DOM Z PAPIERU



sobota, 18 października 2014

Życiu zawsze tak!

Rok 1980, gabinet ginekologiczny. Po stwierdzeniu ciąży lekarz pyta pacjentkę:
- Zakładamy kartę czy usuwamy?
Co było standardowym postępowaniem w czasie, gdy kwitła komuna, a skrobanki wykonywano na życzenie, dziś wydaje się być czymś nie do przyjęcia, bo tak wiele się zmieniło! Tymczasem polska rzeczywistość zaskakuje. Właśnie w tym tygodniu dzięki rzeszowskiemu sądowi Polacy dowiedzieli się, że aborcja nie jest zabijaniem, a kobiety wychodzą ze szpitala Pro-Familia odciążone! Sędzina nie pozwoliła na sfilmowanie rozprawy ani swojej twarzy, a uzasadnienie wyroku zostało utajnione.
Rzadko odzywam się na blogu na tematy  nieksiążkowe, jednak tak ważne sprawy nie mogą pozostać bez echa. Ostatni wpis poświęciłam Wandzie Półtawskiej, a dziś druga wspaniała kobieta, o której kolejny film nakręcił Grzegorz Braun, przewrotnie tytułując go "Nie o Mary Wagner".
Wystarczyłoby, żeby zwolennicy aborcji obejrzeli tylko 48. minutę, żeby samemu przekonać się, jak dokonuje się rzezi bezbronnych. Dlaczego dzisiejszy świat zabiega o to, by człowieka nazywać "zlepkiem komórek", "płodem" czy "produktem zapłodnienia" - jak w jednej sekwencji mówi mężczyzna w białym kitlu, prezentujący końcówkę pompy. Bo przemysł aborcyjny idzie pełną parą. Mary Wagner usłyszała zarzut, że gwałci prawo aborcjonisty do zarabiania na życie. Rząd kanadyjski stworzył strefy ochronne wokół klinik i miejsc zamieszkania aborterów, bo protesty zwolenników życia uszczuplają dochody placówek! Pewnie wkrótce tak będzie w Polsce, bo wspomniana rzeszowska placówka oskarżyła działaczy Fundacji Pro-Prawo do Życia o naruszenie dóbr osobistych.
Jednak tam, gdzie sieje się największe zło, jednocześnie rodzi się dobro. Są ludzie, którzy wolą wybrać celę więzienną niż odwołać swoje poglądy. Do nich należy Mary Wagner, która nie przyjęła warunków zwolnienia, jakie zaproponował jej sąd. Kanadyjka przybyła do Polski, by dzielić się swoimi poglądami, doświadczeniem i zostawić przesłanie: Bądźcie czujni! Czym naraziła się wymiarowi (nie)sprawiedliwości? Modliła się przed klinikami dokonującymi aborcji, próbowała rozmawiać z kobietami chcącymi się poddać zabiegowi i wręczała im symboliczne białe róże. To realny front walki - docieranie do ludzi z prawdą. Kłamstwo aborcji rozszerza macki, a nasze społeczeństwo wydaje się jeszcze nie być gotowe na niszczenie kultury życia.
Miałam szczęście osobiście wysłuchać tej wspaniałej kobiety. Uduchowiona, łagodna, uśmiechnięta, emanująca wewnętrznym spokojem. Pochodzi z rodziny wielodzietnej, w tym pięcioro rodzeństwa to dzieci adoptowane. Rodzice byli przykładem przywiązania do życia, a ugruntowanie wiary przyniosło dziewiętnastoletniej dziewczynie spotkanie  z Janem Pawłem II. Wtedy to usłyszała i zapamiętała słowa: Nie lękajcie się bronić życia i nie lękajcie się wyjść z ewangelią życia na ulicę. Dziś po prostu to robi. Teraz chce przestrzec Polaków, by nie stało się w naszym kraju tak jak w Kanadzie. Jeszcze do 1969 roku aborcja w jej państwie traktowana była jako zabójstwo. Wobec zdecydowanego oporu społeczeństwa zastosowano etap pośredni, czyli propagowanie antykoncepcji. Po wprowadzeniu w prawie wyjątków, doszło do całkowitej legalizacji aborcji od momentu poczęcia aż do urodzenia się dziecka. Kolejnym krokiem jest legalizacja eutanazji. W Polsce furtka już została otwarta...
Udało mi się zamienić kilka słów...




...i  zdobyć błogosławieństwo dla córki...






Pożegnanie i zostaję z poczuciem winy, że nie robię dostatecznie wiele...

niedziela, 12 października 2014

Wspomnienia wyrwane z indywidualnej pamięci

Czas wrócić do pojęć prymarnych. Czuję potrzebę zwrócenia się w stronę ludzi szukających człowieka w człowieku. Do takich należy z pewnością Wanda Półtawska - naukowiec, wykładowca, działaczka ruchu pro-life, była więźniarka obozu w Ravensbruck.
Impulsem powrotu po latach do lektury lagrowej była wiadomość o nakręceniu przez Grzegorza Brauna filmu "Nie jestem królikiem doświadczalnym". Wczytuję się kolejny raz w relację, choć autorka pisze, że nie zrozumie nikt, kto nie był "nami"... Próbuję...

Wanda Półtawska I boję się snów
 Długo po opuszczeniu obozu autorka zmagała się ze wspomnieniami z najciemniejszego rozdziału w życiu. Wracały we śnie i wydawały się niemożliwe do wypowiedzenia. Pokusa milczenia i wypierania minionych zdarzeń była ogromna, jednak dostajemy dzieło totalne. Jakże inne od opowiadań chociażby Borowskiego! Bo w niemieckim piekle znalazło się miejsce na miłość bliźniego, pomoc mimo groźby utraty życia, solidarność więźniarek. Żeby zaistniało dobro, musi też być zło. I było. Jednak w każdych warunkach można zachować człowieczeństwo. Dla tej idei warto i trzeba czytać.
Prześledźmy kolejne etapy. Najpierw katownia gestapo w Lublinie. Potem  koła pociągu toczące się w nie-zna-ne, w nie-zna-ne, w nie-zna-ne... Sponiewierane więźniarki z Lublina i z Warszawy zostają wyrzucone poza nawias życia. To już tylko numery... bez nazwiska... bez imienia... bez uczucia... kadłuby - nic więcej. Szybka nauka obozowego abecadła. Kwarantanna, a potem obłędna praca, która zabija każde wcześniejsze skojarzenia ze słowami "ogródek" czy "piasek". Trzeba opanować głodne ciało. Przeżyć przenosiny do kolejnych bloków, co miało wyizolować więźniarki i zabić kiełkujące myśli, że ma się kogoś bliskiego. Tu poznają ohydę słowa "elel"  (lesbische Liebe). Powoli z człowieka nie zostawaje nic. Traci się zaufanie do ludzi i czeka na śmierć. Milczenie, gdy rozlegają się strzały i w egzekucjach giną kolejne dziewczyny. Miały stać się wołami roboczymi, numerami bez czci i honoru. Bezsilne i stłamszone. Jednak odzywają się, gdy Niemcy ogłosili pobór do "pufu". Zażyczyły sobie, by Polkom nie składać takich propozycji!
Tylko w nocy pojawiały się tęsknoty - do matczynych rąk i siwych włosów, do ciszy kościoła i do ciszy serca. I nowa, czarna - tęsknota do śmierci. Nie być, zginąć bez śladu. I rozpaczliwe szukanie sensu. Najgorsze dopiero nadchodziło...
Nastał czas KANINCHEN - "króliki", potem "króle" - same się tak nazwały. Kilkadziesiąt Polek (!) poddano pseudomedycznym eksperymentom. Operacje mięśniowe, kostne, zarażanie bakteriami. Produkcja kalek. O doświadczeniach na dziewczynach z Pawiaka i z Lublina robiło się coraz głośniej. Znał je cały obóz. Wieści przeniknęły do radia londyńskiego, a słuchacze poznali nazwiska operowanych. Pisały sympatycznym atramentem (moczem) listy, by świat się dowiedział. Jednak kobiety z kolejnych transportów potwierdzały, że słyszały, ale były przekonane, że to tylko propaganda. Pociechą była myśl, że operowane nie idą na rozwałkę. Krótko, bo poszły kolejne dziewczyny. Wobec zbliżającego się końca wojny Niemcy postanowili zlikwidować niewygodnych świadków i wszystkie "króliki" znalazły się na liście - "nach Vorne". Wtedy obóz solidarnie postanowił je bronić. Wszystkie narodowości! Wygaszanie świateł na apelu, zamiana numerów podczas wyczytywania list, zakopywanie pod barakami, dołączanie dziewczyn do transportów w inne miejsca. Straszna gra w chowanego na słowa: "Alarm! Króle łapią!" - była jawnym buntem i walką. Wygrały. Został "tylko" marsz śmierci, a potem powrót do domu.
Do domu - jak to łatwo powiedzieć! Prosto na wschód, przeważnie pieszo, uciekając przed obleśnymi uśmieszkami i wyciągniętymi męskimi rękami. Ile razy grupka byłych więźniarek cudem uniknęła gwałtu! Raz ochroniły je końskie kopyta, innym razem głośny krzyk: mamoooo!!!

Pięćdziesiąt lat później w rocznicę wyzwolenia obozu do Niemiec wyjeżdża polska delegacja. Wiele byłych więźniarek nie miało sił, by zmierzyć się z przeszłością. Wanda Półtawska przewodniczy. Wiezie tablicę, którą ma poświęcić Jan Paweł II. Brak organizacji. Tablica pamiątkowa znika, cudem zostaje odnaleziona  i dopiero po roku zostaje wmurowana, bo nie było dla niej miejsca. Ktoś każe ustawić się Polkom w kolumnie piątkami i nie rozumie ich przerażenia - tylko nie piątkami! Nie znalazł się nikt z władz, żaden przedstawiciel ambasady, tłumacz, by padły polskie słowa, by pomodlono się za najliczniejszą grupę więzionych tu kobiet (40 tys.). Jak przypomina mi to moją relację z pobytu w Dachau, gdy szukałam polskich śladów i pisałam o tablicy umieszczonej z tyłu kaplicy przy ogrodzeniu, gdzie nikt nie dociera! Upamiętnione są mniejszości, ale nie my!

Ostatnie zdanie z napisu na tablicy - jakże aktualne:
Jeżeli echo ich głosów zamilknie - zginiemy.

niedziela, 5 października 2014

Pełniła obowiązki Polki na Kresach

Przeczytałam książkę. Od czego by tu zacząć? Może jednak od tła...
Kresowianki - krąg pisarek heroicznych to pokłosie międzynarodowej konferencji naukowej, która miała miejsce w 2005 roku w Chełmie. Prezentowane artykuły stanowią analizy i interpretacje różnych płaszczyzn problematyki kresowej, wśród których nie brak szkiców biograficznych kobiet zaangażowanych w sprawy narodowe, społeczne czy polityczne. Znajdziemy tu nazwiska znane, jak Orzeszkowa, Rodziewiczówna, Felińska, ale i zapomniane, skazane przez peerelowską cenzurę na zapomnienie. Jak wspaniale brzmią chociażby fragmenty tytułów rozdziałów! Np.: Heroiczny wzorzec kresowianki; Kresowa służba bohaterek powieści; Świętość-społeczeństwo-Kresy; Przykładem i piórem; Heroizm trwania; Symbolika domu; Niezwykła kobieta z niezwykłego dworu; Kraszewski i litewskie Polki; Dusza kresowa; Mit szlachty ziemiańskiej w dyskursie kresowym; Idea trwania jako element etosu szlacheckiego w wołyńskiej relacji; Gułag - spojrzenie Europejki; Diariusz polskiej panny kresowej...
 Publikację ubogacają ilustracje - fotografie pisarek, opisywanych przez nie krajobrazów, reprodukcje rękopisów, ikonograficzne świadectwa działalności kresowianek. Podziwiam widokówki, kartki ze sztambuchów, reprodukcje z Prypecią, rozlanym Niemnem czy  Świtezią w roli głównej.

W galerii kresowianek znalazłam dwa szkice poświęcone mojej bohaterce, którą jest Emma z Jeleńskich Dmochowska. Na jej ślad naprowadziła mnie Magdalena, której tym samym serdecznie dziękuję. Szkoda, że tak niewiele z twórczości pisarki przetrwało do dnia dzisiejszego, a znalezienie rzetelnych informacji na temat biografii i książek graniczy z cudem. Jak "znana" jest dzisiaj niech świadczy fakt, że powieść Panienka została w Biblionetce umiejscowiona na regale dla dzieci i młodzieży! Książka, która dotyka problemu walki o ziemię i polskość na Kresach! A autorka nie uległa czerwonemu kosmopolityzmowi. Objęta cenzurą w PRL, bo jej ukochania to rodzina, wychowanie, ziemia ojczysta, polska kultura, tężyzna duchowa i rozszerzenie oświaty na najniższe warstwy społeczne. Do tego ciągłe odwołania do Bożej opatrzności, co nie mogło być dobrze widziane. Zatem -  więcej o Panience...
 Zasmucona ostatnimi lekturami znalazłam schronienie w kresowym dworku na Polesiu. Podobnie jak Leon Kański, który z dyplomem lekarskim wyrusza z Petersburga na prowincję do Hrabowa. Żądny przygód i wspinania się po szczeblach kariery zostaje bezlitośnie wciśnięty przez wuja w szerokie przestworza przyrody i krajobrazy cudnych łąk, lasów, rzek i moczarów... Ma nabrać praktyki, lecząc chłopów, Żydków, ale trafia też do starego ziemiańskiego dworu, w którym gospodaruje Jadwisia Wielogrodzka. Ten dwór staroświecki, poważny, niewzruszony, który dźwigał na sobie trzechsetletnią egzystencję.[...] I ci rezydenci jakby z innego świata - wszystko było jakieś miłe, poczciwe, pociągające, a przede wszystkim swojskie. Sama zanurzyłam się w tym minionym świecie, gdy słuchałam dumki, kręciłam "bankrutkę", stawałam się partnerką do kalabraka czy przypinałam srebrną egretkę. Nieśpieszna akcja, wszak romans nie nawiązywał się po dniu, miesiącu, a roku. Choć to nie miłość damsko-męska jest najważniejsza, a przywiązanie do Macierzy. Bo panienka po śmierci ojca wzięła na siebie cały ciężar interesów. Objęła zarząd majątkami bez przychylności sąsiadów, postrzegana negatywnie jako emancypantka. Gdy bezsilna nie znajdowała oparcia, biegła do ukochanej mogiły.
- Ach, ojcze, ojcze! Czemu ciebie tu nie ma? Przy tobie był spokój, było bezpieczeństwo, obrona przeciwko złej doli, podział każdej myśli, była opieka i życie takie jasne, takie szczęśliwe. a teraz...
Ojciec zaprawiał ją do życia dla wielkiej idei - posyłał do chorych i biednych, dawał dzieci do uczenia, powierzał księgi rachunkowe, korespondencję, wypłaty, przyzwyczajał do robót praktycznych, wszczepiał kult obowiązku. I podołałaby Jadwisia wszystkiemu, gdyby nie Gucio - brat utracjusz, który ani myślał wrócić do majątku, a jeszcze zadłużał go ponad miarę. Jest jeszcze młodszy braciszek Tadzio, który wymaga uwagi i opieki. Podobnie jak hrabina Felisia - cudne zjawisko, owiane poetyckim czarem, piękne, a nieszczęśliwe z powodu wyimaginowanej (?) choroby. Jakoś przypominają ci bohaterowie mieszkańców nadniemeńskiego dworu Orzeszkowej, ale składam to na karb debiutu Emmy z Jeleńskich. Powieść jest w pełni udana, pełna nostalgii, a tych, którzy spodziewają się słodkiego romansu - przestrzegam.
Niech nas nie zwiedzie również landrynkowa okładka Dworu w Haliniszkach - kolejnej powieści wydanej z serii romansowej. Można wczytać się jeno w polski romans. Jednak dla mnie to zew Kresów, sączący się poleski haszysz...
Bo czym jest ta ziemia? W niej leżą ciała najukochańszych, pamiątki, tradycje, skarb wspomnień nie moich własnych, ale całych pokoleń. [...] Nie, ja nie mogę jej opuścić - mówi w finale panienka.
Czy Emma Dmochowska doczeka się zmartwychwstania na polskiej ziemi?

sobota, 27 września 2014

Mieć albo być...

Senne podkarpackie miasteczko... Pewnego dnia mieszkańców elektryzuje wiadomość, że w domu kultury nie tylko rozdają za darmo książki, ale i coś do jedzenia!
Kąsek znakomity! Mam już Słownik gwary lasowiackiej i byłoby ciekawie kontynuować serię, dostawiając Kuchnię lasowiacką. Przecież mała ojczyzna, tradycja, dorobek przodków itp. Pyszna rzecz, a tu tłum gęstnieje i wciąż napływa, napływa... Czy wystarczy dla mnie? Na stoliku stosiki obiecanych egzemplarzy, a z boku nęcą kanapeczki, proziaki, pierożki. W jakim kierunku ruszy tłum? 
Uchem strzyże, głową kręci,
I to pachnie, i to nęci. [...]
I tak stoi aż do rana,
A od rana do wieczora;
Aż nareszcie przyszła pora... - A.Fredro

Przyszła pora, by udać się w odległe o kilkaset metrów miejsce i wziąć udział w mszy za Ojczyznę. Zaraz potem spotkanie wyczekane od lat, bo w roli głównej sam Stanisław Michalkiewicz! Podglądany na You Tube, wysłuchany w Radiu Maryja (cykl "Myśląc Ojczyzna"), zaczytany - gdziekolwiek tylko coś "naskrobał". Temat prelekcji to Teoria spiskowa. Potępiana przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych. Nie wolno weń wierzyć pod rygorem natychmiastowej utraty tejże przyzwoitości. Niby sporo wiem, ale układam sobie po kolei i utrwalam, by zrozumieć mechanizm spisku zapoczątkowanego w 1980 roku. Cóż to był za rok? Czas buntu wobec PZPR, jej rozpad i powstanie próżni politycznej, którą wypełniły tajne służby wojskowe i cywilne. To one szybko przygotowały stan wojenny. W połowie lat osiemdziesiątych dochodzi do gwałtownych starć, które zewnętrznym obserwatorom jawią się niczym walka buldogów pod dywanem. Zwycięsko wychodzą tajne służby wojskowe prące do nowego ustroju, w którym będzie się liczył stan posiadania. Już tylko krok do powstania spółek nomenklaturowych - środowisk władzy - i selekcji kadrowej. Pozbycie się ekstremów politycznych legnie u podstaw umów okrągłostołowych. Wymiksowanie przeciwników stworzy nowe abecadło polityki, a laicka lewica przewertuje Polskę na wylot. Wywiad wojskowy przeszedł transformację w zwartym szyku dzięki skutecznemu instrumentowi, jakim była agentura.  Próba jej ujawnienia pamiętnego 4 czerwca nie udała się i tak zostało do dziś. Przynależność do sitwy jest gwarancją sukcesu na rynku... Tak doszliśmy do smutnych rozważań nad dniem dzisiejszym, do rządzących stronnictw, do długu publicznego i odmóżdżających ataków (triada: państwowy monopol edukacyjny, medialna propaganda i przemysł rozrywkowy).
Potem pytania o trzecią wojnę, Ukrainę,  o narodowców, o proklamowaną przez czerską świętą wojnę z "faszyzmem". Mnie nurtowała sprawa prof. Kieżuna... W związku z niepokojami dotyczącymi zbliżających się wyborów nasz gość stwierdził, że gdyby wybory mogły cokolwiek zmienić, to już dawno byłyby zakazane. Racja.
Spotkanie przedłużą mi kupione książki i żałuję ogromnie, że mogłam sobie pozwolić jedynie na dwie, bo każda strona to potwierdzenie, że idę w dobrym kierunku, że prawda leży na wyciągnięcie ręki.
Jak widać, atmosfera sympatyczna, tzn. tłumów nie było, a ciasteczka za sprawą księdza proboszcza owszem:) Dlaczego o tym wspominam? Bo miałam żal do organizatorów, że z jakiegoś nieznanego mi powodu (wybory?) dwa ciekawe spotkania zbiegły się w czasie i to co do minuty! Druga sprawa to wybór mieszkańców. Czy nie jest on zgodny z postawami "być" i "mieć"? Czy proporcje nie są zbieżne ze średnią krajową w odniesieniu do spraw ważnych, czyli bytu nas jako narodu a pogonią za konsumpcją? Ja zobaczyłam tę naszą polskość w soczewce! A zanim ktoś mnie zgani za krytykę tych, którzy wybrali "inny żłób" niż ja, to wspomnę o zdjęciach, których z litości nie zamieszczam. Nie mam zdolności bilokacji, więc na pierwsze spotkanie wysłałam swojego agenta. Co zobaczyłam? Tratujący się tłum, jedzenie znikające w torbach... Czy tak miało przebiegać kulturalne spotkanie z ludową tradycją w tle? Polacy, co się z wami stało?
I jeszcze na koniec - dziś obchodzimy 75. rocznicę powstania Polskiego Państwa Podziemnego.

niedziela, 21 września 2014

Rabunek polskich dzieci

Głównym celem niemieckiej polityki historycznej jest rozmywanie odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Zła historia ma być zastąpiona nową, pasującą do unijnych standardów, a Niemcy hojnie dzielą się winą z innymi narodami (czytaj - z Polakami). Na nic protesty strażników pamięci w odniesieniu do "polskich obozów koncentracyjnych", bo przecież chodzi jedynie o skrót myślowy! Po upamiętnieniu cierpień wypędzonych i wystawieniu im muzeum, w sierpniu w przeddzień rozpętania szatańskiej wojny ogłasza się wszem i wobec uchwalenie Dnia Pamięci Wypędzonych, który to nasi sąsiedzi będą świętować od przyszłego roku 20 czerwca. A pierwszego września niemieckie media emitują film "Nazi matki, nazi ojcowie" (czy jakoś tak), w którym polscy żołnierze podziemia mają zakazane gęby, a przy okazji mordują Żydów. O nagminnym zastępowaniu określenia "niemiecki" słowem "nazistowski" już wspominałam przy okazji zwiedzania KL  Dachau. To ja się pytam - jakim językiem posługiwali się ci naziści? Bo na świecie już nawet studenci wiedzą, że mówili po... polsku!
 W tym świetle zajmę się dziś tymi, którzy zapłacili cenę najwyższą - dziećmi. Wśród kilku milionów polskich ofiar wojny to dzieci stanowiły jedną trzecią z tej liczby! Bezbronne, bezwolne, wyrwane niczym serce narodu. Ginęły w płomieniach, w egzekucjach, przeszły przez obozy koncentracyjne, były wyszarpywane z matczynych objęć, uśmiercane w placówkach "opiekuńczych"...  Dziś to niewygodna prawda. Czeka się na śmierć tych, którzy przeżyli hekatombę i już za parę lat nikt nie zaświadczy, że uczestniczyli chociażby w eugenicznym procederze, w wyniku którego około 170 tysięcy polskich dzieci zostało zgermanizowanych i często do dziś nie wiedzą, że są Polakami. Czy dezinformacyjną politykę niemiecką zmieni jeden film o Lebensborn albo książka wycofana z biblioteki?
Zatem zaczęłam skwapliwie zbierać świadectwa, a wśród autorów powtarza się niezmiennie nazwisko Romana Hrabara. To prawnik związany ze Śląskiem, który poświęcił życie, by szukać dzieci porwanych i poddanych germanizacji. Wydał - nie bez przeszkód (bo nagle ginęła dokumentacja) - kilka publikacji o charakterze popularno-naukowym. Wprost pisze o kradzieży polskich dzieci, badaniach rasowych, adoptowaniu przez niemieckie rodziny. Jeśli ktoś nieświadomy westchnie w tym momencie, po co Niemcom byli "podludzie", to przypominam, że zabieg ten był pomyślany jako transfuzja świeżej krwi dla zniszczonego biologicznie vaterlandu. W czasie II wojny uprowadzono i poddano germanizacji przeszło 200 tysięcy dzieci polskich! Mało wie o tym nasze społeczeństwo. Hrabar opisuje dokładnie plany akcji rabunku i grozę metod. Dzieci "znikały" z przytułków, ze szpitali, szkół, a często wprost z rodzinnych domów. Selekcja rasowo-wartościująca miała na celu określenie, czy dziecko nadaje się do zniemczenia. Celem zatarcia śladów pochodzenia dziecka Niemcy dokonywali zmiany nazwisk, imion i dalszych personaliów, wystawiając fałszywe dokumenty. Z reguły zachowywano od jednej do trzech liter początkowych nazwiska, a np. Mikołajczyk stawał się Micekerem. Często zdarzało się, że dzieci pomordowanych ofiar terroru przebywały po "troskliwą" opieką morderców!
Takim przykładem jest Alojzy Twardecki, który na zawsze miał zostać Alfredem. W swojej Szkole janczarów opisuje, jak żył w niemieckim środowisku i stał się typowym produktem germańskiego wychowania zachłystującego się wizją wielkich Niemiec i wielbiącego Hitlera. Jak czuł się w momencie, gdy upomniała się o niego polska matka, a przed domem pojawił się samochód z ludźmi, którzy chcą go ukraść niemieckim rodzicom i dziadkom? Ukrywany przez przybranych rodziców nie wróciłby do ojczyzny, gdyby nie śmierć Mutter i kolejny związek ojca. Zbuntowany nastolatek na znak protestu przyjeżdża do Polski, gdzie spotyka się z druzgocącą nowością, nieprawdopodobieństwem i  zaczyna żyć niczym w transie. Matka opowiada:

Słuchałem historii o heroicznych zmaganiach uczestników Powstania Warszawskiego, o bohaterstwie dzieci Warszawy, o Armii Krajowej, zamachu na Kutscherę i Cafe-Club, o potężnym ruchu partyzanckim... i traciłem poczucie rzeczywistości. Przecież nic o tym nie wiadomo w Niemczech! Polacy nie mają przecież zmysłu organizacyjnego, jak oni to zrobili? Niewiarygodne! A te bzdury o obozach koncentracyjnych! Nikt u nas nie dawał temu wiary i nie tylko u nas. Spotykałem Amerykanów, którzy również twierdzili, że to komunistyczna propaganda.  (s.111)
Jak trudno było mu sobie wyobrazić zwykłych morderców pod maską tych starannie wygolonych, pachnących ludzi! Dopiero po wyjeździe do Oświęcimia zwalił się na niego ogrom okropności i okrucieństwa. Wybrał jednak Polskę i uznał ją za swoją Ojczyznę, chociaż proces repolonizacji bywał często bolesny. 
Ile takich powrotów zawdzięczamy Hrabarowi? Podobno około trzydziestu tysięcy. Tuż po wojnie zapalono zielone światło dla komisji badających hitlerowskie zbrodnie. Ruszył proces w Norymberdze. Do akcji wyszukiwania zagrabionych dzieci włączył się Polski Czerwony Krzyż. Wszystkie działania w strefach okupacyjnych przebiegały przy milczącej bierności niemieckiego społeczeństwa. Mimo obowiązku zgłaszania takich przypadków, niewielu Niemców doń się stosowało. Trzeba wiedzieć, że małe dzieci do 5 lat były adoptowane i często całkowicie zgermanizowane. Próbowano czasem rozpoznać je na podstawie znajomości słów: mama, tata, kot, pies, dobry, tak, nie i cukierek. Natomiast dzieci starsze od 6 do 12 lat - zachowujące pamięć, mówiące potajemnie  po polsku mimo represji - trafiały do rodzin wiejskich. Trudno było oddać tanią siłę roboczą.
Zapadająca "żelazna kurtyna" i narastająca wrogość wśród dotychczasowej koalicji wywoływała wiele negatywnych wydarzeń, jak np. te...
Czytam w Janczarach XX wieku:
W pierwszych miesiącach po zakończeniu działań wojennych akta centrali Lebensborn zostały przez amerykańskie władze okupacyjne zatopione w rzece Inn w Bawarii. Na skutek utraty tych dokumentów szereg niezwykle ważnych szczegółów, dotyczących działalności tej zbrodniczej instytucji, prawdopodobnie nigdy nie zostanie wyjaśnionych. (s.29) Autor wspomina też o zamachu w okolicy Landshut... Nikomu nie było na rękę ujawnianie prawdy o rabunku. Jednak inspektorzy jadą w teren. Materiały i dokumenty rosną. Powoli zaczyna się wyłaniać obraz ponurej grabieży, popełnianej systematycznie, konsekwentnie, szeroko zaplanowanej - zbrodni porywania dzieci. Że zaplanowana, niech zaświadczy fakt, że już dwa lata przed wybuchem wojny personel z ośrodków Lebensbornu uczył się języka polskiego! Na tych, którym udało się wrócić do ojczyzny, czekał długi proces odzyskiwania świadomości narodowej i poczucia więzi rodzinnej.
 Zdjęcia z książki Czas niewoli, czas śmierci R.Hrabara, Z.Tokarz, J.E.Wilczura



Pamiętajmy o dzieciach, które miały jasne włosy i niebieskie oczy... I nie piszcie, że to tak trudno czytać. One musiały przez to przejść, a my winniśmy im chociaż pamięć. Szacunki mówią o żyjących dziś 2-3 milionach potomków tych, których odebrano rodzicom w ramach programu Lebensborn.






środa, 27 sierpnia 2014

"To wy sami wwindowaliście to bydlę na piedestał!"

Tadeusz Dołęga - Mostowicz jest autorem aforyzmu: Są trzy rzeczy wieczne: wieczne pióro, wieczna miłość i wieczna ondulacja. Najtrwalsze z tego wszystkiego jest wieczne pióro. Nie pomylił się ten "rzemieślnik doskonały" i po niemal stu latach jego książki czyta się nadal z wypiekami. Nie mija moda na Dwudziestolecie, a Mostowicz był świadkiem tej epoki. Obraz życia przywołany na kartach powieści nasycony jest realiami życia codziennego i z łatwością możemy sobie wyobrazić wnętrza domów, ubiory, przyjęcia...
Zdążył napisać osiemnaście powieści (wydał 17), zachwycających sprawnością literacką. Choć należały ówcześnie do obiegu popularnego, dziś - gdy karmi się nas głównie "literaturą laptopową" - trzeba je zaliczyć do wysokiego. Mają elementy sensacji, historii, kryminału, obyczajów, psychologii, więc każdy winien znaleźć coś dla siebie. To dzięki rzeszom czytelników z gazeciarza stał się milionerem. Co pokochali w jego powieściach? Wykpiwanie wyższych sfer, tworzenie pozytywów działań społecznych, a przede wszystkim to, że dobroć i uczciwość  zwyciężają, co widać chociażby w  "Doktorze Wilczurze" czy "Znachorze".
Co spowodowało jego odejście od felietonów i zainteresowanie powieściami? Był dziennikarzem pism prawicowych, a zdecydowane poglądy antypiłsudczykowskie po zamachu majowym były oficjalnie ścigane, zatem wolał ukryć się w literackiej fikcji. Zrobił to z takim talentem, że wszyscy rozpoznali w Nikodemie Dyzmie marszałka Piłsudskiego, a i dzisiejszy wydawca zadedykował tę samą pozycję prezydentowi RP, co świadczy o uniwersalności dzieła.
Kariera Nikodema Dyzmy
Może zacznę od fragmentu felietonu W obronie honoru armii mówiącego o napadach na publicystów i polityków:
Ile razy oficer użył szabli czy rewolweru wobec bezbronnego obywatela, ile aktów terroru hańbiących mundur oficerski, ile karczemnych burd po knajpach i kabaretach notowały kroniki - rejestr pali się rumieńcem wstydu jak po policzku wymierzonym naszej niepokalanej tradycji rycerskiej. Między kapłanów honoru i rycerskości po cichu wszedł wulgarny cham z cepem w pięści, co się w bandy zbiera, ludzi po nocach napada i bije bezbronnych do krwi, do utraty przytomności, a zemdlonych kopie butem...
Bojówki Piłsudskiego dopadły też Mostowicza we wrześniu 1927 roku. Porwany, pobity do nieprzytomności i wrzucony do glinianek w Jankach niechybnie poniósłby śmierć, gdyby nie przypadkowo przejeżdżający woźnica. Akt ten zresztą opisał w Znachorze, chociaż w pełni wyrafinowana zemsta dokonała się dopiero po ukazaniu się Kariery Nikodema Dyzmy. Używający od tego czasu herbu Dołęga autor bezlitośnie wykpił rządzący obóz.
Roman Wilhelmi - to on staje nam przed oczami, gdy pomyślimy - Dyzma. Jednak nie dajmy sobie zastąpić pierwowzoru filmową kreacją! Po latach obejrzałam jeszcze raz cały serial i stwierdzam, że to nie to. Film naszpikowany piosenkami międzywojnia - a to kapela podwórkowa, a to kabaret w stylowym wnętrzu i Łazuka w kiecce(!)... Oddają charakter epoki, ale rozmywa się droga Nikodema od poszukującego pracy fordansera do premiera ratującego kraj przed gospodarczą ruiną. Brak mi przemyśleń bohatera i szczegółów, jak np. likwidowanie niewygodnych świadków przeszłości. Scena pobicia Mańki przez policję - kluczowa! Tego już filmowe kadry nie ujęły, bo w założeniu miała być zabawna, rozrywkowa papka, z której wyłania się bohater przypadkowo wplątany w salonowe życie, a wyszedłby Dyzma przebiegły, bezwzględny, mściwy.  Brak mi w filmie mechanizmu zdobywania władzy i elementów mozaiki, która składa się na portret głównego bohatera - rozpoznawalny przez ówczesnych czytelników natychmiast po lekturze Mostowicza. Książkę trzeba przeczytać i już. Chociażby dla samego zakończenia, gdzie jedynie "wariat" Ponimirski - niczym dziecko z baśni Andersena o "Nowych szatach cesarza" - wzburzony wykrzykuje prawdę o opatrznościowym mężu:
Otóż oświadczam wam, że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz wielki człowiek, wasz Nikodem Dyzma to zwykły oszust, co was za nos wodzi, to sprytny łajdak, fałszerz i jednocześnie kompletny kretyn! Idiota niemający zielonego pojęcia nie tylko o ekonomii, lecz o ortografii. To cham, bez cienia kindersztuby, bez najmniejszego okrzesania! Przyjrzyjcie się jego mużyckiej gębie i jego prostackim manierom! Skończony tuman, kompletne zero! Daję słowo honoru, że nie tylko w żadnym Oksfordzie nie był, lecz żadnego języka nie zna! Wulgarna figura spod ciemnej gwiazdy, o moralności rzezimieszka. Sapristi! Czy wy tego nie widzieliście? Źle powiedziałem, że on was za nos wodzi! To wy sami wwindowaliście to bydlę na piedestał! Wy! Ludzie pozbawieni wszelkich rozumnych kryteriów. Z was się śmieję, głuptasy! Z was! Motłoch!... (s.279)
No, oczywiście, wariat. Bo my przecież wybieramy wykształconych, rozumnych, znających ekonomię i ortografię, języki obce, maniery...
Jest jeszcze Ostatnia brygada. I tu Dołęga-Mostowicz bezlitośnie chłoszcze słowem elity II RP, oskarża pokolenie pierwszej wojny o prywatę i nadużycia wobec wolnej już Ojczyzny.  Demoralizacja, cynizm, obłuda, korupcja, nicość moralna, karierowiczostwo - są na porządku dziennym. Skąd tytuł? Po zamachu majowym byli żołnierze legionów zajęli szereg ważnych stanowisk państwowych i rządowych. Kolejne ugrupowania czepiały się posiadającej władzę pierwszej brygady i im wyższy numer miała kolejna brygada, tym bardziej był lekceważona przez protektorów.
- Spodleliśmy, skarleli. Zamiast hufców husarii mamy dziś te "brygady". Chciwe władzy i użycia. [...] Całe nasze pokolenie jest tą ostatnią brygadą niewoli, ostatnią brygadą wielkiej wojny... I póki nie wymrze to pokolenie, póki nie przyjdzie pomór na ostatnią brygadę, póty nie zacznie się nowe życie. - na ostatniej stronie powieści padają te gorzkie, prorocze słowa. Nie bez przyczyny rozmówcy są w ziemiańskim dworze... (s.262)
Jednak bez obawy! Nie jest to powieść li tylko polityczna! Mamy tu ciekawego bohatera. Andrzej Dowmunt wraca do kraju po dziesięcioletniej harówce na Czarnym Lądzie. Zmogła go nostalgia, pragnął nałykać się polskości. Jego sztambuch przeżyć miłosnych zapisany jest przelotnymi romansami. I tu uwikła się w skomplikowane związki, bo czasem trudno wybrać między obowiązkiem dżentelmena w stosunku do kobiety a obowiązkiem uczciwego człowieka. Pół roku żyje w impasie i próżni,  by wreszcie pod wpływem słów przyjaciela Żegoty przeobrazić się w pozytywistycznego obywatela, ratującego nasz kraj przed gospodarczą zapaścią. Szybko przekonuje się, że cały handel zbożem znajduje się w rękach żydowskich, a nie tak wyobrażał sobie wyśnioną Polskę. Gorzko zapłaci, zanim zrozumie, że straszna bryndza w tej naszej kochanej ojczyźnie. Z bohaterem zawędrujemy na sejmowe obrady, zobaczymy w akcji policję rozpędzającą wiec, wysłuchamy znamiennych słów:
- Wy, coście wyprali swoje dusze z czci i wiary, coście obsiedli jak robactwo tę naszą niepodległość, coście Polskę zamienili w koryto, w żerowisko...
- Gdzie są wasze ideały? Gdzie cele? Do czego dążycie? Co jest motorem waszego życia? Zbydleliście, spoganieli, maksimum, na co zdobyć się umiecie, to albo jałowy pesymizm, albo bałwochwalczy kult! (s.121)


Zarażonym miłością do książek Mostowicza polecam audycję z archiwum Polskiego Radia K.Kraśniewskiej z udziałem prof. Józefa Rurawskiego. Rozmówców zdumiewa fenomen poczytności Dołęgi-Mostowicza, którego pisarstwo przebiło się przez wszystkie próby odizolowania od współczesnych czytelników. Tylko czy naprawdę tak się stało? Kto dziś czyta Dołęgę...?




 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Skłócona z objawami kultu marszałka Piłsudskiego

Huzia na Ziuka! - taki tytuł nadał felietonowi w "Uważam Rze" przed trzema laty mój ulubiony Waldemar Łysiak. I chłostał bezlitośnie takich odszczepieńców jak ja, którzy furiackim charkaniem tłuką Józefa Piłsudskiego, pieprząc historię. Ponoć przyłączam się w ten sposób do komuny, która batożyła Ziuka, zwąc go kanalią, despotą i głupkiem.
Mając to na uwadze, długo zastanawiałam się, czy podejmować temat. A wypływał on systematycznie 11 listopada i 15 sierpnia. Wiem, że mogę stracić i tak wątłe grono czytelników. Wiem, że staję w opozycji wobec lewicy i prawicy. Jednak moje poglądy próbuję zachować zgodnie z aktualnie posiadaną wiedzą, więc uprzedzam, że mój blog jest jak restauracja i jeśli ci nie odpowiada, co serwuję, masz prawo iść gdziekolwiek indziej. Chcę w ten sposób zniechęcić ewentualnych gości, którzy mogliby obrzucić mnie wulgarnymi epitetami, a zachęcić do dyskusji na bazie faktów i dokumentów. Że wszystko jest możliwe, przekonałam się, śledząc fora przy okazji obchodów rocznicy Bitwy Warszawskiej.
Zacznę romantycznie, zgodnie z legendą. Skoro w PRL źle mówiono o Piłsudskim, to natychmiast przechodziłam do opozycji, wietrząc podstęp. Skompletowałam miniołtarzyk, wydając krocie na popiersie marszałka. Odbyłam pielgrzymkę na Wawel, oddając honory należne Naczelnikowi Państwa. Nawet zmówiłam modlitwę, na co pewnie marszałek przewrócił się w trumnie, bo sam deklarował, że jest bezwyznaniowcem (w rozmowie z gen. Józefem Hallerem). Było pięknie i patriotycznie, dopóki...
... nie zobaczyłam na wystawie Ponurej prawdy o Piłsudskim Henryka Pająka. Po przeczytaniu "herezji" zareagowałam typowo - wariat z tego autora! Tak nieprawdopodobne rzeczy znalazłam.
Jednak ziarno niewiary zostało zasiane. Zaczęłam szukać, zbierać, czytać... Minęły lata...
Z niedowierzaniem stwierdziłam, że wszystkie dostępne pozycje to hagiografia. Od lat bezskutecznie poszukuję dzieł fundamentalnych, z których wiele wydano za granicami.  W ostatnich dniach przeczytałam sporo...
Wśród zamieszczonych książek na uwagę zasługuje Marszałek Józef Piłsudski odbrązowiony Antoniego Położyńskiego. Cenię, bo autor to były wojskowy, więc zawodowo rozprawił się również z tą stroną pomnika komendanta. Warto zacytować też Wspomnienia Aleksandry Piłsudskiej, bo któż jak nie ona powie nam, gdzie naczelnik przebywał w dniach 13-15 sierpnia roku pamiętnego, gdy Polacy dawali odpór bolszewickiej inwazji. Co robi w tym towarzystwie literat - Dołęga-Mostowicz? Odczuł na własnej skórze, co to znaczy brak czci wobec marszałka, czemu dał upust w swoich powieściach. Poświęcę mu osobny post.
Do źródeł informacji zaliczam też wycinki z gazet, kilkaset stron wyszukanych w Internecie, a także liczne dokumenty w pdf, a wśród nich Piłsudski a religia ks. Józefa Warszawskiego. W nieosiągalnej pozycji legendarny Ojciec Paweł - zakorzeniony w nauce i tradycji Kościoła - analizuje kłębowisko wyznaniowe Józefa Piłsudskiego. Opisuje jego alienację religijną i przedstawia  dostępne dokumenty. Rozmawiał też ze świadkami tamtych dni, np. z gen. Hallerem. Wciąż czekam na gęsto cytowaną książkę Tadeusza A. Siedlika Klęska demokracji. Z historii Polski 1900-1939. Pielęgnować mit czy szukać prawdy? Nie mam już wątpliwości. Nakreślenie całej sylwetki Piłsudskiego przekracza możliwości tego wpisu, więc może takie okruchy, które bolą najbardziej. Jak rozpoczęła się "niepodległość Polski"? Pierwszą czynnością tzw. rządu lubelskiego było zawieszenie na Zamku Królewskim w Warszawie czerwonego sztandaru. Potwierdza się moja teza, że Piłsudski nigdy z czerwonego tramwaju nie wysiadł. Dlatego jego "chłopcy" dla zamanifestowania lewicowości nosili na czapkach orzełki bez korony. Dekretem Mościckiego w 1927 roku zdjęto krzyż z korony Orła Białego w godle. Sam wódz kochający słowo "Honor", wstawił je na sztandarach, skreślając Boga. Jak mam patrzeć na fakt, że dorosły mężczyzna dla zachcianki ślubnej wyrzeka się religii katolickiej i przechodzi na luteranizm?! Może jednak trochę chronologii...

Do czternastego roku życia wyrastał w katolickiej, patriotycznej rodzinie. Po śmierci matki kościół omijał łukiem. Jego edukacja to wyłącznie gimnazjum rosyjskie. Ani jednego dnia nie studiował na uczelni wojskowej, jednak czuł się kompetentny, by organizować wojsko i sięgnąć po najwyższe stanowiska w kraju! Przypisywana mu jako zasługa zsyłka na Sybir to kara za współpracę z terrorystyczną organizacją brata Lenina, co nie ma nic wspólnego z walką o wolność Polski. Nie należy też mylić zesłania z katorgą. Nie było tam pracy przymusowej, mógł odwiedzać znajomych, dostawał parę rubli, jak również romansował (panna Lewandowska popełniła później samobójstwo, gdy Ziuk zwrócił się w inną stronę). Miał czas na czytanie, zatem zgłębiał Marksa i Engelsa, co dało mu po powrocie do kraju podstawy do bycia redaktorem "Robotnika". I znowu za tę komunistyczną agitkę trafi do Cytadeli - druga ciężka kara za współpracę z Leninem, a nie za działalność na rzecz niepodległości Polski, co próbuje mu się przypisać. Uwalnia go z pomocą przyjaciół Maria Koplewska- Juszkiewicz (właśnie dla niej wyrzekł się wiary katolickiej) i wyjeżdżają do Krakowa. Tu tworzy swoje drużyny strzeleckie. Należy podkreślić, że nigdy nie był dowódcą Legionów (!), a stał jedynie na czele Pierwszej Brygady. Warto przenieść się myślami sto lat wstecz i wyobrazić sobie sytuację owych oddziałów. Nie mieli poparcia w społeczeństwie. Gdy wyruszyli z Oleandrów do Kielc w 1914 roku, mieszkańcy miasta kryli się w domach. Sienkiewicz w Oblęgorku ugościł kawalerzystów, ale i pouczył: Po niewłaściwej stronie chłopcy stoicie. Bo nie podobało się ludziom, że biorą austriackie marki. A chłopcy komendanta (nadali mu ten tytuł wzorem Kościuszki, choć był brygadierem) śpiewali: Walczyliśmy osamotnieni... Żeby zdobyć pieniądze na utrzymanie i szkolenie oddziałów, organizowano napady. Słynne Bezdany znowu naród odebrał nie tak jak chciał komendant! Rabunek wagonu pocztowego i kradzież rubli uderzyły w zwykłych ludzi, a nie w zaborcę. Bardzo pomocna i obrotna okazała się towarzyszka Aleksandra Szczerbińska, która - będąc młodszą od żony Ziuka - zastąpiła ją w życiu osobistym. Ze ślubem jednak musiała poczekać aż do śmierci pierwszej żony. Sama potem zakosztuje podobnej sytuacji, gdy przegra z młodszą kobietą...

Ale wracając do wojska. Piłsudski nigdy w wojsku nie służył i był kompletnym dyletantem. Nie opanował podstawowej terminologii przeciętnego oficera sztabowego, co niejednokrotnie wprowadzało w osłupienie dowództwo. Zresztą później zamknął Akademię Wyższych Studiów Wojskowych, bo wychował sobie kadrę, odsuwając oficerów i generałów, przy których mógł czuć się zakompleksiony. Z książek czerpał wiedzę o wojnach napoleońskich, a oddziały trzeba było szkolić. Organizował trzymiesięczne kursy dla oficerów, co bardzo przypomina mi tak samo długo trwające kursy dla prokuratorów, którzy po wojnie skazywali na śmierć polskich patriotów.

Dochodzimy do Magdeburga, gdzie dostał się po rozwiązaniu oddziałów. Nie siedział w twierdzy, lecz przebywał w jej obrębie. Wygodny domek, obiady z pobliskiej restauracji, żołd, gazety, spacery do miasta, zabiegi rehabilitacyjne. Takich warunków nie mieli jego przeciwnicy po zamachu majowym w Brześciu i Berezie. Ale zbliża się koniec wojny i Niemcy przewożą go w zaplombowanym wagonie (skąd my to znamy?) do Warszawy, gdzie przejmuje władzę z rąk Rady Regencyjnej. Odtąd chodzi w glorii jako męczennik. Utrwala władzę. Walczy Lwów, chcą przyłączenia do Polski Ślązacy, Wielkopolanie, a oczy wodza kierują się w stronę ukochanego Wilna, potem wybucha awantura kijowska.

Przeskoczę do Bitwy Warszawskiej. W pewnym sensie dokonał się cud, bo do obrony przed bolszewią stanęło wojsko zasilane zgłaszającymi się wciąż ochotnikami. Glorię warszawską zawdzięczamy generałom, m.in. Rozwadowskiemu, Zagórskiemu, Hallerowi, Sikorskiemu... Parę zdań należy się "Błękitnej Armii" zorganizowanej we Francji w 1917 r. dzięki inicjatywie Romana Dmowskiego. Liczyła ona prawie sto tysięcy żołnierzy, podczas gdy słynne Legiony w porywach do dwudziestu. Gdy gen. Józef Haller wylądował na polskiej ziemi, Piłsudski rozmontował "zbędną" armię, a w 1920 roku trzeba było ochotników ściągać po raz kolejny. Dlaczego dziś nie śpiewamy o hallerczykach tylko o legionach? O Hallerze wiemy na przykład, że codziennie brał udział o 7 rano we mszy św., a 15 sierpnia leżał krzyżem w kościele św. Anny. Gdzie był wtedy Naczelny Wódz?
Już nie był wodzem, bo 12 sierpnia złożył oficjalną rezygnację na ręce premiera Witosa i wyjechał - jak się okazało - do Bobowej do przyszłej żony, która ten fakt podała we wspomnianej wyżej książce. Nie ma o nim informacji  w żadnych dokumentach i wspomnieniach między 12 a 15 sierpnia, a więc wtedy, gdy decydowały się losy bitwy! Dopiero szesnastego bierze udział w kilkugodzinnym obiedzie u Golińskich, wieczorem o 18-tej trzyma dziecko do chrztu, a siedemnastego udaje się na pole bitwy, szukając uciekających wrogich oddziałów. Po bitwie jak gdyby nigdy nic zabiera dokumenty od premiera i zawłaszcza zwycięstwo. Witos honorowo milczy o rezygnacji i napisze o niej dopiero we Wspomnieniach - t.2. Trzeba też pamiętać o naocznym świadku obrony miasta, który stolicy nie opuścił - to papież Pius XI.

Kolejny skok w czasie i zamach majowy w 1926 r. Żaden przewrót! To zamach na legalną, demokratycznie wybraną władzę. Wciąż czekam z nadzieją, że uda mi się kupić chociażby Zamach Giertycha (pseud. Mariański). Poznaję małymi kroczkami prawdę od uczestników i świadków wydarzeń, dlatego szukam literatury z Dwudziestolecia, kiedy wolno było jeszcze zabierać głos. Bo za chwilę - co przyznają nawet apologeci piłsudyzmu - zapanuje wojskowy terror. Marszałek rozprawia się z opozycją, eliminuje oponentów z życia politycznego, generałów przenosi w stan spoczynku; giną Rozwadowski i Zagórski; Sikorski, Witos i Korfanty  uciekli do Francji; działa instytucja "nieznanych sprawców".  W twierdzy brzeskiej ląduje ok. 70 osobistości wskazanych przez Naczelnika. Gdybym chciała cytować, powstałby obraz znany skądś - bicie, ścieżki zdrowia, zaplute karły (!)... Cel jest jeden - zachować ciągłość władzy i przywilejów, utrzymać mit wodza, a sitwę przy korycie. Jest o co walczyć, bo płace oficerów niebotyczne na tle polskiej biedy, a i w Europie takich nie było.
Jednak zacytuję... - gen. Dupont w sali Belwederu rozmawia z Piłsudskim:
- Czy pan generał nie podziwia, jakim genialnym manewrem strategicznym zdobyłem władzę w Polsce?
- Nie ma co podziwiać, gdy student medycyny uczy się robić sekcję zwłok na trupie swej Matki. - Nie podał ręki i wyszedł. 
Na wielką skalę zaczęło się fabrykowanie "prawdy historycznej". W Biurze Historycznym Piłsudski umieścił swoich ludzi (Kazimierz Świtalski), którzy wynosili dokumenty i fałszowali. Po śmierci wodza "ostatnia brygada" przeforsowała ustawę chroniącą imię marszałka, na mocy której każdego obrażającego cześć wodza można było aresztować i więzić pięć lat. Czas odbrązowić narastające kłamstwa i mity.  Nie kłaniam się temu pomnikowi. To nie pierwszy raz, kiedy  Polską rządził człowiek mały, niewykształcony, obnoszący się z wizerunkiem Maryi, a bezwyznaniowy, mściwy, pozbawiony kultury osobistej, niepanujący nad emocjami, ordynarny (gdyby wtedy nagrano taśmy, dzisiejsi bohaterzy afery uchodziliby za dobrze wychowanych)... Jakoś to wszystko dziwnie znajomo brzmi!
BÓG JEST PANEM HISTORII - Jan Paweł II