DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z.Kossak-Szczucka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z.Kossak-Szczucka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2014

Co dziadkowie czytali, kiedy byli mali?

Zatroskana jestem o formację duchową najmłodszych. Dużo by mówić o szkolnym kanonie lektur, a najkrócej zmiany można ująć jako rugowanie wartościowych pozycji i zastępowanie ich łatwymi, przyjemnymi, najlepiej niepolskiego autorstwa. Lepiej żeby idolem był Harry Potter niż Staś Tarkowski, Cinderella niż sierotka Marysia, Kubuś Puchatek niż miś Uszatek... Ponieważ w swoich poszukiwaniach preferuję dwudziestolecie międzywojenne, chcę podzielić się garścią dobrych książek dla dzieci i młodzieży, czytanych przez babcie i dziadków. Ci wyrośli na porządnych ludzi, a na dodatek zdali egzamin, gdy Ojczyzna była w potrzebie. Trzeba lepszej rekomendacji?

Zacznę od pytania - jakie znacie książki dla młodzieży poświęcone wojnie polsko-bolszewickiej? A temat groźny i aktualny. Ja mam jedną, ale za to jakże piękną!
Helena Zakrzewska Białe róże
Pierwsze wydanie - 1926 r.
Trwa pochód armii sowieckiej na Warszawę. Ciotki chcą chronić dwoje osieroconych dzieci, więc wysyłają Wandzię do dworku wuja, a Janek jako skaut zgłasza się do służby w łączności, choć miał działać jedynie na zapleczu frontu. Nikt nie wie, że dzieci staną oko w oko z barbarzyńskim wrogiem, zobaczą śmierć, okrucieństwo... Ale mają w ręku broń potężną - miłość do ojczyzny. Czy można jej zbyt wiele ofiarować? W PRL książka zakazana przez komunistyczną cenzurę, a to obowiązkowa lektura dla małych patriotów.  Polecam również ze względu na wybitne wartości literackie.
Maria Buyno-Arctowa Ojczyzna
Pierwsze wydanie - 1922 r.
Jest jeszcze jedna! To kolejna ważna książka budująca świadomość historyczną najmłodszych. Bano się jej do tego stopnia, że została objęta zakazem druku i wycofana ze wszystkich bibliotek. Dlaczego? Bo ukazuje cud wskrzeszenia poćwiartowanej ojczyzny, jednocześnie wskazując odwiecznych wrogów -  Niemców i Rosjan. Czytamy: największym wrogiem Polski był, jest i będzie Niemiec; w Kraśnikach czekano z trwogą na Moskali lub Niemców; uzdolnieni do systematycznego obrabowywania Polski ze wszystkiego; oddany na pastwę zbliżającego się czerwonego okrucieństwa... Na dodatek akcja dzieje się we dworze, który z chatą wiejską szedł ręka w rękę, wzajemnie sobie pomagając. To wystarczyło, by książka przepadła bezpowrotnie. Już nasze dzieci nie przeczytają o losach braci, którzy próbują ratować ojcowiznę.  Młodzi Kraśniccy z Kraśnik w czasie zawieruchy wojennej szukają rodziców, a my dostajemy obraz kolejno pojawiających się oddziałów i próbujemy odpowiedzieć, który bardziej bezwzględny i okrutny - Moskal czy Prusak?
Kornel Makuszyński Złamany miecz
Pierwsze wydanie -  1936 r.
Tu już nie bolszewicka inwazja skazała książkę na niebyt, ale sam autor nieprzystający do nowych elit oraz umiejscowienie akcji w dworku na Wileńszczyźnie. Choć też mamy wspomnienie: Adam Gilewicz żył rok zaledwie na słonecznym bożym świecie, gdy Polska zmagała się w wojnie bolszewickiej. Ociekająca krwią burza przewaliła się nad kresowym miasteczkiem... Główny bohater przypomina wielce "szatana", bo i jego charakteryzują radosna pogoda umysłu, dzielne serce oraz  ufność w ludzką miłość. Dzięki tym przymiotom uda mu się zakończyć wieloletni spór z sąsiadami. Barwna, radosna powieść dla kochających pisarza "ze słońcem w herbie".
Zofia Kossak Bursztyny
Pierwsze wydanie - 1936 r.
Ta kolejna wartościowa książka dla dzieci i młodzieży jest zbiorem opowiadań o historii polskich ziem od Mieszka poczynając, a kończąc na XIX wieku. Te fragmenty naszych dziejów przez moment znalazły się nawet wśród lektur uzupełniających. Zbiór urzeka piękną narracją, a stylizacja językowa każe wierzyć, że jest się właśnie tu i teraz. Nie muszę chyba wspominać, że i ta książka nie spodobała się "naszym" władzom po wojnie i zniknęła na lata z bibliotek.
Maria Dąbrowska Dzieci Ojczyzny
Pierwsze wydanie - 1918 r.
To debiut pisarski Dąbrowskiej. Wprawdzie później jej serce biło po lewej stronie, ale w opowiadaniach o polskich wydarzeniach historycznych jeszcze tego nie widać. Nie wiem nic o cenzurze, ale jestem pewna, że czytać można. I to z pożytkiem.

Przedstawiłam tylko wycinek spisu lektur obowiązkowych w edukacji patriotycznej. Są to - jak widać - utwory ponadczasowe, bo miłość do ojczystej ziemi jest niezmienna. Uprzedzam pytanie o dostępność. Są te pozycje w sprzedaży, ale popyt na nie niewielki. Skąd to się bierze? Bo nazwiska autorów na długie lata zniknęły z lektur, z opracowań literackich i nawet jeśli w latach dziewięćdziesiątych jakieś wydawnictwa podjęły ryzyko ich przywrócenia, przestały funkcjonować w czytelniczym obiegu. Kto kupi lub wypożyczy  swoim dzieciom książki, których nie zna? Ja znam i polecam je czytelnikom pięknym duchem:)

piątek, 1 sierpnia 2014

"Szaleństwo Polaków było odpowiedzią na szaleństwo Niemców!"

Siedemdziesiąt lat temu cała Warszawa czekała na godzinę "W". Teraz przy okazji każdej rocznicy odbywa się publiczna debata na temat celowości powstania. Ogromny problem ma z tym lewica, ale niedługo odejdą na wieczną wartę ostatni uczestnicy i będzie można pisać własną historię, jak to przez głupotę Polaków wymordowano inteligencję, poniesiono olbrzymie straty w ludziach, a stolica została zrujnowana. Już dziś wielu młodych janczarów śpiewa tę pieśń. Bądźmy sprawiedliwi - GLORIA VICTIS! - z tym zgadzają się wszyscy, nikt nie neguje waleczności i poświęcenia, ale...
I właśnie to "ale" jest głównym tematem moich refleksji.
Zacznę od tego, czym mnie karmiono w peerelowskiej szkole. Obowiązkowo Kamienie na szaniec A.Kamińskiego, bo jeszcze o Niemcach można było mówić źle, a harcerstwo było modne. Skoro jednak młodzież zbytnio identyfikowała się z bohatersko walczącymi chłopcami i ochoczo czytała, co dziś jest rzadkością (a nuż zacznie pogłębiać temat?), postanowiono dopisać im nowe elementy życiorysu [wiadomo jakie]. Druga lektura Kolumbowie rocznik 20 Bratnego zaczyna się prawdziwie, niestety koniec wieńczy dzieło.
Co tu robi Świrszczyńska? W czasie powstania była sanitariuszką i zostawiła po sobie cały tomik wierszy o tym, jak warszawiacy bali się, głodowali, w końcu ginęli. To wszystko prawda, ale nie ma tu mowy o idei, wolności, nadziei, radości... Wyłącznie hekatomba. Wdzięczna GW przypomina poetkę, ustawiając ją na feministycznej barykadzie.
Potem już policealne lektury, a wśród nich Tomasz Łubieński piszący swoje szkice o powstaniu warszawskim, czyli pamflet na polską świadomość. Dba przy tym, by legenda powstania nie była lukrowana i nie mdliła. Mnie mdli, gdy to czytam.
Kwatera Bożych pomyleńców Władysława Zambrzyckiego być może nie powinna być w tym towarzystwie, ale mam  ocenzurowaną wersję (PAX 1967r.), więc może pozycja warta jest uwagi. Po prostu wydłubywałam z półek wszystkie powstańcze echa. Czyta się dobrze, choć ze zdziwieniem.
Dodałabym jeszcze - wciąż niestety lekturowy - Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona Białoszewskiego. Już zaraz po publikacji został właściwie oceniony przez ówczesnych. Wojciech Żukrowski napisał recenzję pt. Mironek w powstaniu, a Michał Kurkiewicz o Mironowym siedzeniu w piwnicy podczas powstania. Bo przecież tak było.
O ile Białoszewskiego możemy określić jako ostentacyjnie cywilnego, to Czesława Miłosza nazwę ostentacyjnie indywidualnym. Wystarczy sięgnąć po Rodzinną Europę. Na stronie 214 czytam:
Mój indywidualizm, bynajmniej nie zaleta, chronił mnie od ulegania nastrojom zbiorowym i nakazywał odwracać się od tego, co uważałem za spazmy przeszłości. I nieco dalej - s. 218: Tak powoli zbliżaliśmy się do zagłady miasta. Powstanie warszawskie było przedsięwzięciem karygodnie lekkomyślnym, [...] jakkolwiek dwieście tysięcy trupów zawsze waży na szali i nie da się odgadnąć, jak legenda, przekształcając się, działa w ciągu następnych dziesięcioleci i stuleci. 
 Żeby uciec od legendy, a znaleźć prawdę o powstaniu, sięgnęłam ostatnio do dwóch relacji uczestników. Był dom... Anny Szatkowskiej zawiera ponad sto stron powstańczych zmagań córki i matki (Zofii Kossak). Jakże one inne od Świrszczyńskiej! Z kolei profesor Witold Kieżun w rozmowie biograficznej dokładnie opisuje 63 powstańcze dni. Jego wypowiedzi pojawiły się też w czasopismach, np. "W sieci" (31/2014), gdzie wyjaśnia, dlaczego Warszawa walczyła. Niemcy ogłosili miasto twierdzą "Festung Warschau", co byłoby zabójcze dla mieszkańców i zabudowań. Do budowy fortyfikacji miało zgłosić się 100 tys. Polaków, stawiło się kilkudziesięciu. Tym samym warszawiacy zostali skazani na karę śmierci za niewykonanie rozkazu w warunkach wojennych. Powstanie musiało wybuchnąć. Było aktem samoobrony. Było odpowiedzią na panujący już piąty rok terror.
 Bardzo podobny punkt wyjścia podaje Maria Trzcińska, a przypomina o niej po latach Aldona Zaorska. Wspomniany terror potęgowany był przez istnienie obozu koncentracyjnego KL Warschau, który pochłaniał dziennie życie setek Polaków, co było zgodne z rozkazem Himmlera i planem Pabsta. Warszawa miała zniknąć z mapy, a ludobójczą działalność obozowego kompleksu przerwało powstanie. To był akt zorganizowanej samoobrony!
Został jeszcze J.M.Rymkiewicz i jego Kinderszenen. Głośno było o książce, bo nie była poprawna. Wszak pisał o okrucieństwie Niemców, a nie  nazich. Wyciąga na światło dzienne fakty, o których winno być cicho.  Przytacza wypowiedzi tych, którzy przeżyli masakrę - Niemcy podesłali goliata, mały czołg wypełniony toną materiałów wybuchowych. Zginęło około 300 osób, w tym głównie kobiety i dzieci. W rozdziale Powstanie jako wybuch szaleństwa tłumaczy, że komunistom chodziło o to, żeby ukazać Polaków jako ludzi, którym ktoś powinien założyć kaftan bezpieczeństwa. Do propagandowego chóru dołączali inni. Np. Pobóg-Malinowski uważał powstanie za największe w dziejach Polski nieszczęście, a jej uczestników za szaleńców. Dowódcy byli szaleńcami-łajdakami i zasłużyli na karę śmierci, co najmniej przez rozstrzelanie, a żołnierze szaleńcami-bohaterami, bo umierali bez sensu. Autor Najnowszej historii politycznej nie dostrzegł, że szaleństwo Polaków, którzy zdecydowali się na swoje szaleńcze Powstanie, było tylko odpowiedzią na szaleństwo, wobec którego stanęli, z którym musieli się zmierzyć i któremu musieli sprostać. [..] To szaleństwo, na które Polacy odpowiedzieli swoim szaleństwem, można by nazwać szaleństwem wojny albo szaleństwem niemieckiej wojny [s.191].
I tak wracam do tytułu posta. Musimy pamiętać, że za śmierć 200 tysięcy warszawiaków i zniszczenie stolicy odpowiadają Niemcy, a nie powstańcy!

Historia to magistra vitae, ale my wciąż nie chcemy się uczyć...



 

poniedziałek, 28 lipca 2014

Zaszczuta Kossak-Szczucka

Niby nie jest źle. Książki łatwo dostępne, nie osnuwa ich pajęczyna. Nazwisko pisarki zna niemal każdy Polak... Więc skąd ten tytuł? Bo niedługo może się wszystko zmienić. Już się zmienia i to nie bynajmniej z powodu marnego pisarstwa. Zofia Kossak-Szczucka nadal znajduje się w panteonie pisarstwa historycznego, ale jej umiłowanie polskości i nieukrywana postawa katolicka doskwierają tzw. mediom mainstreamowym. Wszak one tworzą kanon inteligentnego Polaka, zatem już wkrótce może powtórzyć się sytuacja (jak np. z Konopnicką i przyklejoną jej łatką), że o napiętnowanej jako antysemitka i rasistka pisarce nie będzie wypadało wspominać. GW w artykule "Spór o Zofię Kossak" na swoją stronę przeciągnęła nawet córkę pisarki - Annę i cytuje jej wypowiedź: Radio Maryja i wszystkie te ksenofobiczne środowiska nie mają prawa do mojej matki. Ona była dobrym człowiekiem, otwartym na świat. Oni tworzą podziały, dzielą ludzi. Wara im od Zofii Kossak - ucina.
Czytam ze zdziwieniem te słowa i od razu przychodzi mi na myśl próba przyprawienia gęby Zbigniewowi Herbertowi z wykorzystaniem jego żony. [Tak przy okazji dziś mija 16. rocznica śmierci tego Niezłomnego Poety]
Dlaczego trudno mi uwierzyć w brak manipulacji? Bo właśnie skończyłam czytać wspaniałą książkę Był dom... Anny Szatkowskiej i lektura nie zapowiadała tak zasadniczej zmiany poglądów pisarki! Z Polki - Europejka? Z twórczyni Żegoty - antysemitka? Z intelektualistki katolickiej - wróg chrześcijańskiej rozgłośni?

Spór o Zofię Kossak toczy się od kilkudziesięciu lat. Zapoczątkował go Tadeusz Borowski, publikując w 1947 roku artykuł Alicja w krainie czarów. Odnosił się w nim do wspomnień obozowych literatki zawartych w tomie Z otchłani. Pozostało mi tylko owe wspomnienia przeczytać, co niniejszym uczyniłam.
Oświęcim był piekłem, a obowiązkiem ocalonych jest dać świadectwo prawdzie, choć trudno znaleźć w ludzkiej mowie słowa, które pokazują duszę hitlerowską w całej nagości. Nawracanie do przeżyć lagrowych jest bolesne i męczące, ale cel pisania arcyważny:  Więzień musi napisać, czytelnik musi przeczytać. Otrzymujemy relację wiernie przedstawiającą warunki lagrowe i opisującą proces odczłowieczenia. Najpierw odebranie osobowości przez nadanie numeru, później stadne życie (człowiek, gdy jest sam - myśli), do tego głód, chłód, brud, pośpiech, plugawa gwara najeżona obraźliwymi epitetami, plaga szpiegostwa i donosicielstwa, wyplenienie wstydu... Szczytem wychowania lagrowego staje się muzułman, odnoszący się do wszystkiego ze zwierzęcą obojętnością. Zabić człowieka jest łatwo, ale spreparowanie tak żyjącego człowieka jest owocem konsekwentnej pracy. Oprawcami bydła w pasy nie byli jacyś naziści i autorka nazywa ich wprost: sadystyczni młodzi rzeźnicy (na bloku doświadczalnym), hitlerowskie Niemcy, Niemcy wierni swemu totalnemu zakłamaniu...
A że często więźniarki szukały pocieszenia w modlitwie albo zachowywały się godnie, nie rezygnując ze swoich wartości, tego Borowski już nie był w stanie pojąć. Co zarzucał autorce wspomnień? Że np.:
- jest bigotką,
- fantazjuje niemal w każdym zdaniu,
- jest nieobeznana z gwarą obozową,
- czyni krzywdę innym narodowościom, wyróżniając Polki, a wśród nich katoliczki,
- wprowadza gąszcz poglądów religijnych, metafizycznych,
- obok mocno naiwnych dywagacji w relacji obozowej umieszcza jedynie okruchy prawdy,
- należy w obozie do uprzywilejowanej kasty i właściwie nie wiadomo, jak to się stało, że przeżyła (nie wiedział, że wróciła na Pawiak i czekała na wyrok śmierci?),
- pisze o Oświęcimiu bezosobowo, nie mając odwagi wprowadzić do powieści i osądzić samą siebie (a przecież Tadek i Maria z jego opowiadań to nie są rzeczywiste postacie, a jedynie zmyli czytelnika przypadkowa zbieżność imion!),
- napisała książkę złą i fałszywą, beznadziejnie słabą literacko, po prostu pamiętnik Alicji z krainy czarów.
Według autora  Opowiadań sens Oświęcimia da się rozwiązać jedyną metodą, jaką jest światopogląd materialistyczny. Czy pisał tak tylko dlatego, że proklamował socrealizm? Cynizm więźniów, brutalizacja obrazu życia w lagrze, relatywizm moralny - to cała prawda o obozie? W środowisku literackim zawrzało. Dziś próbuje się nam wmówić, że rozpoczęła się nagonka na Borowskiego. Moim zdaniem to on właśnie wygrał, bo z jego książki do dziś młodzi uczą lagrów. I nie dlatego, że jest lepsza od wspomnień Kossak-Szczuckiej, ale dlatego, że ktoś uparcie ją lansuje i umieszcza w kanonie lektur. Tak jak Gombrowicza czy Białoszewskiego (nie ma lepszych książek o Powstaniu Warszawskim?). A przesiąknięta patriotyzmem i katolicyzmem pisarka uwiera... Walka z wartościami trwa...
Zainteresowanych  tematem informuję, że jest książka Dariusza Kuleszy Dwie prawdy. Zofia Kossak i Tadeusz Borowski wobec obrazu wojny w polskiej prozie lat 1944-1948.