DOM Z PAPIERU



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą K.Orłoś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą K.Orłoś. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 sierpnia 2012

Mazurska międzynarodówka

Rano siadłam przed komputerem z zamiarem napisania krytycznej recenzji książki Orłosia Dom pod Lutnią. Wchodzę na FB, a tam jak grom z jasnego nieba spada na mnie wiadomość, że powieść wygrała w plebiscycie "Książka na lato 2012". Znowu!?  - krzyknęłam. Znowu sama pod prąd? Opuściłam klapę z zamiarem przemilczenia mojej opinii. Chodziłam od ściany do ściany. Tknięta przeczuciem szukałam recenzji i nagle jest! Skoro nielubiana gazeta przypisuje głównemu bohaterowi mądrość, uczciwość i nienaganne maniery, a cały utwór uznaje za piękny, szlachetny i krzepiący serce, to znaczy, że JA mam rację! Zatem siadam powtórnie i piszę to, co czuję.
Kazimierz Orłoś Dom pod Lutnią
Jest rok 1949 i mazurska wieś. Mieszka tu główny bohater - Józef Bronowicz. Przed wojną ułan jazłowiecki, który po klęsce wrześniowej kampanii dostał się do niemieckiej niewoli. Po powrocie z oflagu nie odnalazł się ani w stolicy, ani u boku małżonki. Ma sześćdziesiąt lat i chęć życia po swojemu. Kupuje dom na wsi i gospodarzy wśród Mazurów i Ukraińców. Ze spokojem przyjmuje córkę, która przyjechała z synem. Joanna niepewna swojego losu, bo UB aresztowało jej męża, proponuje zostawienie Tomka w bezpiecznym miejscu. I to będzie ta dobra, prawdziwa warstwa fabularna. Roczny pobyt to zanurzenie się chłopca w wiejskiej arkadii, nowe przyjaźnie, nauki pobierane od dziadka i w szkole. To tu będzie łowił raki, obserwował gwiazdozbiory, grał w szachy, uczył się jazdy na oklep... Sielankę zaburzy od czasu do czasu pojawienie się ubeków, kłusowników czy partyzantów, ale dziadka wybroni jego Virtuti Militari i spora dawka szczęścia.
Co zatem powoduje mój grymas? Główny bohater. Pułkownik wtapia się idealnie w nową rzeczywistość. Z tym po niemiecku, z tym po rosyjsku, dogada się z każdym. Ludzie go szanują i mu czapkują. Ludzie tutaj uczciwi. Nie ma złodziejstwa, pijaństwa, tej polskiej zawiści. Nikt na ciebie nie patrzy wilkiem. Nikt nie donosi.- mówi do córki [s.30]. Przypomina sobie, że Joanna kazała mu dziecko do kościoła zaprowadzić, więc idą do luterańskiej kirchy i łączą się w śpiewach. Na weselu u Wasyla zapamiętale wyśpiewuje i tańcuje, że  tylko czekałam okrzyku: kochajmy się! Te polsko-rosyjsko-niemieckie rozmowy chwilę zaciekawiają, ale potem już wyłącznie drażnią. Pojawia się "żabior straszny" - nauczycielka, która zaprasza pułkownika na angielską herbatę i poziomkowe konfitury. Nie obejdzie się bez dyskusji. Pani Wojnicka czuje się jak na wyspie obleganej przez tych wszystkich, mówiących po niemiecku, Mazurów. W obcym świecie. [s.216] - Ja, pani Wando - powiedział Bronowicz - przeciwnie, znalazłem tutaj swój dom. Gdy ta nadal próbuje poruszyć sprawę ukraińską:
- Oni wszyscy tacy sami. Piłowali Polaków piłami, zakopywali żywcem w ziemi. Kobietom obcinali piersi! (...) Rezuny. Straszni. A pan z nimi tańcuje.
Słyszy:
- Proszę sobie przypomnieć, kto palił cerkwie na Kresach przed trzydziestym dziewiątym? To my, my Polacy. (...) A słyszała łaskawa pani o tym, co się działo w Bieszczadach? Wokół Sanoka, Leska, na tych naszych obecnych kresach w cudzysłowie? Teraz to my palimy, wysiedlamy i zabijamy.[s.214-215]
Stwierdził, że oprawcy są w każdym narodzie. Nie komentuję.
W domu na niego czeka wiernie Urszula. To dziewczyna, która pomagała w gospodarstwie. Miała już jedną Zuzi, teraz na świat przyjdzie "kleiner Oberst". W recenzjach czytam o wielkiej miłości w jesieni życia. Czy naprawdę Bronowicz kochał Urszulę? Wątpię. Gdy ta pytała go o warszawską żonę, opowiada o dwudziestu latach dobrego pożycia. Czy tęsknił do niej w oflagu?
Wiesz, kiedy człowiek sześć lat żyje bez kobiety, tak jak my, zamknięci w oflagu, to (...) miłość nie ma żadnego znaczenia. Człowiek tęskni do kobiety. Do rąk, włosów, oczu, ciała, dotyku. Tęskni tak do bólu, do rozpaczy, wiedząc, że dzień po dniu, dzień po dniu będzie mijał i żadnej kobiety nie dotknie. W tym zamknięciu, w tej klatce. A naokoło mężczyźni, mężczyźni, mężczyźni! A ty tęsknisz. [s.233] I mam wrażenie, że taką właśnie "miłość" ofiarował wpatrzonej w niego kobiecie. Mówi jej dalej. Kiedy wracasz po tych sześciu latach, a twoja kobieta zmieniona, inna niż pamiętałeś i kiedy jeszcze nie ma ochoty na miłość, bo ochłodła przez tę wojnę zupełnie, bo ma dość wszystkiego, bo choruje, ciągle coś jej dolega, to zaczynasz rozumieć, że musisz znaleźć sobie inną kobietę. Taką, która będzie chciała kochać.
Straszne to słowa dla mnie. I jednoznaczne. Zostało najważniejsze - stosunek do ówczesnej polskiej rzeczywistości. Ten odznaczony, waleczny żołnierz zostawia w Warszawie rodzinę, zaszywa się na wsi, bo nie wierzy w sens walki. Sowieci złamią każdy opór - powtarzał [s.85]. Tak można mówić z dzisiejszej perspektywy, ale być pewnym kilka lat po wojnie, gdy lasy pełne  walczących, gdy więzienia pełne torturowanych, on już wiedział, że zdepcze nas radziecki but?
- Myślę czasem - powiedział Bronowicz - po co oni ginęli? Pod Wólką, pod Uniejowem, Łęczycą, Górkami? W Warszawie, na Zachodzie, w okupowanym kraju? (...) Potrzebna nam była śmierć całego pokolenia? Katyń, ci zamordowani na wschodzie? Wywiezieni do łagrów, do Kazachstanu, na Syberię? [s.26]
No po co wam to było? Niech odpowiedzą ci, co jeszcze żyją. Albo rodziny zamęczonych i pomordowanych. Znowu mylę fikcję literacką z rzeczywistością? A czy ta książka nie wpisuje się w nurt poprawności politycznej, gdzie zamazuje się piękną tradycję narodowowyzwoleńczą, gdzie bohaterem zostaje ktoś prezentujący wątpliwe wartości moralne? Niech sobie taki bohater będzie, ale dlaczego o nim tak głośno? Spodziewałam się więcej po autorze "Cudownej meliny"...

Kazimierz Orłoś, Dom pod Lutnią, Wydawnictwo Literackie, 2012