DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.I.Kraszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J.I.Kraszewski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2011

Ostatnia miłość Kraszewskiego

Za kilkanaście godzin powitam Wiedeń. W krew już mi weszło wyszukiwanie literackich tropów, ale tym razem moje zdziwienie osiągnęło apogeum, bo spodziewałam się  Austriaka, Niemca,  a spotkałam... Kraszewskiego. I jego wiedeńską miłość. W tym mieście wszystko jest możliwe.
JIK ma 69 lat, ona - czterdzieści mniej. Christa del Negro jest dziennikarką. Wiele podróżuje, kocha Włochy, Francję, ale odbywa też egzotyczne podróże, jak ta do źródeł Nilu. Świetnie zna języki włoski i francuski, a za chwilę będzie żałować, że nie zna polskiego.

Wiedeń, dworski teatr operowy, uroczystość z okazji pięćdziesięciolecia pracy pisarskiej. W loży pojawia się "uderzająco mały pan. Miał szaroniebieskie oczy o przyjaznym spojrzeniu i rzadko spotykanym blasku" - napisze za kilka lat w pamiętniku. Hrabia, zachwycony piękną brunetką, proponuje jej przekład Hrabiny Cosel. Ożywia się korespondencja. Na gwiazdkę do listu JIK dołączył notesik w oprawie z kości słoniowej i z własnoręcznym szkicem drezdeńskiej willi. Christa przesyła pisarzowi gipsowy odlew dłoni, którą onegdaj całował z zachwytem. Pisarz osamotniony, spragniony ciepła, patrzy z nadzieją na otwierającą się słoneczną ścieżkę. "Waham się ... powątpiewam... Za późno, za późno!". Listy płyną we wszystkie strony. Zofia Kraszewska, która została w kraju i nie widziała się z mężem od niemal trzydziestu lat, na wieść o romansie, spaliła kilkaset mężowych listów. Za to 841 listów Kraszewskiego do żony można oglądać w Bibliotece Jagiellońskiej. Christa zachwyca się listami od pisarza, bo przydają jej radości życia.  A kłopotów nie brakuje. Niemiecki dziennik drukuje tłumaczoną powieść w odcinkach, ale tempo tłumaczenia i kłopoty ze wzrokiem przysparzają problemów. Z pomocą przychodzi Kraszewski i proponuje Chriście płatny urlop zdrowotny. Adorowaną kobietę i jej matkę wita i przyjmuje godnie, organizując wycieczki, wystawne kolacje, obsypując prezentami. Jednocześnie zazdrośnie strzeże i obraża się, gdy ukochana rozmawia z napotkanym malarzem. Zakochany po uszy pada na kolana w zamkowej kaplicy i oświadcza się. Odpowiada mu milczenie, jednak "kochany staruszek" podejmuje starania o unieważnienie małżeństwa. Po pięciu tygodniach z Rzymu przychodzi odpowiedź, że mężczyzna w tym wieku ma czas tak krótki, jaki mu opatrzność pozostawia, zatem nie ma potrzeby, by się rozwodzić. Kolejne rozstania, spotkania, korespondencja. I następny sponsorowany wyjazd do Prowansji. W nadmorskiej willi Christa przyzwyczaja się do dyktowania tekstów. Gdy pod koniec życia straciła wzrok, właśnie dzięki tej metodzie będzie mogła napisać i opublikować swoją jedyną książkę - "Na zawsze połączeni".
A Kraszewski? Spotkali się we wrześniu 1881 roku na Międzynarodowym Kongresie Pisarzy. Piękna dziennikarka towarzysząca pisarzowi w czasie wycieczki na Kahlenberg poznała innego mężczyznę, przyszłego męża. Umawia się z nim na spotkanie w mieszkaniu wynajętym przez Kraszewskiego. Korespondencja zamiera. Po śmierci pisarza Christa notuje: "Straciłam w nim najbardziej bezinteresownego przyjaciela."  Nic o uczuciach.

Opracowanie na podstawie artykułu Haliny Iwanowskiej "Polonika" nr 164

niedziela, 9 października 2011

Ja muszę być sławnym!


Napisał w liście do matki Józef Kraszewski. I tak się stało. Jest czytany po latach, co widać w czasie blogowych spacerów. Trawiona wyrzutami sumienia, że ledwie nieliczne powieści poznałam, zatrzymuję się choć na chwilę. Dalibóg, niemożliwością wydaje się napisanie kilkuset powieści bez pomocy "pisarzy widm". Skąd czerpał wenę? Jaką drogą kroczył do dorosłości? I oto wpada mi w ręce Chłopiec z Romanowa Moniki Warneńskiej. Wprawdzie adresowana do młodzieży, ale format i kaliber powieści w sam raz do torebki i dla umęczonej pracą głowy.

Zatem Lubelszczyzna - kraj dzieciństwa i serdeczna pamięć. Wieloma elementami i motywami wracać będzie w powieściach i opowiadaniach. Romanów i Dołhe - tu pierworodny syn Jana i Zofii czuje się jak ryba w wodzie. Nie jest skory do zabaw z młodszym rodzeństwem. Najchętniej błądzi po parku i ogrodzie, często szepcząc do siebie. Sensat jakiś rośnie z tego dzieciaka - zastanawia się ojciec. Gdy tylko zaczyna stawiać pokraczne litery, próbuje układać powieści. A czasy były ciekawe. Rok urodzenia Józia to pamiętny odwrót armii napoleońskiej w 1812 roku. Nie milkną rodzinne wspomnienia. Pełno ich w albumach i sztambuchach prababki Konstatncji. Piór gęsich, wyciąganych z jej kałamarza, nie zapomni nigdy. Tak jak wieczorów poświęconych lekturze, skupiających całą rodzinę. Przywoła je na kartach niejednej powieści.
Czas do szkoły. Ta pierwsza w Białej. Dziesięciolatek odkrywa nowe, nęcące światy, chociaż nie wszystkie przedmioty lubił jednakowo. Nie miał nigdy "smaku" do rachunków i do wszystkiego, co wiąże się z cyframi. Skwapliwie wypełniał seksterny (grube kajety) na pozostałych lekcjach. Jednak najmilsze chwile to te, kiedy rzucał się z łakomstwem na książki. Już wówczas jakiś węzeł sympatii łączył mnie z książkami - napisze - czułem na ich widok to, co czuje młodzieniec, gdy ujrzy przeznaczoną mu od wieku - kochankę. [s.46] Po latach napisze również, że w Białej przebył najlepsze dziecinne lata i tu duszę na świat otworzył. A miasto ożyje pod piórem na kartach powieści "Wielki świat małego miasteczka".
Dalej wyruszy do Lublina. W nowej szkole interesuje go historia, też rysunki i języki obce. Gdybyż nie zgryzota z matematyką! Całą pociechę stanowią książki i wędrówki po mieście. Mury tworzyły malownicze tło dla treści wyszukanych w lekturach. Marzył, by miasto owe opisać.  Jednak szkolne kłopoty potęgują bunt przeciw lubelskiej edukacji i metodom nauczania. Epogeum nastąpi w dniu zakończenia roku szkolnego. Wydarzył się skandal, nie notowany dotychczas w kronikach. Chłopiec z Romanowa, rozżalony, dotknięty, upokorzony, podczas głośnego wyczytywania listy najlepszych uczniów, z całej siły cisnął o podłogę seksternami i książkami. Potem wybiegł z sali uniesiony gniewem. [s.87] Nie mniejszy musiał być gniew rodziców, gdy syn wrócił bez nagrody i bez promocji.
Świsłocz - to kolejny zakład edukacyjny, gdzie syn państwa Kraszewskich trafia po wakacjach z opinią krnąbrnego, hardego i upartego ucznia. Zmienia ją powoli, a koledzy i profesorowie widzą w nim mola książkowego, który w szpargałach lubi ślęczeć. Wtedy profesor Walicki wskazuje mu drogę prowadzącą w przeszłość literatury rodzimej. Przecież taka proza dźwięczy jak kruszec najszlachetniejszej próby! Jak szczere złoto...[s.98] Pociągał go język ojczysty. Sporządza wypisy literackie, opracowuje glossarium, wertuje zbutwiałe papierzyska. Tak to w mgnieniu oka dwa lata przebiegły i nasz bohater już z nagrodami i świadectwem maturalnym rusza do Wilna. Młody człowiek spragniony książek, łakomy wiedzy, znajduje się w swoim żywiole. Uczy się kilku języków i spełnia zachcianki wiedzy niezliczonej. Wilno z lat akademickich utrwali na kartach "Powieści bez tytułu".  Wiele tu źródeł jego powieści historycznych. Tropi pamiątki: rozsypujące się w proch resztki obwarowań miejskich, ślady szańców, sędziwe kurhany. Szpera po archiwach. Ślęczy nad starymi dokumentami. Zapisuje skrupulatnie treść nagrobków oglądanych na cmentarzach. [s.124] To miasto jest świadkiem pierwszych prób druku, pierwszych pieniędzy zarobionych na tłumaczeniach...

I tak doszłam do lat dojrzałych, jakże płodnych! O przyjęciu jego powieści przez czytelników doczytuję w Parnasie polskim  w oprac. Haliny Przewoskiej.  Otóż pierwsza do Kraszewskiego przylgnęła płeć piękna. Do niej trafił i przez nią rósł w popularność. Mówiono nawet, że on czytać nauczył, rozpowszechniając tę potrzebę. Trafiał do tych, co po francusku nie umieli. Na stronie 120. czytamy: Świat przeto dla nas deskami zabity i przez te to deski przerzucał Kraszewski powieści swoje, które kobiety chwytały i w kurs puszczały. Modnym stało się rozmawianie o czytelnictwie, jednak dotyczyło to warstwy społecznej średniej. Na progu chłopskim literatura zamierała, a salony magnackie innej niż francuska nie wpuszczały.

Tyle znakomitości literackich w odniesieniu do JIK-a, że jeszcze kolejny post poświęcę.

Jeszcze jedna myśl mię naszła, gdym w historii się nurzała. No, przechodzę na polsko-polski. Gdy tak czytałam o kolejnych miastach, oddałam się marzeniom, żeby tak przejść dziś po śladach pisarzy. Wiem, że sporo w Internecie, że w przewodnikach, ale to nie to. Mam książkę "Polskie gniazda literackie", ale nie czuć tam ducha opisywanych miejsc, a i drobne nieścisłości bywają. Gdybyśmy tak na blogach stworzyli Literacką Mapę Polski. Byłoby pięknie, gdyby każdy opisał swoje ulubione, bliskie miejsca, zamieścił zdjęcia. Jadę sobie gdzieś, a przy okazji wstępuję i podziwiam np. Oblęgorek, Czarnolas, Żarnowiec, Kielce... Ech, marzenia... A może wierzyć, że jednak się czasem spełniają?

Monika Warneńska, Chłopiec z Romanowa, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1965
Parnas polski we wspomnieniu i anegdocie, oprac. H.Przewoska, Warszawa 1964