DOM Z PAPIERU
niedziela, 1 listopada 2015
Nie dajmy zginąć poległym... - Z.Herbert
"Przystajem na cichych mogiłach,
Słuchamy, azali z ich wnętrza
Jakiś się głos nie odezwie,
Jakaś nadzieja najświętsza."
Jan Kasprowicz
czwartek, 29 października 2015
ZBIGNIEW HERBERT, czyli poeta zwielokrotniony
Na dziś, z okazji urodzin...
"Żyliśmy w czasach które zaiste były opowieścią idioty
Pełną hałasu i zbrodni
Twoja surowość łagodna delikatna siła
Uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień
Cierpliwy obojętny i czuły zarazem"
"Żyliśmy w czasach które zaiste były opowieścią idioty
Pełną hałasu i zbrodni
Twoja surowość łagodna delikatna siła
Uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień
Cierpliwy obojętny i czuły zarazem"
niedziela, 25 października 2015
Czytanie czyni zuchwałym
Największe wydarzenie literackie roku już za mną.
Międzynarodowe Targi Książki przyciągają
jak magnes książkowe mole i nie sposób w te dni wysiedzieć w domu. Zatem
aparat, gotówka i hajda na Kraków! Czekają goście, spotkania, konkursy,
autografy... Książki, książki, książki... I ich autorzy. Rozmawiam, kupuję...
W każdym zakątku
pachnie kawą i można zanurzyć się w literackim nurcie... Pycha mnie rozpycha, gdy na jednej z książek widzę dedykację :) Cóżem takiego
uczyniła? ;) Tłum gęsty, ale znośny, bo kulturalny... Omijam szerokim łukiem
celebrytów i wyłuskuję patriotyczną elitę elit. Rozmawiam z L.Żebrowskim,
I.Lisiakiem, S.Michalkiewiczem, J.Szarkową, E.Cherezińską, M.Soleckim,
G.Maciejewskim... Dyskutuję o endekach i ich
udziale w Rydze z P.Zychowiczem. Żałuję, że zachorował P.Dakowicz, ale
jego tomik „Łączka” i „Afazja polska” lądują w torebce. Jestem szczęśliwa... :)
Kornie przyjmuję
błogosławieństwo ojca Leona. Oprócz kilkunastu książek wraca ze mną do domu
ryngraf... Omiatam wzrokiem łupy...
CZYTANIE CZYNI ZUCHWAŁYM (”Lawendowy pokój” Niny George)
to hasło przewodnie tegorocznych Międzynarodowych Targów Książki w
Krakowie. piątek, 23 października 2015
Lasowiacka trylogia
Wiatr mną miotał po kraju ojczystym i nie wiem, skąd ja
rodem... Ale na ziemi LASOWIAKÓW dane mi było spędzić lata sielskie...
Rozkołysane łany zbóż pokolorowane makami i chabrami, przydrożne Jezuski
frasobliwe, umajone kapliczki, wianki oktawne, wieczory pachnące maciejką i
nabrzmiałe kumkaniem, podmokłe łęgi i piaszczyste łachy, brody niosące ulgę
stopom pokłutym przez ścierniska... Ech, dać się wchłonąć małej ojczyźnie...
Wspomnienia ożyły za sprawą spotkania związanego z promocją
trzeciej już części lasowiackiej trylogii. Po „Słowniku gwary” i „Kuchni
lasowiackiej” czas na „Obrzędy i zwyczaje...” tej grupy etnicznej
zamieszkującej onegdaj widły Wisły i Sanu. Przybyły na spotkanie - a jakże! –
przaśne Lasowiaczki w haftowanych strojach, niemalowane, nieupudrowane
dziewczyny. Wśród nich babka Hanka, która swą bezpośredniością podbiła serca
wcale nie niewieście ;) Bo dawno temu jeździła simsonem i „robiła in vitro”,
teraz radzi, jak pozbyć się kurzajek i zaprasza na wiliję z kapustą... A i
śpiewać potrafi, na przykład o dziewczynie, co to:
„pobladła, pobladła, już się nie rumieni, po lesie chodziła,
chłopcy wianek wzieni..”
Spotkanie gawędziarskie, zacni goście, wspólne śpiewanie o
czerwonych makach – wprowadziły w magiczny nastrój i szybko w niepamięci nie
zginą. I ja miałam swoją minutę, gdy profesor Gondek pracujący dla PAN
wspomniał, jak to nazwałam go na blogu lasowiackim Kolbergiem... Serce
roście...
Przestańmy się wstydzić, że jesteśmy Polakami! Podtrzymujmy lokalne tradycje i lokalną
tożsamość!
niedziela, 18 października 2015
Cześć, chwała i wieczny spokój Orłu między Orlętami...
Dziś poświęcam wspomnienie temu, który był PIERWSZY MIĘDZY
WSZYSTKIMI. To generał Tadeusz Jordan
Rozwadowski. Czas uczcić pamięć tego
wielkiego Polaka, genialnego wodza i żołnierza z krwi i kości w rocznicę
jego skonu. Zatem garść faktów z życia, by zapoznać z tą świetlaną postacią.
Wydała go podkarpacka ziemia. Przyszły wielki wódz ujrzał świat w polskim dworku
stojącym na skraju ruskiej wsi Babin. Bystry umysł chłopca chłonął opowieści
ojca - gorącego patrioty - o czynach przodków, o wojennych wyprawach i
nieszczęśliwej ojczyźnie. Stąd potem decyzja, aby po ukończeniu lwowskiego
gimnazjum kształcić się wojskowo, by Polsce się przysłużyć. Uformowany w
szkołach oficerskich, w trakcie manewrów i w wojennych zawieruchach budził
zachwyt cesarzy – Wilhelma II, cesarza Franciszka Józefa i króla rumuńskiego
Karola I (przyczyna późniejszej zawiści Piłsudskiego?).
Aż nadszedł czas pierwszej próby, gdy Lwów broczył krwią i
oczy patriotów zwróciły się na generała, widząc w nim jedyny ratunek sprawy
narodowej. Nie zawiódł. Cztery twarde miesiące bitew i bitewek, wypraw i
zasadzek oraz genialne posunięcia pozwoliły wyzwolić miasto spod ukraińskiego
knuta, choć dwukrotnie z Naczelnego Dowództwa otrzymał wskazówki, by pozostawić
miasto własnemu losowi. Jednak po zwycięskiej obronie Lwiego miasta odebrano mu
to zwycięstwo i wysłano z misją do Paryża. Gdy jednak w lipcu 1920 roku łapy
hajdamaków wyciągały się w stronę Warszawy, Naczelnik Państwa w owej krytycznej
chwili postawił najwłaściwszego człowieka na właściwym miejscu. Gdy inni
zawiedli, Rozwadowski powiedział: ZWYCIĘSTWO RÓWNA SIĘ WOLI. Wygrał, choć
przegrał, bo i ta gloria spłynęła na Piłsudskiego.
Aż nadszedł dzień, który zadecydował o przyszłości generała.
Wypadki warszawskie 1926 roku – to zamach na legalną i demokratycznie wybraną
władzę. Rozwadowski opowiedział się po rządowej stronie, co skutkowało aresztowaniem
i przewiezieniem do więzienia na Antokolu w Wilnie. Wrócił do ukochanego Lwowa,
schorowany, nie doczekawszy się uniewinniającego procesu. Śmierć usunęła go z
gry małych interesów i małych ambicji. Stanął przed Sędzią Najwyższym. A za
trumną szedł Naród cały...
Tekst powstał na podstawie książki „Generał Rozwadowski”
(reprint z 1929 roku).
Etykiety:
Biografie,
Historia,
Ocenione wysoko,
Patria,
T.J.Rozwadowski
niedziela, 11 października 2015
...Zegar mojego życia...
11 października mija kolejna rocznica śmierci Haliny Poświatowskiej. To ona uczyła mnie pierwszych drgnień serca, to razem z nią borykałam się z lękami i bólem istnienia... Lubiłam przeglądać się w zwierciadle jej kobiecości...I wreszcie odchodziłam na raty... Została w mej pamięci subtelna, zwiewna, liryczna...
Nauczyła mnie, że:
żyje się tylko chwilę
a czas - jest przezroczystą perłą
wypełnioną oddechem
Nauczyła mnie, że:
żyje się tylko chwilę
a czas - jest przezroczystą perłą
wypełnioną oddechem
niedziela, 13 września 2015
Czarnoleska róża nie więdnie...
Wśród pięknych dworów polskich uhonorowany jest Czarnolas. Kolejny raz przyciągnął mnie
tam najsławniejszy poeta między poetami... Tym razem gości witała Basia z
Podlasia, czyli Barbara Wachowicz,
której powyższy tytuł nadali harcerze. Teraz też przybyli tłumnie, otoczyli ją
wianuszkiem i usłyszeli:
- Nie ja jestem bohaterką tego spotkania, tylko Jan z Czarnolasu - zaczęła. - Leczmy serca jego
poezją.
Tak potoczyła się gawęda o tym, który chciał serca ucieszyć
pieśniami swymi. Dzieciństwo, młodość, służba na królewskim dworze, aż w końcu
powrót do ojczystego gniazda. Co nam zostawił w spadku, że do dziś czytamy i
recytujemy z pamięci liczne utwory? Gospodyni wieczoru przywołuje poetyckie
strofy, pozwala zasłuchać się w głosie Leszka Długosza, by w końcu przekonać
wszystkich o niezwykłej żywotności twórczości sprzed pięciuset lat.
„Czarnoleskiej ja rzeczy chcę” – marzył Norwid. Echa lirnika z Czarnolasu
pobrzmiewają u wciąż gnanego jaskółczym niepokojem Słowackiego, jak i w
Mickiewiczowym Panu Tadeuszu... Zazdrościli
romantyczni poeci Kochanowskiemu czarnoleskiej sielanki! Ba! Nie chce się
wierzyć, że i malarski talent odłożył na chwilę sam mistrz Matejko, by własnymi
strofami uczcić imiennika!
Z nostalgią przeglądam Siedziby wielkich Polaków ozdobione
dedykacjami i zda się, że widzę, jak idzie ku mnie Jan Czarnoleski. W rękach
założonych z tyłu staropolskiej sukni trzyma różę...
Ale, ale... Pani Barbara choćby nie wiem o czym mówiła, to i
tak dojdzie do harcerzy! Teraz też przeegzaminowała „bachory”, a maleńki zuszek
na pytanie:
- Kto ty jesteś?
- Asia! – odpowiedział.
Starsi zostali przepytani na okoliczność harcerskiej lilijki
i liter nań umieszczonych (O.N.C. - nota bene autorstwa Mickiewicza). Nie
obeszło się bez przypomnienia Kamieni na
szaniec, uczących braterstwa i służby, a także prezentacji najnowszej
książki Bohaterki powstańczej Warszawy, której okładkę zdobią słowa
Krahelskiej: „My musimy być mocne i jasne”. W końcu okazało się, że przybyła
drużyna zdobywa imię bohaterskiej INKI, Danusi pochodzącej również z Podlasia,
o której Pani Wachowicz pięknie powiedziała, że powinna cieszyć się życiem, a
nie walczyć o życie... Bo:
... jeśli komu droga otwarta do nieba
Tym, co służą Ojczyźnie...
Już na koniec wspólne wzruszające wykonanie pieśni „Jak
długo na Wawelu...” Takiego wieczoru się nie zapomina...
PS
Jestem wdzięczna Beatce za udostępnienie informacji o tym
czarownym spotkaniu. I druga wiadomość dla czytelników Barbary Wachowicz -
powstaje książka o matkach wielkich Polaków!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
