DOM Z PAPIERU



piątek, 27 lipca 2012

Sprzeciw wobec amerykańskiej amoralności

To 102. post na moim blogu. Ponieważ liczba ta niezmiennie kojarzy mi się z czołgiem, wsiadam do "Rudego" i wyruszam na wojnę do Teheranu.
Azar Nafisi Czytając "Lolitę" w Teheranie
Ile ja się nawklepywałam na allegro, żeby tę książkę mieć! W końcu wystawił ją osobnik o nicku kojarzącym się z narkotykami i każdy bał się licytować. Wygrałam, a raczej zdobyłam walkowerem za grosze. Dobrze, że tak się stało, bo gdybym przepłaciła, plułabym sobie w brodę. A miało być tak pięknie, bo przecież kocham książki o książkach! Ale po kolei.
To literatura faktu. Azar Nafisi opowiada o pobycie w Iranie na przestrzeni około 18 lat. Gdy w 1995 roku zrzekła się posady wykładowcy na uniwersytecie, zgromadziła wokół siebie grupkę ulubionych studentek i prowadziła z nimi spotkania w swoim domu.  Czwartki - przywodzące na myśl przyjęcia u króla Stasia - poświęcone były dyskusjom o literaturze. Zapowiada się bardzo ciekawie. Co czytały i omawiały? Już na pierwszej stronie pada nazwisko Muriel Spark z jej Pełnią życia panny Brodie. Czytały klasykę perską, jak np. Szeherezady Księgi tysiąca i jednej nocy oraz najważniejsze pozycje literatury zachodniej - Dumę i uprzedzenie, Lolitę, Daisy Miller, Panią Bovary.
Cel tych zajęć? Chodziło mi o to, żebyśmy czytały utwory literackie, omawiały je i reagowały na nie. Każda z nich miała prowadzić prywatny dziennik, w którym notowałaby swoje reakcje na czytane powieści oraz to, w jaki sposób te lektury i dyskusje odnoszą się do jej doświadczeń osobistych i społecznych [s.34]. Moc literatury miała wynagrodzić uczestniczki i odmienić ponurą rzeczywistość. Dziewczęta słyszały wielokrotnie słowa Nabokova, że "czytelnicy rodzą się wolni i powinni zostać wolni". Zgodnie z tą dewizą analizowano opowieści Szeherezady. Królowa i dziewice oddają życie bez sprzeciwu, czyli wyrażają cichą zgodę na panowanie okrutnego monarchy, akceptując narzucone prawa. Dopiero Szeherezada przerywa cykl przemocy, używając wyobraźni i refleksji. Dużo miejsca Nafisi poświęca Zaproszeniu na egzekucję Nabokova. Ucieczka przed okrucieństwem totalitarnego ustroju to prowadzenie zapisków przez Cyncynata - głównego bohatera. By przetrzymać fizyczny ból i tortury, zamyka się we własnym świecie. Nie chce się on upodobnić do innych, a swą postawą ukazuje, że siły zła nie są wcale wszechmocne.
I tak będzie z każdą kolejną lekturą, bo każde wielkie dzieło sztuki to akt uświęcenia, niesubordynacji wobec zdrad, potworności i nielojalności życia. [s.71]
Ale to nie książki, nie spotkania i nie studentki są główną osią powieści. Najważniejsze jest to, przed czym uciekają.  Totalitarna Islamska Republika z jej rewolucją kulturalną, która dyskryminuje kobiety, nakazuje im włożyć hedżab, poddać się kontroli obyczajowej policji... I tu następują opisy: zakaz spożywania alkoholu, kanapek z szynką, zakaz pojawiania się kobiet bez asysty mężczyzny (męża, brata), kontrola długości paznokci, rzęs, różu na policzkach, a nawet zbyt uwodzicielskiego wgryzania się w jabłko! I tak przez wiele, wiele stron. Rząd islamski jako pokaz hipokryzji i hańby. Ajatollah Chomeini usiłujący życie milionów ludzi przeobrazić w wytwór własnej chorej wyobraźni. Książka staje się bardzo polityczna, opisująca przemoc w kraju - manifestacje, naloty, więzienia, egzekucje, starcia... Czyta się ciężko, coraz wolniej... Początkowe zaciekawienie zamienia się w odruch buntu i próby wyjaśnienia. To dla mnie sprawy dalekie i obce. Może tak było, ale trudno wydarzenia oceniać z obecnej perspektywy. Początki rewolucji w Iranie to koniec lat 70. Też byłam wtedy studentką. Tam dochodziło do rozruchów na uniwersytetach, walczono o programy, o wykładowców, a ja musiałam zdawać egzaminy z filozofii marksistowskiej i z ekonomii politycznej socjalizmu. Tam młoda para marzyła o antenie satelitarnej, a ja marzyłam o kupieniu papieru toaletowego. W czasie ich rewolucji były pełne więzienia, a u nas wprowadzono stan wojenny i internowano tysiące ludzi. Tam studentki musiały kserować książki, bo znikały ze sprzedaży, a u nas powstawał drugi obieg czytelniczy i w ruch szły powielacze. Wiele bohaterek wyjeżdżało do Ameryki na studia, a w Polsce otrzymanie wizy graniczyło z cudem. To był ten sam czas!
Hedżab lub płaszcz z chustą wracają na kartach powieści dziesiątki razy. Wydaje się nam to straszne, ale przecież wiele kobiet uznaje je za symbol świętego związku z Bogiem i nosi z własnej woli. Wiele zakazów dotyczy też mężczyzn, o czym się praktycznie w książce nie mówi. To mężczyźni osądzają kulturę amerykańską jako amoralną, protestują przeciw "wywrotowym" autorom. Gdy doktor Nafisi jako kluczowe słowo charakteryzujące główne postacie - w tym Gatsby'ego -  podaje beztroskę, pan Nijazi wykrzykuje:
- Beztroska to za mało! - zareplikował. - Nie wystarczy jeszcze, żeby uczynić z tej powieści dzieło moralne. Ja pytam cię o grzech cudzołóstwa, o łgarstwa i zdrady małżeńskie, a ty mi prawisz o beztrosce? [s.171]
Niełatwo w świecie islamu zaistnieć "niemoralnej amerykańskiej kulturze". Czy należy to potępiać? Przyznaję, że niewiele mnie interesowały historia i teraźniejszość krajów arabskich, dlatego próbowałam doczytać, grzebałam na forach internetowych. Generalnie - według odwiedzających - ludzie są serdeczni, przyjaźni, a turysta przestrzegający zasad (np. kobiety nie obnażają ramion, nie pije się alkoholu w miejscach publicznych) czuje się bezpiecznie.
Natarczywie nakładają mi się obrazy z filmu obejrzanego w trakcie ostatniej podróży. "Regulamin zabijania" to relacja z rozprawy sądowej. Główny bohater -  chluba marines - zostaje oskarżony o zmasakrowanie cywilów w trakcie akcji w Jemenie. Przekonuje sąd, że demonstranci mieli broń i nie strzelano do bezbronnych. Co łączy film z książką? Nienawiść. Komuś bardzo zależało, żeby poczuć sympatię do amerykańskich bohaterów, a bać się wyznawców islamu. Książka pełna gniewu, a jeśli USA i Iran są (były?) w konflikcie zbrojnym, to nie dziwię się, że jest promowana. Lektury były tu tylko pretekstem do pokazania sytuacji w kraju. Nie na to liczyłam. Problemów poruszonych mnóstwo i pewnie tyle zdań, ilu czytających. Z szacunkiem traktuję inne religie, nie interesuję się polityką. Nawet wyrzuciłam z domu telewizor, żeby zaoszczędzić sobie straszenia mnie terrorystami.  Książka nie dla mnie - to najkrócej.

środa, 25 lipca 2012

Lato bez książek? Nie może być!

Kolejna zabawa wędruje po blogach. Tym razem wyjątkowo przyjemna, bo nie mam wybrzydzać, tylko uśmiechnąć się do ulubionych czytadeł. Uprzedzam, że słowo czytadło brzmi dla mnie jak najlepiej. Jest czas na Szwaję, jest i na Herberta. Każda książka ma swój czas i czytelnika. Zaproszona przez Kasię.eire przeszłam obok biblioteczki i wyjęłam dziesięć lektur, które przywołują miłe wspomnienia. Oto one:

1. Delphine de Vigan Ukryte godziny - o samotności i mobbingu;
2. Ludmiła Ulicka Sonieczka - na jeden wieczór, ale pojemna treściowo;
3. Mariusz Wilk Wołoka - dla znużonych upałem; tegoż autora polecam też Tropami rena;
4. Barbara Kosmowska Gobelin - walka o samą siebie, bardzo kobieca literatura;
5. Kornel Filipowicz Romans prowincjonalny - cieniutka, z takich na podróż i do torebki, opowieść o tym, co zdarzyło się po spotkaniu autorskim w małym miasteczku;
6. Ewa Stachniak Dysonans - powieść o burzliwej miłości Zygmunta Krasińskiego i Delfiny Potockiej; co ja się nadenerwowałam podczas lektury! - nasza arystokracja współpracująca z caratem, trwoniąca czas, bawiąca się, a tu kraj wykrwawiony w powstaniu listopadowym; czyta się dobrze, dlatego uważam tę książkę za zbójecką;
7. Monika Rakusa 39,9 - pośmiać się można, na miotle polatać (żartuję - to seria);
8. M.A.Shaffer i A.Barrows Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek - wystawiłam w raptularzu najwyższą notę i nie zraziły mnie zarzuty blogerów;
9. Hanna Kowalewska Julita i huśtawki - polska prowincja w latach PRLu; to był impuls, by zakochać się w autorce i jej cyklu o Zawrociu;
10. D.Marcinkowska i in. Lawendowy pył - nie byłabym sobą, gdybym nie weszła w historyczny zaułek, a jeśli jeszcze to są Kresy, nie ma się co dziwić; historia o kobietach spisana przez kobiety.

Cały czas jestem w świecie książek, nawet jeśli tutaj mnie mniej. Oto ostatnie nabytki.
Od dołu dziewięć książek to efekt wakacyjnej wyprzedaży w Weltbild. Niekoniecznie ulubieni autorzy, ale takich okazji cenowych nie można przegapić. Wyżej przecudny Kufer Kasyldy. Już podczytuję niecierpliwie. Jest i najnowsze odkrycie - Zagańczyk; tutaj Cyprysy i topole, a bezskutecznie poluję na Krajobrazy i portrety. Stosik wieńczy kolejna perełka, czyli Tomasz Burek obdarzony moim sercem po lekturze Niewybaczalnych sentymentów; tutaj Dziennik kwarantanny.
Kolejne książki w drodze i jutro listonoszka znowu spojrzy na mnie jak na wariatkę...

Tyle w ekspresowym skrócie. Wracam do czytania i pisania. Przed kolejną recenzją muszę wykuć zbroję, bo spodziewam się zaciekłej dyskusji. Już za chwileczkę, już za momencik  Czytając Lolitę w Teheranie.

wtorek, 17 lipca 2012

Chorwacka odyseja

Mały kraj na wielkie wakacje - reklamują foldery. I tak jest. Trudno pisać, żeby nie popaść w grafomanię. Bo jak to brzmi? - ponad tysiąc wysp, rajskie zatoczki, lazurowe fale, współistnienie gór i morza, perły przyrody, uczta dla ciała i duszy, tysiąc lat historii, kraj lawendy i rakii... Sami widzicie, ale inaczej się nie da.
Rozleniwiona słońcem zdaję się na fotorelację.
Śródziemnomorze - kraina lazurów, błękitów i szmaragdów.  Niebo i woda prześcigają się w błękitach.










Pierwsze spotkanie z Chorwacją to Zadar. Wśród zabytków centralne miejsce zajmuje kościół św. Donata z IX w. zbudowany na rzymskim forum. Wielkie wrażenie robi też nabrzeże z morskimi organami, które grają ciszej lub głośniej w zależności od natężenia fal. Podziwiać można też najpiękniejszy na świecie zachód słońca.





Trogir  - promenada daje przedsmak piękna ukrytego w mieście.









Trogir - c.d.
Prawie Julia. Najcenniejsze dla mnie labirynty uliczek.









Trogir - piękno na wyciągnięcie ręki. Zachwycające detale architektoniczne - rozety, portale, herby, zwieńczenia kolumn...












Split - chyba jedyne na świecie miasto w pałacu. Chwilami nie wiadomo, czy spaceruje się po korytarzu czy ulicy.







Split - c.d. Westybul w Pałacu Dioklecjana.








Dubrownik - "Perła Adriatyku". Cenne mury. Miasto pełne wielkiej historii. Ci, którzy poszukują raju  na ziemi, muszą przyjechać do Dubrownika - pisał G.B.Shaw.
Tutaj - krużganki w klasztorze Franciszkanów.










Mostar w Bośni i Hercegowinie. Zrobił na mnie największe wrażenie. Najsłynniejszy Stary Most nad rwącą Neretwą z Klubem Skoczków, ale również kamienna starówka turecka, meczety, bazary z cudami rękodzielnictwa. Zapachniało Orientem i zatęskniłam za Turcją. Może za rok?






Plitwickie Jeziora - 16 jezior na różnych poziomach, połączonych kaskadami. Przejażdżka kolejką lub promem. Ulga pod wodospadem z mgiełką rozpylającą upał.








Riwiera Makarska - miejsce plażowania i spacerów.
Poddać się nastrojowi chwili i po prostu być.









Gradac - gaje oliwne osłonięte kamiennymi murkami.

Nie napisałam jeszcze o odurzeniu lawendą, smakowaniu rakii, maraski i proszku; o tym, że wszystko robi się polako...

Zatem polako wracam do siebie.

wtorek, 3 lipca 2012

Zakochani nie mają sumienia

Długo mnie tu nie było. Wyjątkowo i pierwszy raz. Dziś kolejny kiermasz rozmaitości. Najpierw o tym, skąd ta cisza.
Musiałam pożegnać godnie moje aniołki. Nie ujawniałam się tu jako nauczyciel, ale to dzieci wyjątkowe, więc płaczę.
- Bądźcie pogodni. Starajcie się być szczęśliwi.








Przyjechała też kochana Bawareczka, żeby zaopiekować się psem, kiedy wyjadę hen. Jednak w sercu kiełkuje ziarno wątpliwości, czy psina da sobie radę?






No a potem czytałam.
Najpierw "Czytając Lolitę w Teheranie". Z trudem wchodzę w problemy z innych kontynentów. Nie potrafię współczuć studentce, która zapłakana spóźnia się na zajęcia, bo strażniczki znalazły w jej torebce róż. Nie potrafię wykrzesać nienawiści do muzułmanów za to, że bronią swojej cywilizacji przed zachodnim światem. Gdy czytam o "terrorze" w Iranie, to paradoksalnie myślę o sytuacji polskich kobiet i o dźwiganych przez nie brzemionach. Ale to temat na osobny wpis i o lekturze Nafisi szerzej po powrocie z wycieczki.
Mało romantyczna ostatnio jestem, bo kolejna książka też wywołała odmienną reakcję niż oczekiwana. Zdziwiłam się, że pojawiła się w księgarniach Pasja według św.Hanki Anny Janko, a tu żadnych zachwytów,  i z recenzjami mizernie... Teraz już rozumiem. Przyznaję, że byłam wielbicielką autorki po Dziewczynie z zapałkami. Wprawdzie uwierał mnie relatywizm, ale równocześnie urzekał język. Tu już sam poetycki styl nie wystarczył. Jestem łakoma na piękne słowa. Po codziennym obcowaniu z pospolitością, a często i dookolną ordynarnością, tęsknię za spacerem wśród metafor. I były, ale opowiedziana historia wysuwała się na plan pierwszy. Kim są bohaterowie?
Ona - Hania; ma trzydzieści siedem lat. To dużo dla tych po dwudziestce. To mało dla tych po czterdziestce. Nie umie być niekochana i te jej poszukiwania miłości zatrzęsą życiem kilku rodzin.
On - Paweł, zwany Pawiem. Zdradzany mąż. Żeby jednak na świecie było sprawiedliwie, ma też gdzieś tam  swoją Marlenę.
Dzieci - były jakieś dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Szczęśliwie już podchowane, zżyte już z życiem.
Mat - poetyczny bardzo. To nic, że mąż i ojciec. Nikomu to nie przeszkadza.
I toczy się gra. Każdy w kimś jest zakochany. Hanka w obu mężach - swoim i cudzym. Więc (nie zaczyna się zdania od więc) studiujemy anatomię zdrady. Mamy słodkie pożądania miłosne, emocje, rozterki, dumania, panikę, rozpacz, zatracenie, rozstania, łzy, niepewność...
- Kocham cię - mówi do męża, myśląc o kochanku.
- Tęsknię bardzo, ale Mat jest daleko. Więc obejmuję Pawia...
I uprawia Hanna turystykę sercową. Kocha się raz z jednym, raz z drugim. W pewnym momencie nawet dochodzi do "sprawiedliwego" podziału rodziny: syn zostaje z tatusiem i dziadkami, a mama z córką lądują u kochanka, który rozstał się z rodziną. I tak kilkakrotnie.
Czytam, czytam, patrzę, a tu dopiero 86. strona. Przede mną jeszcze prawie 300! Nudzi trzystronicowy opis pierwszego pocałunku. Mam dość tańców warg i języków. Wprawiają w zdumienie wtrącenia o dziecięcym bujaniu się na koniku [nie używam wszystkich słów, by uniknąć niepożądanych wejść], o podpatrzonym nagim ojcu, o zabawach pięciolatki z podwórkowym kolegą... Po co to? Jak się mają te wspominki do fabuły? Zamieszczone li tylko po to, by wprowadzić tanią sensację?! Czuję, że ocieram się o tani erotyk. Gdy szukam sensu, czytam:
Czuję się jak Barbara Niechcicowa, co sobie tylko papieroska zapala i w oknach staje, by oglądać swój jednostajny krajobraz wewnętrzny. Za oknem pory roku się zmieniają, raz słońce, raz deszcz, ludzie to w jedną, to w drugą stronę chodzą, a ona stoi i wciąż delibruje nad tym, że jest nie tu, gdzie by chciała, nie z tymi, co sobie wymarzyła, i robi nie to, co powinna... No to zróbże coś ze sobą, kobieto! Odważ się, spakuj się, napisz list, wyjedź, zaryzykuj! [s.182]
Czyli o to chodzi! Żeby kobiety porzuciły rodziny, szły za głosem miłości, zrzuciły kajdanki (jest analogia między kajdankami i małżeństwem w j.hiszpańskim), bo rola Matki Polki to inwalidztwo. [s.81] Trzeba ubogacać ten nudny wewnętrzny pejzaż.
Cała książka - według mnie - to niemoralność opakowana w piękne słowa. Nie dla mnie oswajanie zdrady. Nie dla mnie schizofrenia podwójnego życia. Z trudem doczytałam. Zamknęłam z ulgą. Oddalam się od świata Anny Janko.

Wyjeżdżam z mężem, zawsze tym samym. Nie będzie mnie do połowy lipca. Za to potem - czytelniczy raj.

niedziela, 17 czerwca 2012

Zawołać po imieniu

/.../
Jak trudno ustalić imiona
wszystkich tych co zginęli
w walce z władzą nieludzką
/.../
musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu /.../
- Z.Herbert: Pan Cogito o potrzebie ścisłości

Jestem taka szczęśliwa! Udało mi się! Udało! Mam książkę, której szukałam od miesięcy. Cierpliwe, żmudne, codzienne klikanie i nagle jest... Bicie serca, żeby nikt nie wypatrzył licytacji. Te tomy są moim przeznaczeniem i dlatego sprzedający pomylił się (?) i wystawił tylko część podtytułu. Ponieważ nie ma jednego autora, bo książkę redagowały B.Otwinowska i T.Drzał, znaleźć ją było trudno. O kim? o czym? te tomy? To księga kobiet - więźniów politycznych 1944-1958. Każdy tom składa się z części wspomnieniowej i biograficznej. W obu tomach jest wspomnienie mojej wspaniałej Krystyny! Jeśli ktoś czytał  wcześniejszy wpis o siedmiu latach stalinowskiego więzienia Ewy Ludkiewicz, to tutaj ma ich zwielokrotnione echa. Są więzienia śledcze (Mokotów, Lublin), najczęściej pojawia się centralne więzienie dla kobiet w Fordonie, parę wspomnień dotyczy Inowrocławia zwanego polskim Oświęcimiem, jest też Bojanowo - progresywne więzienie dla dziewcząt - odpowiednik Jaworzna dla chłopców. Koleżeńska pamięć wyciąga imiona z nieludzkiego stanu liczby i nadaje im rangę osoby. Do więziennego apelu stają kobiety, bo to zbiorowość szczególna. Jeszcze w trakcie śledztwa były obok najbliższych, potem do cel trafiały same. Księga to monografia określonego środowiska, bliska mi szczególnie. Nie będę opisywać. Dziś tylko wyimki:

Maria Kobierzycka-Maciąg: Zaraz po przywiezieniu mnie do więzienia na Pradze wezwano mnie do celi przesłuchań, gdzie słynny, wyrafinowany oprawca - Różański, rzucił się na mnie z biciem i rynsztokiem obelg, z których najłagodniejsze były: "Ty suko, ty szmato, ty ścierwo z NSZ-tu". Innych obelg nie chcę tu powtarzać. Odruchowo, nie myśląc o konsekwencjach, uderzyłam go w twarz. Reakcja była natychmiastowa, wykręcono mi ręce i odprowadzono do karca. (...) Drugie spotkanie z Różańskim było bez bicia, tylko syczącym głosem obwieścił, że zapewnia mnie, iż "własną ręką sam zabije mnie jak sukę". Byłam przerażona, wiedziałam, w jakich jestem rękach i w myślach modliłam się o szybką śmierć. [s.63]
Irena Cieślińska-Skrzypiec: W tym okresie pilnowano nas, byśmy nie odebrały sobie życia: po pierwsze duże nieprzyjemności miałoby kierownictwo więzienia, a po drugie, według ogólnej zasady, więzień wszystkie udręki powinien przeżywać, zaś umieranie byłoby wybawieniem. [s.41]
Nie żywiłam i nie żywię żadnej chęci zemsty wobec tych ludzi - czasem było mi nawet żal niektórych, że tak nisko upadli i zatracili poczucie swego człowieczeństwa, pastwiąc się nad bezbronnymi. [s.45]
Danuta Socha-Jakubczyk: Co odczuwałam i przeżywałam w tym czasie? Jedynie ktoś, kto chociaż w części to przeszedł, potrafi zrozumieć. Co bolało najbardziej, nie w sensie fizycznego bólu? Co przeżywała moja Rodzina? Czy winni tych zbrodni zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej? Kto, gdzie, kiedy? Czym i czy w ogóle można kompensować podeptanie praw i godności człowieka, krzywd moralnych i fizycznych wyrządzonych z premedytacją? Czy idee, za które byliśmy gotowi oddać życie, zwyciężyły? [s.129]

Czytam od tygodnia. I będę czytać tygodniami. Oglądam załączone fotografie. Patrzą na mnie oczy wesołych, inteligentnych kobiet. Wielu już z nami nie ma. Czas zawołać je po imieniu...

Wszystkie cytaty pochodzą z pierwszego tomu: Zawołać po imieniu. Księga kobiet - więźniów politycznych 1944-1959, zebrały i opracowały: Barbara Otwinowska przy współpracy z Teresą Drzał, Wydawnictwo VIPART, 1999

Trudno po tak Wielkiej Książce pisać o czymkolwiek. Zatem tylko zdjęcia ostatnich zakupów.
W końcu kupiłam "Dziennik 1954" Tyrmanda, żeby zobaczyć, jakimi problemami żyli ludzie w czasie, gdy patrioci ginęli w więzieniu.
Ocaliłam od zapomnienia wspomnienia ucieczki z Kazachstanu Marii Byrskiej. Wojenne losy tej kobiety i jej maleńkiego synka to cząstka losów rzeszy Polaków skazanych na mękę i śmierć.
"Między mitem a historią" to analiza twórczości Włodzimierza Odojewskiego; z autorką miałam do czynienia w czasie studiów i bardzo ją cenię, czyli będzie mądrze i prawdziwie.
"Antypolskie oblicze Czesława Miłosza" Jana Majdy już miałam, ale do mnie nie wróciło. Niech służy słusznej sprawie, a ja sobie kupiłam kolejne.
"Życiorys Romana Dmowskiego" cenionych autorów daje mi siłę, by zmierzyć się z legendą Piłsudskiego. I tak dalej. Jeśli coś was zaciekawi, dopytajcie.


Jeszcze wczorajsze łupy - każdy po złotówce. To wspaniała akcja rzeszowskiej biblioteki, z której korzystam kolejny raz. Gombrowicza nie lubię, dlatego czytam, by móc dyskutować. "Wilka stepowego" już mam, ale za złotówkę! - do rozdania. Powiększa mi się seria z Nike... Idę układać na półkach.

niedziela, 10 czerwca 2012

Po nitce do ... Herberta

Po lekturze Labiryntu nad morzem Herberta chciałam tylko doczytać, kiedy poeta odwiedził Grecję. Sięgnęłam po kolejny tom i stało się.

Bohdan Urbankowski Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie.

To piękna, wartościowa książka, imponująca erudycją. Zawiera właściwie trzy tomy. Pierwszy obejmuje biografię poety, drugi mówi o kreacji i autokreacji, a trzeci - najciekawszy - zatytułowany jest "Norwid schyłku XX wieku". Ponad siedemset stron czyta się jednym tchem.
Rzetelnie przedstawiony życiorys. Bogata bibliografia. Jeśli trudno dotrzeć do faktów, autor wyławia ślady nawet z twórczości. ( I będę tu polemizować z każdym, kto oddziela jedno od drugiego! Pamiętam zajęcia, gdy prowadzący dał nam do analizy wiersz i byliśmy bezradni, dopóki nie wskazał kontekstu biograficznego - inaczej się nie dało)
Zatem zagłębiamy się w opowieść o trzech okupacjach Lwowa, o pierwszych studiach w Krakowie, o kursowaniu między Wybrzeżem i Warszawą. Autor silnie zaakcentował rolę patronów intelektualnych Herberta. Byli to: mistrz Henryk i kochany Jerzy. Opublikowana korespondencja poety z Henrykiem Elzenbergiem i z Jerzym Zawieyskim mówi o pogmatwanych poglądach, religijnym niepokoju, o lekturach, fascynacjach, a wzbogacona o wiersze - czasem nigdzie niepublikowane - stanowi bezcenne źródło informacji. Nie jest to jednak naukowa cegła. Bywa i tak, że wspominając "dumną biedę" i wyjazdy z pogadankami na prowincję, pisze: Ze względu na niski poziom odbiorców spotkania zamieniały się w rozmowy i pogadanki o Maryni, a i to nie o całej. (s.132)
Będzie też o europejskich emigracjach i niespiesznych powrotach do Gomółkowa = Ubekistanu = Ubolandu... Krystalizują się poglądy poety, aż dojdzie do rozmowy z Jackiem Trznadlem...

Hańba domowa - według wielu to powód, że Herbert nie otrzymał Nagrody Nobla. W udzielonym wywiadzie poeta zarzucił polskim intelektualistom zdradę własnej kultury, zdradę etyki, zdradę siebie samych. (s.194)
I zaczęła się nagonka, ale nie na przestępców, którzy dokonali zbrodni na polskiej kulturze, lecz na autorów, którzy o tym przypomnieli.
Coraz bardziej osamotniony poeta nadal toczy pojedynki - o honor Armii Krajowej, o Popiełuszkę, o Kuklińskiego, o niepodległość Czeczeni...
Wziął na siebie też obowiązek prezentacji "pokolenia rozstrzelanych" (nie lubił określenia Kolumbowie). Żył z poczuciem obowiązku wobec tych, którzy zginęli.


poezja córką jest pamięci
stoi na straży ciał w pustkowiu
szelesty wierszy tyle warte
ile jest w nich oddechu tamtych

To samo, w innych słowach, powie Pan Cogito: ocalałeś nie po to aby żyć / masz mało czasu trzeba dać świadectwo... (s.588)

Tych, którym bliskie są te sprawy, odsyłam do książki. Ja wspomnę jeszcze o dwóch rzeczach, nieznanych mi wcześniej. Jedna z nich to zielona pieczątka, której w ostatnich latach Herbert używał w korespondencji z przyjaciółmi. Napis na stemplu głosił:
Dowódca Królewskiej Samodzielnej Brygady Huzarów Śmierci - Pułkownik Zbigniew Herbert. Metafora tyle żartobliwa, co wieloznaczna.
I sprawa kolejna - Siódmy anioł. To projekt ostatniego wieczoru poetyckiego. Organizatorzy, a i sam autor, mieli jeszcze nadzieję na osobisty udział Herberta. Ten zaproponował, żeby jego wiersze były recytowane na końcu po innych poetach. Byli to: J.Kochanowski, F.Karpiński, J.Słowacki, C.Norwid, T.Gajcy, K.K.Baczyński. On miał być siódmy. Sam dyktował teksty, recytował z pamięci wiersze, a plan wystąpienia ma dziś rangę testamentu poety.

Poeta pisze w kamieniu rzymskim, duktem pisma bardzo jasnym i bardzo spokojnym, a są w nim wszystkie odgłosy tej ziemi... (s.476)


Wszystkie cytaty pochodzą z książki: Bohdan Urbankowski Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony. Szkice o Zbigniewie Herbercie, Polskie Wydawnictwo Encyklopedyczne, Radom 2004

czwartek, 7 czerwca 2012

Z tęsknoty za słońcem

Pieszczę greckie wspomnienia. Podczas przeglądania albumu wzrok mój powędrował wyżej i spoczął na półce. A tam Labirynt nad morzem Zbigniewa Herberta. Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby połączyć obie podróże. Wspaniała literatura i moje zdjęcia. Oto co wyszło.



Do Grecji jechałem na spotkanie z krajobrazem. Sztukę grecką można poznać nieźle w muzeach europejskich. Duszna noc na pokładzie statku [...] pełna była pytań o kolor nieba, morza i gór.






Góry powinny nasycić krajobraz majestatyczną ciszą. Ale, inaczej niż w Alpach, mamy tutaj niespokojne spiętrzenie, gwałtowne starcia mas ziemi, ostre przepaście, nagłe przełęcze, a między tym doliny, rzadko rozległe, najczęściej wąskie, wężowe. (s.59)






Z każdego niemal wzniesienia widać morze. Zamyka horyzont płaską linią, która powinna dawać uciszenie. Ale nawet gdy jest ono spokojne, gdy nie szturmuje ziemi, jego głęboki kolor przypomina, że jest przepaścią przykrytą lustrem. (s.60)






Wysokie drzewa są rzadkie; czasem tylko wzniosły dąb - Zeus drzew. Do stoków przyczepione są grudki zieleni, małe, zajadle walczące o życie krzewy. Przy drogach, na łagodniejszych wzniesieniach - dzika oliwka o wąskich, palczastych, ruchliwych liściach, zielonosrebrnych od spodu. (s.60)




Epidauros - miejsce kultu najbardziej dobrotliwego boga Olimpu greckiego, który, jak przedstawiają go rzeźbiarze, uśmiechał się i kładł uzdrowicielską rękę na ciele strapionych, chorych, szukających pomocy.
Sanktuarium jest rozległe; na gęstej trawie, w cieniu drzew rozsiane są resztki ołtarzy, portyków, świątyń. (s.62)








W Epidaurze  znajduje się najpiękniejszy teatr antycznego świata. Jego bezpośrednie sąsiedztwo ze świątynią Asklepiosa zdaje się świadczyć o leczniczej roli dramatu greckiego. [...] Oparty plecami o zbocze góry, teatr w Epidaurze jest dziełem godnym Partenonu. 






"Oto Mykeny bogate w złoto i skrwawiony pałac Pelopidów."
Akropol ma kształt niezgrabnie zakreślonego trójkąta o podstawie wynoszącej około dwieście metrów i o dwu trzystumetrowych bokach, wzniesiony na garbie ziemi, otoczony cyklopowymi murami. (s.65)





Statek przybija do portu w Pireusie. Pierwsze rozczarowanie:  nie widać Aten. Budynki portowe zasłaniają miasto położone kilka kilometrów w głąb lądu. A przecież - zdawałoby się - to właśnie od strony morza powinien przyjść pierwszy widok. (s.95)






Wysoko w górze - on!
Wewnętrzny okrzyk w tonacji jasnej i prawie triumfalnej. [...]
Akropol był cudem rzeczywistym. Nie wodził zmysłów na pokuszenie, nie obiecywał, że będzie czymś więcej niż jest. Spełniał się cały, był równy samemu sobie.
Powtarzałem sobie tedy niezdarną formułę: on jest i ja jestem, a ogromna przestrzeń czasu, dzieląca daty naszych urodzin, kurczyła się, nikła. Byliśmy współcześni. (s.129)


Jeśli wolno spekulować na temat estetycznej funkcji Propylejów, to wydaje się, że były one kamienną kurtyną, powstrzymywaniem widzenia. Za nią czekało spotkanie twarzą w twarz z Partenonem. Było to jak wciągnięcie powietrza w płuca przed okrzykiem zachwytu. (s.103)








Po przejściu Propylejów - Partenon zjawia się bardziej nieoczekiwanie, większy, potężniejszy niż gdy rósł w oczach wolno, krok za krokiem naszej wędrówki. (s.103)






Jestem szczęśliwa, że mogłam tam być. Chwile na Akropolu niepojęte. Tylko słowa Poety tej miary są w stanie opisać piękno krajobrazu i spotkanie z Akropolem. Planuję kolejne podróże, w tym również z Herbertem. W listopadzie powinnam być w Amsterdamie, więc biorę się za czytanie Martwej natury z wędzidłem.

Wszystkie cytaty pochodzą z Labiryntu nad morzem Zbigniewa Herberta - Wydawca Fundacja Zeszytów Literackich 2000 r. (rozdziały: Próba opisania krajobrazu greckiego i Akropol).