Tęskniłam do tego miasta od zawsze. Czytałam...
Są na świecie miasta - słońca i miasta - planety. Te pierwsze świecą
blaskiem własnym (Rzym, Florencja, Paryż), te drugie blaskiem odbitym. Pośród
miast – planet Lwów świeci najjaśniej, bo wszystkie blaski odbija naraz.
(Roberto Salvadori)
Parandowski wspomina:
Chyba nigdy nie spieszyłem się w tym mieście – każda droga była spacerem. Jest to miasto wielkiego umiaru, którego
nie umiem sobie objaśnić...
Dotarłam i do Hemara:
Ja rodem z Polski
Z pewnego miasta, które
Było polską Florencją
Przez swą architekturę
Świetnego renesansu
Wspaniałego baroku
Wież, katedr i kamienic.
Wreszcie ukochany Herbert:
Na samym rogu tej starej mapy jest kraj, do którego tęsknię. Jest to
ojczyzna jabłek, pagórków, leniwych rzek, cierpkiego wina i miłości. Niestety,
wielki pająk rozsnuł nad nim swą sieć i lepką śliną zamknął rogatki marzenia.
Tak jest zawsze: anioł z ognistym mieczem, pająk, sumienie...
Dałam się unieść marzeniom... Po
przekroczeniu granicy przyglądam się ciekawie maleńkim domkom z bezkwietnym
obejściem, za to z gromadkami kaczek i gęsi drepcących wokół stawików. Czas się
zatrzymał... Dalej wzdłuż drogi chaszcze, czasem przeplatane zagonami
zapełnionymi krępymi postaciami wymachującymi motykami...
Wjazd do miasta anonsuje turkot
kół podskakujących na bazaltowej kostce pamiętającej czasy Franciszka Józefa.
Postanawiam niczemu się nie dziwić... Przestawiam zegarek i zanurzam się w
tutejszym czasie... A właściwie bezczasie...
Rzędy kamienic, do niedawna
pozbawionych numerów, bo we Lwowie nie było dwóch takich samych! Między nimi
przemykają trolejbusy, tramwaje, a samochody jeżdżą według tylko sobie znanych
zasad. Zaułki przetykane soczystą zielenią, a nad całością górują kopuły
kościołów i cerkwi. Urokliwie. Zaglądam tu i tam. Zaliczam obowiązkowe punkty
turystycznego grafiku, a więc Rynek, gdzie jedna pierzeja ciekawsza od drugiej,
a rogi ozdobione pomnikami. Sprawdzam, czy pod ratuszem stoją lwy, te polskie
lwy. Stoją. Później idę pokłonić się wieszczowi, by wreszcie zachwycić się
oblepionym złotem budynkiem Opery
Lwowskiej. Czas na przekąskę. Najlepiej smakuje w Zbrojowni wśród toporów i
mieczy. Chłonę śpiewny język, z trudem, ale i z przyjemnością przypominam sobie
zakopane w niepamięci słowa. Szukam Polaków, zagaduję – w sklepie, przed
kościołem... Wchodzę na polską majówkę i zachwycam się cudnym śpiewem! Klęcząca
obok dziewczyna wyglądająca niczym anioł, kornie chwali Polską Królową...
Dziękuję jej przy wyjściu, wzruszenie ściska...
Atrakcje dawnych wieków mieszają
się ze współczesnością. Ale miałam się nie dziwić! Trudno nie zatrzymać się
przy grajkach, których poziom wskazuje przynajmniej na konserwatorium muzyczne!
Z sacrum spadam do profanum, bo oto stragan z papierem toaletowym z nadrukiem
Putina... Wśród pamiątek kłują w oczy banderowskie flagi, ale podoba mi
się promowanie folkloru. Nawet dziecięce
body z tradycyjnym haftem krzyżykowym, a zgrabne dziewczęta przyodziane w
dżinsy dumnie zadzierają głowy przyozdobione ludowymi wiankami! Nie do
pomyślenia u nas! Ale przecież miałam się nie dziwić... Niespodziewanie zapada
mrok, więc kryję się w kawiarence, gdzie onegdaj Marysieńka czekała na lubego
Sobieskiego... Sączę grzaniec... Czas wracać do hotelu...
I tak oto nastał dzień drugi...
Siąpi... Nic to, bo najważniejsza jest pogoda ducha! Zakupy i pamiątki, wśród
których nie może zabraknąć matrioszek i wódki. Bo we Lwowie są dwa rodzaje
alkoholu – dobry i bardzo dobry. Pół litra to wydatek rzędu 6 zł. Zachęta dla
Polaków – by przyjechać – jest ;) Koniecznie zaliczam książkowy bazarek, z
żalem zostawiając przedwojenne pocztówki (zakaz wywożenia antyków, czyli
przedmiotów sprzed 45 roku)... Ruszam w poszukiwaniu polskich korzeni, czyli na
Łyczaków... ale o tym następnym razem.