do napisania tego, o czym marzyłem w więziennej celi. Wreszcie napisałem, cztery tomy. Są, nawet pięknie wydane, tylko trudno dostępne, przemilczane. Piszą o nich nieliczni, za to wybitni krytycy. Kto przeczytał bodaj jeden z tego cyklu, domyśli się, komu tak niewygodna jest zawarta w nich prawda, choć nie szukałem w niej odwetu. A ta mała książeczka jest jedynie wspomnieniem mojej jakże niebezpiecznej drogi, którą dochodziłem do tego nie najlepiej przez wielu widzianego tematu.” – napisał w „Tabliczce chleba”.
Cóż ja mogę? Wołam, proszę, przypominam… Czytajmy i recenzujmy powieści Krasińskiego. Żeby na stałe zagościł w naszej pamięci.

środa, 17 sierpnia 2016

Bo Baczyński wielkim poetą powstania (nie)był...



16 sierpnia 1944 roku zginęli Tadeusz Gajcy i Leon Stroiński. Kto pamięta o tych poetach - żołnierzach Powstania Warszawskiego? Kto pamięta o kolejnych zamordowanych przez Niemców redaktorach „Sztuki i Narodu” – konspiracyjnego miesięcznika literackiego, wywodzącego się z ONR Falangi i Konfederacji Narodu działającej w ramach AK? Stańcie do apelu! – Kopczyński, Bojarski, Trzebiński, Gajcy... Wśród POETÓW POWSTANIA winniśmy pamiętać o J.A.Szczepańskim („Pałacyk Michla...”, „Czerwona zaraza”), Z.Jasińskim („Krwią i rymem”), S.R.Dobrowolskim („Niezwyciężona”), S.Marczaku-Oborskim („Do powstańca”), K.Krahelskiej („Hej, chłopcy! Bagnet na broń!”)...  Wielu ich było, ale z okazji rocznic powstańczych podsuwa się nam niepolskie autorytety! Na dodatek ubarwiając ich życiorysy!
Ikoną PW został BACZYŃSKI, o którym zdań kilka. Przyjęto niczym aksjomat opinię, że był diamentem, którym strzelano do wroga. Dla mnie to po prostu bryłka węgla...
Kilka faktów biograficznych... Rodzice Krzysztofa Kamila żyli w separacji, a chłopiec był wychowywany przez matkę.  To dla niej (Żydówki/przechrzty) syn tolerował praktyki religijne, a nawet wziął ślub kościelny.  Dla  niej także popełnił kilka religijnych wierszy. Kolejna spora grupa utworów uważanych za powstańcze to znów wielka pomyłka!  Dotyczą powstania, ale w getcie (wyraźnie widoczne w twórczości solidarność i krew łączące go z żydowskim ludem)! Zatem nie może być poetą Powstania Warszawskiego! Ostatni wiersz Baczyńskiego powstał 13 lipca, a sam poeta zginął po dwóch dniach powstańczych walk i to nie z bronią w ręku! Okoliczności opisuje Kalina Błażejowska w „Tygodniku Powszechnym” – 4 sierpnia, ok. godz. 16,  Pałac Blanca, pora obiadowa:
 „W  sali  na  dole,  na  długim  stole  nakrytym  białym  obrusem  są  już  porcelanowe  talerze  z  parującą  zupą  i  kryształowe  kieliszki  z  czerwonym  winem.  Wszystko  odbija  się  wielokrotnie  w  obramowanych  złotem  lustrach.  Można,  by  pomyśleć,  że  nie  ma  żadnego  powstania,  gdyby  nie  rozsypane  na  czerwonych,  puszystych  dywanach  okruchy  szkła  z  wybitych  okien.  Baczyński.........stoi........w  narożnym  oknie  na  pierwszym  piętrze  pałacu........Nagle  osuwa  się  na  czerwony  dywan,  trafiony  przez  snajpera  w  głowę.  Nad  okiem,  w  lewej  skroni......dziura...”.
Także inaczej niż nam się to imputuje wyglądała śmierć jego żony. Basia nie była sanitariuszką, lecz ukrywała się z rodzicami w piwnicach. W  końcu  sierpnia  wyszła  na  podwórze, by  odetchnąć  świeżym  powietrzem, wtedy  spadła  na  nią  rozbita  szyba,  uszkadzając  mózg.  Zmarła  pierwszego  września...
To manipulowalne fakty. Nie neguję wartości poezji Baczyńskiego, jednak stanowczo zaprzeczam, jakoby pierwszym poetą powstania był! Warszawskiego – podkreślam!  Niech go sobie czczą bohaterscy powstańcy getta.
Tak powoli, krok o kroku, zabiera się nam pamięć o Powstaniu. Pracują nad tym specjaliści od PRL-u. Zacznę od tego, czym mnie karmiono w peerelowskiej szkole. Obowiązkowo Kamienie na szaniec A.Kamińskiego, bo jeszcze o Niemcach można było mówić źle, a harcerstwo było modne. Skoro jednak młodzież zbytnio identyfikowała się z bohatersko walczącymi chłopcami i ochoczo czytała, co dziś jest rzadkością (a nuż zacznie pogłębiać temat?), postanowiono dopisać im nowe elementy życiorysu [wiadomo jakie]. Druga lektura „Kolumbowie rocznik 20” Bratnego zaczyna się prawdziwie, niestety koniec wieńczy dzieło.
Co w tym zestawie robi Świrszczyńska? W czasie powstania była sanitariuszką i zostawiła po sobie cały tomik wierszy o tym, jak warszawiacy bali się, głodowali, w końcu ginęli. To wszystko prawda, ale nie ma tu mowy o idei, wolności, nadziei, radości... Wyłącznie hekatomba. Wdzięczna GW przypomina poetkę, ustawiając ją na feministycznej barykadzie.
Dodałabym jeszcze - wciąż niestety lekturowy - Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego. Już zaraz po publikacji został właściwie oceniony przez ówczesnych. Wojciech Żukrowski napisał recenzję pt. Mironek w powstaniu, a Michał Kurkiewicz o Mironowym siedzeniu w piwnicy podczas powstania. Bo przecież tak było.
 Żeby uciec od legendy, a znaleźć prawdę o powstaniu, sięgnęłam ostatnio do dwóch relacji uczestników. „Był dom...” Anny Szatkowskiej zawiera ponad sto stron powstańczych zmagań córki i matki (Zofii Kossak). Jakże one inne od Świrszczyńskiej! Kolejne wspomnienia są autorstwa Anny Anders-Nowakowskiej. W książce „ Mój ojciec generał Anders” otrzymujemy wojenną panoramę widzianą oczyma generalskiej córki, a rozdział zasługujący na uwagę szczególną to właśnie etap Powstania Warszawskiego. Jakże różny od tych popularyzowanych!
Zatem NIE DAJMY SOBIE ZABRAĆ POWSTANIA... Szukajmy lektur zbójeckich, które uruchomią chęć poszukiwania prawdy, a nie będą połknięte jak hamburger, po którym zostaje tylko smak stęchłego mięsa...

piątek, 18 marca 2016

ZBIERA PAMIĘĆ O PISARZACH



Republika książek to wymarzone miejsce na spotkanie z autorem. Czego chcieć więcej?
JOANNA SIEDLECKA zawsze chciała pisać. Wyszła z dziennikarstwa, dopiero potem przyszły książki. Ich siłą jest dociekanie istoty, prawdy bohaterka spotkania się nie boi, a procesów unika, bo okopuje się faktami! Najpierw pochyliła się nad przeszłością Gombrowicza i tak otrzymaliśmy „Jaśnie panicza” (pisanego z osobna, by nie promować jaśniepaństwa)... Potem przekonała nas, że jest sprawiedliwość w literaturze, bo „Malowany ptak” najpierw wyniósł Kosińskiego, a potem go zniszczył. O miłości Ameryki do mitów przeczytamy w „Czarnym ptasiorze”. Moją ukochaną biografią jest ta o poecie niezłomnym, w której autorka pokazała Herberta wielowymiarowo, odczarowując jego czas lwowski czy późniejszy – związany z (nie)przynależnością do AK, bo bez tego „O dwu nogach pana Cogito” nie da się odczytać.
Po 1989 roku, kiedy otwarto archiwa, wykluł się nowy temat, czyli życie literackie PRL-u. Wszak władza komunistyczna wpływała nie tylko na dzieła, ale i na życie osobiste pisarzy. Trafiali oni do więzień, do psychuszki, rozpijano ich, podsyłano fałszywych przyjaciół i prostytutki, sterowano karierami... Zapiera dech w piersiach czytanie „Obławy” czy „Kryptonimu Liryka”... I ostatnio wydane „Biografie odtajnione”...
Ponieważ spotkanie odbyło się w Rzeszowie, nie brakło miejscowych odniesień do literackiego światka. Nie sposób tu pominąć Wiesława Zielińskiego i opisanych przezeń  donosicielskich macek. Temat wymuszonej i dobrowolnej współpracy z bezpieką poruszył w „Bagnie”, a kontynuował w „Sprawie obiektowej – Kryptonim MUZA”. Cała Polska zna też sfilmowaną „Syberiadę”, ale o  prokuratorskiej działalności w czasach Stalina już mało kto wie. Zatem i rzeszowianin - pan Domino - zaistniał przez moment w czasie spotkania. W ogóle trzeba podkreślić, że choć nieliczne, ale jakże elitarne towarzystwo stawiło się w księgarni „Libra”. Przyjemność ogromna!
Warto na podsumowanie przytoczyć słowa Kąkolewskiego (nota bene pani Siedlecka była jego ulubioną studentką i uczennicą największych nadziei), że dziennikarstwo to wytapianie tak cennego kruszcu, jakim jest prawda. I tego życzymy wszystkim reporterom!

niedziela, 6 marca 2016

KŁAMCA, MITOMAN CZY KONFORMISTA – RZECZ O TOWARZYSZU Andrzeju WAJDZIE



Dziś fetuje urodziny Andrzej Wajda – przez wielu uważany za naszego wielkiego reżysera, bo przecież nagrodzony Oscarem (za polityczną poprawność - mój przypisek).  No cóż... Garść rzetelnych informacji o nim przekazuje Piotr Włodarski w książce „Pan Andrzej”. A wie, co mówi, bo z jednej filmówki byli. I bazuje na dokumentach podpisanych przez samego Wajdę, choć ten pewnie wolałby o nich milczeć! O istnieniu książki wiedzą nieliczni...
Ja odniosę się krótko do wybranych filmów.
„Kanał” – główny przekaz jest taki, że walka o wolną Polskę jest beznadziejna, bo wszyscy – co do jednego! – zginiecie marnie! A w Powstaniu Warszawskim odnieśliśmy tak wielkie straty, że komuna łatwiej weszła do Polski (dopowiedział w wywiadzie 1 sierpnia 2007 r., a niektórzy powtarzają tę bzdurę do dziś).  
 W „Lotnej” powtórzył scenę z niemieckiej propagandówki z 39 roku, jak to polscy ułani w kampanii wrześniowej  lancami atakują czołgi! Tymczasem z regulaminu wiadomym jest, że kawaleria atakuje pieszo, a przemieszcza się konno! Wajda wie lepiej...
„Popiół i diament” to kunszt inżyniera dusz, bo komuniści są tu dobrzy, uczuciowi, wrażliwi, a akowcy rozhisteryzowani, beznadziejni. Jeśli ktoś docenia film, bo przecież jest tam zapadająca w serce kultowa scena ze zniczami sunącymi po blacie baru, to wspomnę tylko, że pomysł Wajdzie podsunął Morgenstern! A z mitem Maćka Chełmickiego rozprawił się Kąkolewski („Diament odnaleziony w popiele”- tam o uwolnieniu więźniów z kieleckiego więzienia przez „Szarego”).
Może „Katyń” bez wad? Warto zacząć, że Wajda zablokował na przykład Roberta Glińskiego, który jako pierwszy chciał zrobić film o mordzie katyńskim.
Film Wajdy jest wielkim usprawiedliwieniem tych, którzy zgodzili się na współpracę z komunistami (autobiografia?).  Nie ma tu chociażby postaw Żołnierzy Wyklętych, którzy na taką propozycję nie przystali i nie zrezygnowali z pamięci o wolnej Polsce. Nie ma też  głównych winnych zbrodni (jak np. w „Pasji” M.Gibsona). Mamy za to dobrego oficera Armii Czerwonej, który ratuje polską rodzinę. Pominięto okrutne sceny przesłuchań, inwigilacji, zastraszana – główne elementy sowieckiego systemu zniewolenia, za to wprowadzono próbę rozmycia win niemieckich i sowieckich. Że ojciec Wajdy nie zginął w Katyniu, to już chyba wiemy... Antyrosyjskości w tym filmie nie znajdziemy.
Czy można napisać coś złego o „Panu Tadeuszu”? Przyjrzyjmy się, jak cichy jest to film! Choćby w scenie grzybobrania – postaci snują się wśród drzew niby senne mary! Takie cmentarzysko, które ma nam uświadomić, że nie ma już dworów, szlachty, zaścianków! Nie mamy do czego tęsknić!
O Wałęsie wiemy już wszystko, ale z filmu o nim warto wyłowić kilka przekłamań, jak np, scena z milicjantką karmiącą dziecko Wałęsy, a na jej szyi dynda medalik... Generalnie to Wałęsa był wielki, a Polacy to ciemnogrodzianie.
Do kompletu propagandowe dziełka „Człowiek z żelaza” i „Człowiek z marmuru” ...
Dobrze, nie będę się pastwić. Oddam głos profesorowi Jackowi Trznadlowi, który stwierdził, że „cała twórczość Wajdy nie uczy historii, ale ją fałszuje”. Warto wysnuć własne wnioski.

Dodatkowo film na ten sam temat... https://www.youtube.com/watch?v=bVbbP7zBP3E 

 

środa, 2 marca 2016

DZIEWCZYNY WYKLĘTE...


...WALCZYŁY, KOCHAŁY I UMIERAŁY ZBYT MŁODO DLA OJCZYZNY...



Jest 31 marca 1945 roku. Nad brzegiem Sanu zatrzymuje się samochód. Po przeprawie promem wysiadają dwaj uzbrojeni mężczyźni, a między nimi widać młodą kobietę. Idą w kierunku zabudowań.  Nagle jeden skinieniem głowy nakłania dziewczynę do ucieczki. Gdy ta podrywa się do biegu, pada trafiona serią z pistoletu maszynowego...
Kim była zamordowana?
Janina Przysiężniak z d. Oleszkiewicz urodziła się w podkarpackiej Kuryłówce w 1922 roku. W wieku osiemnastu lat miała już małą maturę i za sobą zaprzysiężenie do NOW-AK. Po przeszkoleniu w zakresie sanitarno-łącznościowym  nie miała wątpliwości, że trzeba stanąć do walki. Przybrała pseudonim „Olcha”, który zmieniła po poznaniu „Ojca Jana”. Została wtedy „Jagą”. A kim z kolei był wspomniany „Ojciec”? Niech nie zmyli nikogo konspiracyjny pseudonim. Ten młody, przystojny i opiekuńczy wobec swoich podkomendnych dowódca (stąd miano) i piękna blondynka o niebieskich oczach poznali się na weselu przyjaciółki i... zakochali. Ślub zaplanowali w drugi dzień Bożego Narodzenia 1943 roku, niestety na skutek zdrady nadciągnęły niemieckie tyraliery i rozegrała się bitwa. Franciszek i Janina stanęli na ślubnym kobiercu po dwóch tygodniach, ale tym razem bez partyzanckiej asysty, z jednym świadkiem, a akt małżeński został głęboko ukryty w jarocińskim kościele. Niepokój panny młodej budził wystawiony katafalk i rzeczywiście małżonkom nie było dane żyć długo i szczęśliwie.
Ostatni raz widzieli się w Wielki Piątek 1945 roku. Święta ze względów bezpieczeństwa mieli spędzić osobno. Smutne, ale konieczne było to rozstanie. Wiedzieli, że są poszukiwani przez NKWD. Jan miał spędzić Wielkanoc w leżajskim klasztorze, a Jaga – będąca w błogosławionym stanie – udała się do domu siostry Marii Dolnej. Tam znaleźli ją ubowcy, wywlekli z domu, by po całonocnych torturach odwieźć na miejsce kaźni. Znane jest nazwisko mordercy – to Andrzej Machaj strzelił do brzemiennej kobiety, raniąc ją śmiertelnie...
Pogrzeb w Wielkanocny Poniedziałek  był wielką manifestacją. Kilka partyzanckich oddziałów w pełnym rynsztunku, gotowych na wszystko. Ostatnia droga Jagi i zamordowanego z nią dzieciątka z honorami – szpaler przed kościołem, salwa nad grobem... A na skromnej mogile wciąż ktoś dopisywał: „Zamordowana przez UB”. Kiedy po latach Franciszek Przysiężniak opuścił więzienie, często widziano go pochylonego nad mogiłą najbliższych...
Historię Jagi opisał m.in. Szymon Nowak w książce "Dziewczyny Wyklęte". Znajdziemy tam jeszcze kilkanaście porywających opowieści o walce i dramatycznych wyborach. Do czytania nie tylko 1 marca z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.



czwartek, 18 lutego 2016

ANNA ANDERS – generalska córka z klasą



Anna Nowakowska, primo voto Romanowska, to córka generała Władysława Andersa i jego pierwszej żony Ireny Marii z domu Jordan-Krąkowskiej. Rodzina znana, ale ponieważ dziś lansowana jest Anna Anders II, a wspomnienia pierwszej żony (też Ireny) i pierwszej córki (też Anny) są zamazywane, warto przypomnieć biografię ukochanej córki Hanusi...

Jej życie w dwudziestoleciu to pasmo przyjemności. Kolejne ziemiańskie rezydencje na kresach, rodzinne spotkania, ożywione życie towarzyskie, prywatna nauczycielka, galopady z ojcem. Bo miłość do koni ich połączyła – od niego dostała pod choinkę ukochanego kucyka Fi-fi, potem klaczkę Donnę. Była dla ojca Pepitą, a on Don Fernandem... Przeskokiem Anny do starszej generacji było wczesne zamążpójście. Wybrankiem został starszy o ponad dwadzieścia lat rotmistrz, na dodatek podwładny Andersa. Na miłość kładł się powoli cień wojny. 

Front, bezładne ucieczki, dezorientacja... Jeszcze ostatnie spotkanie z ojcem w szpitalu lwowskim i okupacyjna rzeczywistość w Warszawie. Tam w lutym 41 roku przyszła na świat Ewa Maria. I tak rodzina borykała się, walcząc co dzień o przetrwanie. Dzielne kobiety robiły makaron, sprzedawały płaszcze od deszczu, prowadziły antykwariat, a nawet handlowały wódką. Gdy wybiła godzina „W” Anna nie zawahała się nawet minuty i – zostawiając maleńkie dziecko – ruszyła na powstańcze barykady! Pięknie wypowiada się na temat zrywu warszawiaków! To czysta idea patriotyzmu, odwagi i poświęcenia. A powstanie musiało wybuchnąć i za lata upokorzeń nadeszła chwila czynu. Potem podzieli los mieszkańców stolicy. Pruszków, ukrywanie się pod zmienionym nazwiskiem, a po zakończeniu wojny karkołomna przeprawa do Włoch, do niewidzianego od sześciu lat ojca...

Moment euforii i niedowierzanie. Ojciec związał się z kobietą w jej wieku! Słabła nadzieja na powrót do przedwojennej sytuacji. Wybór ojca odbił się tragicznie na losach całej rodziny. Mama mimo straszliwego zawodu zaczęła realizować program społeczny. Syn Jerzy zerwał wszelkie kontakty z ojcem, a Anna zdecydowała się na wyjazd najpierw do Francji, później do Kanady. Tam pracowała w sekcji polskiego radia, dzieląc czas między rodzinę i zaprzyjaźnionych Polaków. Tam też czytała ukradkiem gazety donoszące o narodzinach córki Andersa -  której rodzice dali na imię Anna („jakby nie było innych pięknych imion w kalendarzu!” – napisze matka w liście  z Londynu). I Anna Pierwsza ogląda zdjęcia z pobytu ojca z nową rodziną w Wenecji... Czy ta uśmiechnięta kucająca obok fontanny dziewczynka jest podobna do niej? Łyka gorzkie łzy. Z ojcem nawiąże kontakt dopiero kilka lat przed jego śmiercią. Rewelacje o jej przyjaźni z Ireną Młodszą i jej córką Anną Marią Costą są nadużyciem...

środa, 10 lutego 2016

rocznicowe wspomnienie...



KOLEJNA ZBYT PIĘKNA BIOGRAFIA – rocznicowe wspomnienie...
Kimże jest właściciel owej biografii? Feliks Koneczny. To gigant myśli, nauki i wiary. Wciąż aktualny. Zatem dlaczego tak słabo znany polskiej nauce, jak również opinii publicznej?               O tym dziś słów parę...
Krakus z pochodzenia (ur. 1 listopada 1862 r.). Wcześnie osierocony przez matkę, dzielnie piął się po kolejnych szczeblach edukacji, by już w 1888 roku uzyskać stopień doktora. Potem badania w watykańskich archiwach,  powrót do kraju i wykłady, publikacje historyczne. Niejako przy okazji zajął się działalnością publicystyczną, recenzencką i oświatową. W 1919 roku trafia na Uniwersytet Wileński, gdzie broni rozprawę habilitacyjną. Już wtedy zaprezentował własną koncepcję nauki historii, której osią była oryginalna teoria rywalizujących cywilizacji. Warto się z nią zapoznać, bo dziś trwa wielkie starcie cywilizacji atlantyckiej i eurazjatyckiej, gdzie po jednej stronie są Europa i Ameryka, a po drugiej dominująca w Europie i Azji Rosja. Europa Zachodnia ma wybór  - eurazjatyzm lub atlantyzm – pójdzie z Rosją albo Ameryką. Polska jako obszar ścierania się kilku cywilizacji jest w tragicznej sytuacji! Od stu lat niezmiennym jest przekonanie, że naszą cywilizację może ocalić tylko Kościół, czyli kapłani i wszyscy wierni Bogu i Kościołowi. Tak oto wielki admirator cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej, uczony i myśliciel, nie mógł się spodobać panującej sanacji i w 1929 roku został pozbawiony przez władze państwowe katedry uniwersyteckiej! To jeszcze nic! Bo po zakończeniu II wojny światowej, w czasie której wymordowano przeszło 90 % inteligencji polskiej, na UJ z tego samego powodu nie znalazło się miejsce dla krakowskiego uczonego! Został skazany na niebyt za prezentowanie ducha polskiego katolicyzmu i patriotyzmu, bo nikt tak jak on trafnie nie opisywał rzeczywistości. A był to dla Konecznego czas tragiczny. Tuż przed wojną zmarła ukochana żona, wojna zabrała mu synów i synową... Najpierw Niemcy, a potem komunistyczne władze zarekwirowały mu dom. Został samotny, schorowany, a jednak opiekujący się osieroconymi wnukami, mimo ogromnie trudnej sytuacji materialnej. Zmarł 10 lutego 1949 roku. W pogrzebie nie wzięły udziału władze państwowe ani uczelniane... Miał zostać zapomniany...
Nie udało się jednak pogrzebać dorobku wielkiego myśliciela. Wciąż na nowo odczytujemy jego teorię cywilizacji. Do obiegu wszedł myślowy harmider etyk, pięciokształt życia, koołobieg  czy statolatria (kult wszechpotężnej władzy państwowej, jaki prezentują Niemcy czy Rosja)... Z jaką radością przeczytałam o państwie łacińskim i zależnościach od czynników takich jak: moralność, nauka, własna produkcja i armia. Wszak to analogia z przesłaniem Grzegorza Brauna: Kościół – Szkoła – Strzelnica – Mennica!
Do tej pięknej postaci wrócę, a wpis dedykuję Jackowi, który zainspirował mnie Konecznym. 

 Przy opracowaniu posta korzystałam m.in. z książki Wojciecha Reszczyńskiego.

czwartek, 28 stycznia 2016

DZIECI GENERAŁA ANDERSA... – część pierwsza (jeśli chcecie, będą dalsze)...



I tak oto mimochodem stałam się specjalistą od Andersa. Po publikacji „10 pytań do Anny Anders”, internauci zainteresowali się rodzinną historią generała. Zatem parę słów o Jerzym Andersie – to syn z pierwszego małżeństwa. Słynny Władysław Anders ożenił się w 1923 roku z Ireną Jordan-Krąkowską. Mieli dwoje dzieci - Annę i Jerzego. W 1946 roku do Ankony dotarł najpierw syn Jerzy, a potem żona Irena z córką Anną, jej mężem Jankiem i wnuczką Ewą. Sytuacja stała się dramatyczna. Generał związany był z młodszą kobietą i nie zamierzał się z nią rozstać. Jak potoczą się losy rodziny?
Jerzy urodził się w 1927 roku. Dorastał w towarzystwie siostry Anny i nic nie zwiastowało tragicznych wydarzeń. Po wybuchu wojny ojciec znalazł się w centrum wojennej zawieruchy, a udało im się spotkać jeszcze we Lwowie. Gdy ojca przetransportowano do moskiewskiej Łubianki, rodzina ulokowała się w Warszawie. Jerzy od razu rozpoczął działalność konspiracyjną. Tkwił w niej głęboko aż do Powstania 44. W maju 1945 roku pod zmienionym nazwiskiem wyszedł z Polski, dotarł do generała Pattona, a ten umożliwił mu przelot do Rzymu do ojca. Spotkanie było gorzkie. Ojca Jurek właściwie nie znał. Był dzieckiem, gdy wybuchła wojna, a generał zniknął z jego życia niemal na osiem lat... Syn nie zaakceptował kochanki w wieku siostry i „dał się wysłać” na południe Włoch do Szkoły Podchorążych Artylerii. Gdy do Włoch dotarły mama z siostrą, zaczęli się zastanawiać nad dalszym losem.  Generałowa postanowiła udać się do Wielkiej Brytanii, tam podążył też Jerzy. Ożenił się jeszcze w Londynie z młodą dziewczyną, sprzątającą w pracowni matki. Małżeństwo  przetrwało – mimo nieobecnego myślami Jerzego. Młodzi opuścili  Londyn i pojechali do Kanady. Syn generała został magistrem ekonomii, pracował w urzędzie federalnym, choć wcześniej imał się różnych zajęć, między innymi mył okna na wysokościach, był listonoszem czy zaopatrzeniowcem. Jego syn Władysław junior jest jedynym żyjącym Andersem.   Tragiczny los Jerzego, to śmiertelne strzały obłąkanego byłego pracownika... I śmierć głupia, niepotrzebna, przypadkowa...

czwartek, 21 stycznia 2016

WITOS – WŁAŚCICIEL WIELKIEJ BIOGRAFII



W styczniu kolejna rocznica urodzin Wincentego Witosa. Wydała go galicyjska ziemia i może być dumna, bo wyszedł poza opłotki rodzinnej wsi, by trzykrotnie stanąć na czele rządu. Nic nie zapowiadało takiej kariery. Rodzina mieszkała w jednym pomieszczeniu, często głodując. Pięcioletniego chłopczyny pasącego krowę nie rozczulała ukwiecona łąka, falujące złote łany ani dzwoniący skowronek. Twardo postanowił zawalczyć o swój byt. Dane mu było spędzić cztery zimy w szkolnej ławie, ale już wtedy wyróżniał się wśród rówieśników i zagłębił się w lekturach. „Czytałem, wierzyłem i bolałem. Nieraz szlochałem całą noc, nie mogąc znieść krzywdy, jaką Polsce i Polakom wyrządzono” – wspominał potem czas zaborów. Został samoukiem i zawzięcie zaspokajał głód wiedzy, przy okazji kształtując prawy światopogląd. Po zdjęciu wojskowego szynela, sięgnął po pióro. Pisał o tym, co mu najbliższe, a więc o sprawach wsi i o ruchu ludowym. W szybko postępującej politycznej karierze niezmiennym punktem programu była integracja chłopów z narodem. „Stać chcemy na naszym narodowym gruncie!” – podkreślał.
            Z nadzieją – jak i inni Polacy – upatrywał szans na odzyskanie niepodległości w momencie, gdy za łby wzięli się nasi zaborcy. „Bez wielkiej wojny i wstrząśnień nie może Polska powstać” – prorokował. I nie stał biernie z boku. M.in. wyjechał do Szwajcarii, gdzie spotkał się z uwielbianym Sienkiewiczem. O czym rozmawiali rozmiłowani w narodzie?...
            Druga Rzeczpospolita to już udział w pracach rządu. Przyszły premier ocenił jednoznacznie powołany przez Piłsudskiego lewicowy rząd Moraczewskiego, włączając się do działania dopiero wtedy, gdy na czele rządu stanął Paderewski. Witos stał się duszą kampanii wyborczej „Piasta” z hasłem - ILE ZIEMI, TYLE OJCZYZNY. Jeszcze później będzie się zwracał do niego Piłsudski z propozycją objęcia sterów, a powód? Jak na marszałka przystało – prozaiczny. Przypominał sobie o ludziach wtedy, kiedy byli mu potrzebni, a tym razem zależało mu na pozyskaniu mas chłopskich w chwili zagrożenia niepodległości. Gdy Witos w 1923 roku po raz kolejny stanie na czele rządu, podkreśli konieczność utrzymania narodowego, polskiego charakteru w ustroju, głosząc: „rząd tworzyć będą wyłącznie Polacy!”. To już się mniejszościom nie spodobało... PPS wywoływała strajki w całej Polsce, a przedstawiciele stawali przed premierem z warunkami przerwania zamieszek, jednak Witos był niezłomny.
            Największy cios dla polskiego parlamentaryzmu dopiero miał nadejść... To „gwałt warszawski” w 1926 roku, po którym Piłsudski i „włodarz sejmu” stali się wrogami.  Mawiano, jak to premier-chłop został obalony przez marszałka-szlachcica, aresztowany i uwięziony w brzeskiej twierdzy. Po latach wspomnienia Witosa są wstrząsającą lekturą! Więźniowie byli bici, poniżani  i traktowani jak szkodliwa zwierzyna. Zatrzymano niemal pięć tysięcy działaczy, w tym 80 posłów i senatorów. Ostateczne przejęcie władzy przez Piłsudskiego przebiegało w atmosferze represji, szantażu, pogróżek... Na nic zdało się uznanie prokuratora dla trzykrotnego premiera, który w czasie procesu brzeskiego powiedział o nim:  „Polska może być dumna, że ma takiego chłopa”.
            Witosowi pozostała ucieczka przed wyrokiem i uwięzieniem. Wygnany  z ojczyzny i z ojcowizny w Czechosłowacji działał nadal, kontaktując się m.in. z J.Hallerem, W.Korfantym, I.Paderewskim i Wł.Sikorskim. To realizacja koncepcji zjednoczenia autorytetów, w finale mająca doprowadzić do konsolidacji ogólnej. Ale i Niemcy o naszym dzielnym polityku nie zapomnieli i próbowali namówić go do tworzenia „polskiego rządu”. Nie udała im się sztuczka jak z Piłsudskim! Jednak Witos podupadał na zdrowiu, a przed nim jeszcze aresztowanie córki, śmierć żony, kolejne więzienie... Zmarł 31 października 1945 roku w Krakowie. Lawecie towarzyszyły las sztandarów i tysiące wieńców. Chłopi o nim nie zapomnieli... Wszak „wyrósł z ludu, wychował się pod strzechą chłopską i pozostał wierny tej chłopskiej strzesze i środowisku, w którym wyrósł...”

[szkic do portretu oparłam na biografii napisanej przez Andrzeja Zakrzewskiego – cytaty stamtąd]

środa, 4 listopada 2015

Tak, na Syberii można żyć!



SYBERIA – kraj od dawna przeklęty, napiętnowany katorgą i zesłaniami, a zarazem najbogatszy kraj świata, gdzie wszystko jest możliwe...
Przekonałam się o tym po lekturze „Wzgórza Błękitnego Snu”. Przeniósł mnie do tego mroźnego świata Igor Newerly (o nim później, bo zasłużył na słów parę). Nazajutrz po Zaduszkach jesienią 1981 roku znalazł się na Powązkach. Chodząc po kwaterze sybiraków, czytał nazwiska tych, którym udało się zza Uralu wrócić. Postanowił wtedy opisać ich losy poprzez pryzmat jednostki. Padło na Bronisława Najdarowskiego...

Poznajemy go w wieku 27 lat, gdy po nieudanym zamachu na cara i czteroletniej katordze, przybył z Akatuja, a miejscem wiecznego zesłania mają być Stare Czumy. I wnika w nową rzeczywistość, próbuje ułożyć sobie życie, zyskuje znajomych i przyjaciół. Jednym z nich staje się ksiądz Leonard, który odgrywa poważniejszą rolę w syberyjskich spektaklach, a nie tylko księdza. Spotykają się u niego zesłańcy, by po sutym obiedzie i szklance nalewki z porzeczki snuć opowieści o straconych obrazach młodości, o losach własnych i towarzyszy... Bo zaznaczyć trzeba, że Bronisław związany był z partią „Proletariat”, a i jego współtowarzysze odgrywali znaczące role w rewolucyjnym ruchu. Czasem dyskusje na temat dróg do socjalizmu czy ruchu kooperatywnego z polską odmianą Abramowskiego przerywają  katorżnicze pieśni rzewne i historie z serca wydarte...

Niewielu Polaków jest jednak tuż obok. Bronek wspomina: Na katordze spotkałem pięknych Rosjan... Do nich z pewnością należał Mikołaj, który uczył go czytać księgę tajgi, by potem wspólnymi siłami wznieść dom na magicznym wzgórzu.

Młody mężczyzna przeżywa też miłości – jak różne! Najpierw Jewka – harda, jasnoblond, kariatyda, która prosi: Pokochaj mnie ładnie, Bronku, pokochaj czule, jak potrafisz... Po przaśnej Jewdokii przyjdzie czas na czyste uduchowienie kobiecości.
Wiera, Wierusia, Wierusałka! W domu firanki, obrusy, chodniki, porozwieszane ręczniki, robótki, na ławkach poduszki... Dom tchnie ciepłem, przytulnością, Wierą!

Książka zachwyca. Czym? Precyzyjnie odmalowaną rzeczywistością syberyjską sprzed stu lat. To był czas kolonizacji tej części Azji, a znaczącą rolę cywilizacyjną odegrali Polacy właśnie. Mnie urzekł język. Widać tu pióro mistrza – pisarza sensualisty – i oderwać się od tekstu nie sposób. Kto dziś tak pisze?!
Pośrodku pożółkłej polanki na mszarach pod srebrzystym szronem polśniewały rubiny. Jak okiem sięgnąć, rubinowym blaskiem mieniły się krzewy dorodnej żurawiny, była tego niesamowita ilość, cała polana zdawała się krwawić żurawiną!
Ponadto strony okraszały liczne rusycyzmy i nie zawracałam sobie głowy słownikiem, by sprawdzić, co znaczą małachaj czy unty. Domyślałam się z kontekstu.
Zaciekawiało też, ale i niepokoiło tajemnicze Błękitne Wzgórze, które okazało się miejscem modlitw Buriatów do bóstwa tajgi...

Cóż dodać o samym autorze? Skąd u mnie Igor Newerly - pisarz socjalistyczny? Ale dodam od razu -  nietypowy. Bo w wieku dwudziestu paru lat niemal nie używał polskiego języka (podobieństwo z Piaseckim?), a jednak osiągnął mistrzostwo. Fundamentem jego powieści stały się wspomnienia z młodości spędzonej na Wschodzie, co uwiarygodniło każdy detal! Być może  powroty te  stworzyły mu pisarski azyl, by schronić się przed zaszufladkowaniem do konkretnego nurtu literackiego w Polsce? A najważniejszą dla mnie okazała się wiara w naturalną dobroć człowieka. Nijak nie przystaje ona do nurtu socrealizmu...

Książka znakomita. Niech mi się dalej przyśni coś błękitnego ze snów starego wzgórza...

Ze swojej literackiej tropy zeszłam dzięki Panu Jacentemu i z pokorą przyznaję, że dobrze piszący autorzy zasiadają w lożach nie tylko po prawej stronie. Jacku – dziękuję :)