DOM Z PAPIERU



środa, 29 sierpnia 2012

Mazurska międzynarodówka

Rano siadłam przed komputerem z zamiarem napisania krytycznej recenzji książki Orłosia Dom pod Lutnią. Wchodzę na FB, a tam jak grom z jasnego nieba spada na mnie wiadomość, że powieść wygrała w plebiscycie "Książka na lato 2012". Znowu!?  - krzyknęłam. Znowu sama pod prąd? Opuściłam klapę z zamiarem przemilczenia mojej opinii. Chodziłam od ściany do ściany. Tknięta przeczuciem szukałam recenzji i nagle jest! Skoro nielubiana gazeta przypisuje głównemu bohaterowi mądrość, uczciwość i nienaganne maniery, a cały utwór uznaje za piękny, szlachetny i krzepiący serce, to znaczy, że JA mam rację! Zatem siadam powtórnie i piszę to, co czuję.
Kazimierz Orłoś Dom pod Lutnią
Jest rok 1949 i mazurska wieś. Mieszka tu główny bohater - Józef Bronowicz. Przed wojną ułan jazłowiecki, który po klęsce wrześniowej kampanii dostał się do niemieckiej niewoli. Po powrocie z oflagu nie odnalazł się ani w stolicy, ani u boku małżonki. Ma sześćdziesiąt lat i chęć życia po swojemu. Kupuje dom na wsi i gospodarzy wśród Mazurów i Ukraińców. Ze spokojem przyjmuje córkę, która przyjechała z synem. Joanna niepewna swojego losu, bo UB aresztowało jej męża, proponuje zostawienie Tomka w bezpiecznym miejscu. I to będzie ta dobra, prawdziwa warstwa fabularna. Roczny pobyt to zanurzenie się chłopca w wiejskiej arkadii, nowe przyjaźnie, nauki pobierane od dziadka i w szkole. To tu będzie łowił raki, obserwował gwiazdozbiory, grał w szachy, uczył się jazdy na oklep... Sielankę zaburzy od czasu do czasu pojawienie się ubeków, kłusowników czy partyzantów, ale dziadka wybroni jego Virtuti Militari i spora dawka szczęścia.
Co zatem powoduje mój grymas? Główny bohater. Pułkownik wtapia się idealnie w nową rzeczywistość. Z tym po niemiecku, z tym po rosyjsku, dogada się z każdym. Ludzie go szanują i mu czapkują. Ludzie tutaj uczciwi. Nie ma złodziejstwa, pijaństwa, tej polskiej zawiści. Nikt na ciebie nie patrzy wilkiem. Nikt nie donosi.- mówi do córki [s.30]. Przypomina sobie, że Joanna kazała mu dziecko do kościoła zaprowadzić, więc idą do luterańskiej kirchy i łączą się w śpiewach. Na weselu u Wasyla zapamiętale wyśpiewuje i tańcuje, że  tylko czekałam okrzyku: kochajmy się! Te polsko-rosyjsko-niemieckie rozmowy chwilę zaciekawiają, ale potem już wyłącznie drażnią. Pojawia się "żabior straszny" - nauczycielka, która zaprasza pułkownika na angielską herbatę i poziomkowe konfitury. Nie obejdzie się bez dyskusji. Pani Wojnicka czuje się jak na wyspie obleganej przez tych wszystkich, mówiących po niemiecku, Mazurów. W obcym świecie. [s.216] - Ja, pani Wando - powiedział Bronowicz - przeciwnie, znalazłem tutaj swój dom. Gdy ta nadal próbuje poruszyć sprawę ukraińską:
- Oni wszyscy tacy sami. Piłowali Polaków piłami, zakopywali żywcem w ziemi. Kobietom obcinali piersi! (...) Rezuny. Straszni. A pan z nimi tańcuje.
Słyszy:
- Proszę sobie przypomnieć, kto palił cerkwie na Kresach przed trzydziestym dziewiątym? To my, my Polacy. (...) A słyszała łaskawa pani o tym, co się działo w Bieszczadach? Wokół Sanoka, Leska, na tych naszych obecnych kresach w cudzysłowie? Teraz to my palimy, wysiedlamy i zabijamy.[s.214-215]
Stwierdził, że oprawcy są w każdym narodzie. Nie komentuję.
W domu na niego czeka wiernie Urszula. To dziewczyna, która pomagała w gospodarstwie. Miała już jedną Zuzi, teraz na świat przyjdzie "kleiner Oberst". W recenzjach czytam o wielkiej miłości w jesieni życia. Czy naprawdę Bronowicz kochał Urszulę? Wątpię. Gdy ta pytała go o warszawską żonę, opowiada o dwudziestu latach dobrego pożycia. Czy tęsknił do niej w oflagu?
Wiesz, kiedy człowiek sześć lat żyje bez kobiety, tak jak my, zamknięci w oflagu, to (...) miłość nie ma żadnego znaczenia. Człowiek tęskni do kobiety. Do rąk, włosów, oczu, ciała, dotyku. Tęskni tak do bólu, do rozpaczy, wiedząc, że dzień po dniu, dzień po dniu będzie mijał i żadnej kobiety nie dotknie. W tym zamknięciu, w tej klatce. A naokoło mężczyźni, mężczyźni, mężczyźni! A ty tęsknisz. [s.233] I mam wrażenie, że taką właśnie "miłość" ofiarował wpatrzonej w niego kobiecie. Mówi jej dalej. Kiedy wracasz po tych sześciu latach, a twoja kobieta zmieniona, inna niż pamiętałeś i kiedy jeszcze nie ma ochoty na miłość, bo ochłodła przez tę wojnę zupełnie, bo ma dość wszystkiego, bo choruje, ciągle coś jej dolega, to zaczynasz rozumieć, że musisz znaleźć sobie inną kobietę. Taką, która będzie chciała kochać.
Straszne to słowa dla mnie. I jednoznaczne. Zostało najważniejsze - stosunek do ówczesnej polskiej rzeczywistości. Ten odznaczony, waleczny żołnierz zostawia w Warszawie rodzinę, zaszywa się na wsi, bo nie wierzy w sens walki. Sowieci złamią każdy opór - powtarzał [s.85]. Tak można mówić z dzisiejszej perspektywy, ale być pewnym kilka lat po wojnie, gdy lasy pełne  walczących, gdy więzienia pełne torturowanych, on już wiedział, że zdepcze nas radziecki but?
- Myślę czasem - powiedział Bronowicz - po co oni ginęli? Pod Wólką, pod Uniejowem, Łęczycą, Górkami? W Warszawie, na Zachodzie, w okupowanym kraju? (...) Potrzebna nam była śmierć całego pokolenia? Katyń, ci zamordowani na wschodzie? Wywiezieni do łagrów, do Kazachstanu, na Syberię? [s.26]
No po co wam to było? Niech odpowiedzą ci, co jeszcze żyją. Albo rodziny zamęczonych i pomordowanych. Znowu mylę fikcję literacką z rzeczywistością? A czy ta książka nie wpisuje się w nurt poprawności politycznej, gdzie zamazuje się piękną tradycję narodowowyzwoleńczą, gdzie bohaterem zostaje ktoś prezentujący wątpliwe wartości moralne? Niech sobie taki bohater będzie, ale dlaczego o nim tak głośno? Spodziewałam się więcej po autorze "Cudownej meliny"...

Kazimierz Orłoś, Dom pod Lutnią, Wydawnictwo Literackie, 2012

51 komentarzy:

  1. Dziwna jest ta postawa i przemyślenia byłego, odznaczonego ułana - dochodzi do wniosku, że trzeba było otworzyć kraj, tak jak drzwi, i niech wchodzą ze wschodu, zachodu i nikt wtedy by nie zginął;)
    Nie znam książki, ale już jej nie lubię. To nie jest tak łatwo i szczęśliwie żyć w nowym miejscu. Czy w książce jest mowa o nieufności wobec siebie wszystkich stron?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Sam autor wspomina, że dokładnie w tym czasie był z rodzicami na Mazurach i bawił się z rówieśnikami, jak opisał w książce. Dzieci rzeczywiście bawiły się razem, nikt nikomu nie dokuczał, nie wyśmiewał, każde mówiło po swojemu i świetnie się dogadywały. Z dorosłych to tylko nauczycielka nie chciała wtopić się w społeczność; też jej siostra Natalia atakowała pułkownika. Partyzanci, którzy się zjawiali, pokazani bez sympatii. Reszta żyła sielsko-anielsko. Wasyl, który pracuje u pułkownika, żeni się z Hanią z kurpiowskiej wsi. Zero nieufności. UB próbuje pozyskać informatorów, ale dzielny i szlachetny Bronowicz wszystkiemu da radę. Zawiodłam się okrutnie.

      Usuń
  2. @ Znowu sama pod prąd? Opuściłam klapę z zamiarem przemilczenia mojej opinii.

    Nie rób takich rzeczy na przyszłość! :-) Przecież wiesz, że spojrzenie z innej strony może być bardzo cenne, a popłynąć czasem pod prąd jest bardzo zdrowo, o ile wynika to z przekonania, a nie z przekory ("skoro innym się podoba, to mnie właśnie nie" - ale Tobie taka postawa nie grozi).

    pozdrawiam
    allegra walker

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Właśnie bałam się takiego odebrania, dokładnie jak piszesz. Dopiero co stoczyłam samotny bój o Konopnicką, o Prusa, kiedyś o Picoult... Nie mam wokół siebie osób, z którymi mogę porozmawiać o lekturach, dlatego założyłam blog. A tu często jednomyślność. To blogerzy głosowali w plebiscycie, który wyniósł książkę Orłosia. Brak zgody na jego bohatera nie dawał mi spokoju. Dziękuję za głos:) Czasem trzeba mi pokazać, gdzie iść, bo zeszłabym na manowce i jeszcze rozczytałabym się w wampiriadach.
      Pozdrawiam cieplutko:)

      Usuń
  3. Pod prąd, znaczy samodzielnie, a nie z nurtem. Ja często i gęsto, nie tylko w kwestiach lektur, jestem pod prąd. Więc rozumiem. Ale takie recenzje są dla mnie cenniejsze. Gdy czasem czytam gremialne ochy i achy zapala mi się czerwona lampka z uwagą "coś jest nie tak". Nie mówię, że nigdy się nie trafiło, że jakiś tzw. bestseller i do mnie przemówił, ale wiem jak to jest z tym "pod prąd" ;)

    Pamiętam niegdysiejsze rozmowy z moim dziadkiem. Twierdził, że dzisiejsza młodzież jest tak zdziadziała, że gdyby znowu ktoś chciał nas zaatakować to po prostu zwieje za granicę. I zostaną sami biedni emeryci bronić kraju. Zgodnie z ideologią "po co bronić". I mam wrażenie, że podobną intencję miał autor. Po co było bronić i bezsensownie ginąć. Poddawanie się nie jest wtedy gdy człowiek złoży broń i się podda wrogowi, ale właśnie wtedy kiedy uznaje, że nie było sensu w ogóle po tę broń sięgać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ To jest piękne w blogowaniu, że to nie tylko wymiana książkowych opinii, ale rozmowy "pomiędzy". Spokojnie i bezpiecznie płynie się w nurcie. Myślę o twoim dziadku, jak i o moim ojcu, który dokładnie w opisywanym przez Orłosia czasie został aresztowany z całą grupą, z księdzem, u którego się spotykali i składali przysięgę. Zdradzeni. Wyroki nieproporcjonalne do winy, ale przeżyli (bo mnie by nie było). Nigdy nie usłyszałam w domu, że walka jest beznadziejna, bez sensu. Teraz mam się godzić na taką historię? Owszem, szczury zawsze były, można o nich pisać, ale niekoniecznie robić z nich bohaterów.
      Pozdrawiam, pozdrawiam:-D

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. ~ Pięknie napisałaś i nazwałaś wprost to, co się dzieje w mediach. Zresztą nie tylko tam. W szkołach też mamy wychowywać Europejczyków. Przy cięciach i zafałszowaniach historii zostanie nam tylko tajne nauczanie. Mimo wszystko wierzę, że będzie dobrze, bo naród nasz nie w takich opałach był i trwamy:)
      Myślę nad kolejnym postem o zafałszowaniu historii właśnie. Tu serce boli mnie najbardziej. Boję się wypowiadać jako amator, ale może kogoś przynajmniej zachęcę do lektury i poniesie płomień dalej:)

      Usuń
  4. Wiesz, bardzo nie lubię tych różnych plebiscytów, gdzie wybiera się "najlepsze" książki. Może po części dlatego, że gdy patrzę na listy do głosowania, to 90% tytułów w ogóle nic mi nie mówi ;-) Trochę na bakier u mnie z nowościami wydawniczymi, ale wcale nie jest mi z tym źle. Bo jak już zdarza mi się sięgnąć po jakąś taką nowość właśnie powszechnie zachwalaną wszędzie, to często moich oczekiwań nie udaje się jej spełnić... Nie wiem, czy to kwestia zbyt wygórowanych oczekiwań, czy tego (przepraszam - nie chcę nikogo urazić, chcę być dobrze zrozumiana) że często nowości są na blogach recenzowane w ramach współpracy blogerów z wydawnictwami (nie twierdzę, że takie recenzje nie są obiektywne, ale że blogerzy próbują wskazać po prostu na mocne strony książki, te słabsze niekiedy pomijając milczeniem).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Czymś trzeba się kierować przy wyborze lektury, ale plebiscyty też niewiele mi mówią. Zresztą nawet Noble i Nike. W następnym poście o wspaniałym - chyba nieznanym - pisarzu, który idzie śladem tych, o których się milczy. I to jest to! Jeśli zapada kurtyna, mówi się słowo albo wcale, to znaczy, że jest to ktoś ważny. Idę tym tropem.
      Co do recenzowania książek z wydawnictw, to zdarzają się dziewczyny, które piszą, co myślą, jednak większość chwali, mankamenty przemilczając. A czy to same dobre książki? Wątpię. Dobre książki czekają na odkrycie. Sama nie podejmuję współpracy, bo a nuż by mnie kusiło?...
      Promyk słońca z Podkarpacia ślę:)

      Usuń
  5. "Skoro nielubiana gazeta przypisuje głównemu bohaterowi mądrość, uczciwość i nienaganne maniery, a cały utwór uznaje za piękny, szlachetny i krzepiący serce, to znaczy, że JA mam rację!"
    Dobre! I niezależnie od tego kto tam chwali a Ty masz inne zdanie - i tak apeluję pisz! Do cholery blogi nie są do tego by klaskać jak inni klaszczą, ale by pisać własne zdanie. Nawet jak się zrodzi dyskusja to przecież dobrze - ja tam za Prusa się nie obrażam. A że czasem będziesz osamotniona ze swoim głosem? Cóż - trudno - ale zobaczysz jaka to radość gdy nawet po dłuższym czasie ktoś się odezwie i podziękuje ci za to, że mógł coś przemyśleć i spojrzec inaczej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Wiem:) I dziękuję za rzeczową dyskusję. Będę też pamiętać, gdy po pół roku blogowania chciałam przerwać, bo nie mogłam udźwignąć skutków dyskusji o książkach Picoult, to TY napisałeś, że czytasz, że potrzeba... I jestem. I cieszę się blogiem jak dzieckiem. Choć czasem chmury... Jak to w życiu. Ciepełko:)

      Usuń
    2. przy takich okazjach jak Picoult i obronie "sensu" i wartości zawsze możesz na mnie polegać - wołaj a przybiegnę z odsieczą :)
      co prawda niektórzy twierdzą, że moje poglądy są zbyt liberalne, ale wciąż większość znajomych uważa za ciemnogród

      Usuń
    3. ~ Oby ta odsiecz nie była potrzebna, ale jeśli trzeba będzie, zawołam z pewnością. Już mi raźniej w tym ciemnogrodzie i nie zamierzam go opuszczać:)

      Usuń
    4. Robert,
      wszystkim nie dogodzisz:).

      Usuń
    5. ~ Izuś, to on do wszystkich tak z odsieczą? No nic, i tak będę wołać. Choćby na puszczy:)

      Usuń
  6. Książki nie znam i pewnie nikłe były szanse, abym ją przeczytała, bo podobnie jak Karolina z nowościami jestem trochę na bakier. Trochę z rozmysłem, trochę celowo. Wychodzę z założenia, że najbardziej po drodze mi z klasyką, biografiami, podróżami literackimi (i cóż z tego, że nie są to dziś popularne gatunki, że na blogach się o nich pisze rzadziej -ja je po prostu lubię, tak jak ty lubisz pewnego rodzaju książki). Szanse były nikłe, a teraz równają się zeru. Jakoś nie przypadł mi do gustu bohater i jego poglądy. Po raz kolejny zastanawiam się, czy oceniając książkę nie mylę jej z oceną postaci, ale z drugiej strony, skoro postać wzbudza we mnie negatywne emocje zaczynam się zastanawiać co autor chciał przekazać i wnioski do jakich dochodzę (być może nie zawsze słuszne, ale moje własne) nie podobają mi się. No i jeszcze jedna kwestia nagradzania pisarzy - Nike nie jest dla mnie żadnym wyróżnikiem, czytam, na co mam ochotę, czasami o wyróżnieniu dowiaduję się po lekturze (bo o zgrozo zdarza się, że nie czytam opisu na okładce, bo traktuję je wyłącznie jako marketing-reklamę), co budzi czasem zadowolenie (o poznali się na czymś dobrym), albo zdziwienie (hm, a cóż oni w tym dojrzeli?). Troszkę inaczej patrzę na nagrodę Nobla, co nie znaczy, że podobają mi się bezkrytycznie wszyscy nagrodzeni. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Zgadzam się, że każdy ma ulubione gatunki. Podziwiam cię za stałość w zgłębianiu klasyki. Ja kiedyś coś tam pozaliczałam, a teraz pędzę w swoim kierunku. Ponieważ książka Orłosia dotykała powojennej rzeczywistości, musiałam ją mieć! Próbuję nie dyskredytować książki, bo sama wspominam identycznie wiejskie wakacje i ta warstwa jest dobra. Jeśli jednak główny bohater drażni, to trudno książkę czytać spokojnie i upajać się podziwianiem wiejskiej sielanki. Jest tak inny od tego, jakiego się spodziewałam, że skończyłam czytać z ulgą. Klasyka jest chyba bezpieczniejsza, bo przynajmniej wiadomo, czego się spodziewać. Znowu sobie obiecuję - z daleka od nowości. Do następnego razu, póki nie zobaczę...Pozdrawiam ciepło:)

      Usuń
  7. Mazury, eh ... czytam właśnie "mazurski kanon" - "Dzieci Jerominów" E. Wiecherta, jest nawet polski "akcent" :-) ale to zupełnie inny świat. Mam wrażenie, że "Dom nad Lutynią" niewiele ma z Mazurami wspólnego bo tak naprawdę jest powieścią o poglądach na temat historii Polski równie dobrze jej bohater mógłby swoje zdanie w żaden sposób niezdeterminowane miejscem zamieszkania mógłby wygłaszać z każdego miejsca na świecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ A nie wydaje ci się, że jest wysyp tych mazurskich dzieł? Jakiś sens tego jest. Gdyby Orłoś umieścił akcję na Śląsku na przykład, też miałby Polaków mówiących po niemiecku, tylko z międzynarodówką byłoby gorzej. A tak załatwił kilka spraw za jednym zamachem. W każdym razie gdy zobaczę coś z Mazurami w roli głównej, ominę szerokim łukiem. "Wróćmy na jeziora..." - zaśpiewam najwyżej:)

      Usuń
    2. Chyba masz rację ;-) ale Mazur jednak bym nie skreślał w przeciwieństwie do współczesnego wysypu wyrobów literaturopodobnych :-)

      Usuń
    3. ~ A ja jeszcze Enerlich kupiłam. I już się boję otworzyć. Czyli zostają "Czerwone Gitary";)

      Usuń
    4. Ja tego typu "discopolową" literaturę obchodzę szerokim łukiem, kiedyś spróbowałem sił z Grocholą i to był o jeden raz za dużo :-)

      Usuń
    5. ~ A ja ciągle - jak widać - daję się nabrać na pęczki uśmiechniętych recenzji. Starzyście, a głupiście, jak mawia moja mama:)

      Usuń
    6. Eee, nie jest tak źle :-) to zwykłe kobiece dobre serce, które chce dać jeszcze jedną szansę :-)

      Usuń
    7. ~ Mam nadzieję na przeczytanie jeszcze wielu dobrych książek. Mimo wszystko:-)

      Usuń
  8. Widzę, że książka rzeczywiście dość kiepska. Temat świetny, pomysł, ale... no właśnie, widać, że pisana już po latach i chyba brak w niej tego właśnie ducha tamtych lat. Gdzie taki np. rotmistrz Pilecki wątpił, ale walczył, bo pragnął wolnej Ojczyzny. Wierzyli, że lepiej zginąć w Ubeckich więzieniach, niż siedzieć i nic nie robić. Przynajmniej wiem, czego nie czytać...
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Nigdy nie wątpiłam w sens walki i takie poglądy są dla mnie nie do przyjęcia. Tym bardziej, że wypowiada je oficer! Można książkę przeczytać jako inicjację Tomka, jako powrót do wiejskiej arkadii, ale czy warto?
      Dobrych lektur życzę:)

      Usuń
  9. Nie jesteś sama....ja nawet nie dobrnęłam do połowy i też nie rozumiem zachytów nad tą książką

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ No to samopoczucie poprawia mi się z godziny na godzinę! Pozdrawiam:)

      Usuń
  10. @ W następnym poście o wspaniałym - chyba nieznanym - pisarzu, który idzie śladem tych, o których się milczy.

    Czekam z niecierpliwością! A może, jeszcze przed umieszczeniem następnego wpisu, uchylisz rąbka tajemnicy?

    pozdrawiam
    allegra walker

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Podpowiedź? Proszę bardzo. Na blogrollu "Baśń jak niedźwiedź". Przemknęłam jak burza przez pierwszy tom; drugi wymaga powolnego toczenia się jak niedźwiedź.... Jest inny, odkrywczy, wart czasu i atłasu:)

      Usuń
    2. Dziękuję bardzo :-) Coryllusa polubiłam już od pierwszego wpisu na Salonie24, w którym mówił o swoim uwielbieniu dla Sienkiewicza (http://coryllus.salon24.pl/118236,henryk-sienkiewicz-byl-geniuszem). Ma sporo wpisów, które budzą dreszcz opisem starcia między, nazwijmy to, siłami tego świata, a siłami sensu (to drugie określenie za autorem bloga "Fotel przy kominku"). Ciągnie mnie do tego drugiego tomu "Baśni", ale boję się trochę, że jako niehistoryk nie będę w stanie zweryfikować tego, co autor pisze. Coraz bardziej jednak mam ochotę kupić książkę i podsunąć ją domowemu historykowi - niech oceni, czy rzecz ma ręce i nogi.

      pozdrawiam
      allegra walker

      Usuń
    3. ~ To widzę, że mamy sporo wspólnych sympatii:)
      Pierwszy tom "Baśni..." rzeczywiście był zdecydowanie lżejszy, ale brnę. Też nie jestem historykiem, ale nie pokładam nadziei w profesjonalistach, bo nieszczególnie interesuje ich to co mnie i często patrzą dziwnie, gdy pytam o coś. Przestałam i liczę na mój nos i intuicję. Gdy spotykam zaprzeczenie oczywistości, np. potęga Jagiellonów, "złoty wiek", hasła humanizmu... - przypominam sobie, czego mnie uczono i przytakuję. Przeczytam kilka razy, aż zrozumiem. Pójdę za materiałami źródłowymi i potwierdzę. Szukanie sensów ma sens, bo tylko to daje zrozumienie, a zrozumienie z kolei daje spokój. Gdy wiesz, co uwiera, łatwiej leczyć. Jestem pełna optymizmu, bo miotam się w klatce od lat, a dzięki internetowi mogę znaleźć wyjście. Pozdrawiam w ten piękny, ostatni wakacyjny weekend:-D

      Usuń
  11. Zalinkowany przez Ciebie na blogrollu coryllus [pisze często, że polski rynek wydawniczy jest nastawiony na propagandę i trudno się z tym nie zgodzić po lekturze Twojej recenzji.
    Poza tym to podróba, jeśli bohaterowie mówią dzisiejszymi tekstami publicystycznymi?
    Ułan jazłowiecki z przekąsem wyrażający się o Katyniu? Prawdziwy ułan raczej miałby z tyłu głowy refleksję, że sam mógłby trafić do oflagu po drugiej stronie linii Curzona.
    P.S. A "Cudownę melinę" polecasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Izuś, ja bym wszystko darowała bohaterowi po wojennych przejściach - że chce spokoju i na wieś ucieka, że zostawia rodzinę, że facet po 60-tce robi dziewczynie kolejne dziecko, wiedząc, że nie wychowa, ale w recenzjach piszą o nim jak o najszlachetniejszym ze szlachetnych. Oficer z taką świadomością polityczną?
      "Cudowną melinę" czytałam dawno i w czasie peerelowskiego zamordyzmu, gdy nie wolno było mówić wprost, każdy czytał między wierszami. Wtedy wydawała mi się odważna, bo prowincja, propaganda, milicja, partyjniacy... Teraz? Nie wiem, czy zaciekawi. Jak mi Orłoś podpadł, to mam ochotę prześwietlić i wcześniejsze lektury. Może dziś widzę więcej, inaczej... Ale teraz czytam Coryllusa i odsłania mi się inny świat - te same fakty historyczne, tylko reflektor z innej strony.

      Usuń
  12. Zamierzałam czytać tę książką, na razie znam z opowiadań "Dziewczyna z ganku", podobały mi się, choć czytałam je dobre kilka lat temu, kiedy nie byłam wyczulona na sprawy, o których piszesz.
    Słowa o nowej kobiecie - straszne, to prawda, bo przecież każde z tych dwojga tak samo (choć inaczej) przez wojnę cierpiało i tak samo potrzebuje kogoś bliskiego; jednak mi takich ludzi zawsze żal, bo jak się odnaleźć, kiedy w domu spotyka się po latach całkiem obcą osobę? Jeśli się nie ma mnóstwo samozaparcia, dobrej woli i wiary w małżeństwo, to bardzo trudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Tak jak mówisz, ja też inaczej patrzę na te same lektury, uważniej. Kiedyś można było liczyć na autora, a teraz wszystko rozmazane. Nie mam czasu na powroty, tylko ochota zostaje. Mam zamiar do Wańkowicza wrócić, bo też spotkałam krytyczne głosy; jego "Kundlizm" czeka. Ogrom tego.
      A relacje naszego pułkownika z kobietami dla mnie jednoznaczne. Traktował je przedmiotowo. Gdy Urszula urodziła małego Gustawa, patrzył i myślał, że dziewczyna zdąży go wychować (on był już po zawale). Miłości nie zauważyłam. A żona pisała do niego listy, próbowała scalić rodzinę. Uciekł bez honoru, tylko fantazja ułańska mu została.

      Usuń
    2. No tak, to inna historia, ja napisałam tylko na podstawie jednego cytatu.

      Wańkowicza też bardzo chciałabym coś przeczytać, bo w ogóle nie znam.

      Usuń
  13. Nie mogę merytorycznie podyskutować, bo nie czytałam tej książki. Powiem tylko, że Twoje argumenty do mnie przemawiają, aż nie wiem, czy mam ochotę ją przeczytać. Inna rzecz, że ja mam problem z podchodzeniem do powieści mało sensownie, a bardzo baśniowo, w takim tego stwierdzenia znaczeniu, że bajka i świat taki, jakim bym go chciała żeby był, bardzo mnie nęcą i czasem mi się na rozum rzuca. Uczono mnie szanować ludzi, bez względu na ich urodzenie i pochodzenie i jeśli ktoś pisze, że wszyscy tak wespół zespół razem jak w wieży Babel, to moje harcerskie serce zaraz by z radości żywiej zabiło. Taka naiwność dziecka. I dorosnąć nie mogę. Ale dobrze, że sobie do Ciebie zajrzę i mi na to i owo oczy zawsze otworzysz, albo pobudzisz do myślenia bardziej krytycznego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu,
      ależ my wszyscy tak czytamy. Do czasu, aż komuś coś nie zazgrzyta. Bogusia, ze względu na swoją rodzinną historię zwróciła uwagę na co innego, niż zrobiłabyć to Ty czy ja.

      Usuń
    2. Iza, racja, ale mnie czasem strasznie wstyd, że ja tak jak jakiś pantofelek, nieświadomie przyjmuje wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, bezkrytycznie, naiwnie wierząc, że jak ktoś tak mówi, czyli tak jest. Dobrze jest mieć kogoś, kto czasem otworzy oczy

      Usuń
    3. ~ Kasiu, Izuś, pracuję, więc z opóźnieniem. Ja też mam duszę otwartą na ludzi wszelakich, ale tutaj wyraźnie do tańca zaprasza się katów i ich ofiary. Dlaczego mam kochać wyłącznie Niemców albo Ukraińców (postawa nauczycielki w powieści była mi najbliższa), a nie np. Greków czy Węgrów? Jestem skłonna wybaczyć, ale najpierw niech ktoś się przyzna do winy i o wybaczenie poprosi. Ostatnio ładnie na blogu napisała dziewczyna o pisarzach łaszących się do Niemców, czyli nie ja jedna widzę problem. Takie poprawne politycznie książki wydaje się na pniu, a promocja jaka! Też tęsknię za dobrymi książkami,z pozytywną aurą, ale rzeczywistość mnie przerasta. Jak tu być obojętnym? Chociaż sobie obiecałam pisać wyłącznie dobrze albo wcale. No nie udało się. Będę śledzić inne recenzje. Dzięki za głos i serdeczności:):)

      Usuń
    4. Książkowcu, i całe szczęście, że ktoś jest krytyczny, patrzy na ręce, pamięta. Byle by cię to nie obciążało za bardzo, nie frustrowało, bo to niedobre

      Usuń
    5. ~ Dziękuję kolejny raz, Kasiu. Moje widzenie świata z pewnością determinuje rodzinna historia. Chyba też nie bez znaczenia jest fakt, że życie mnie popędza, dyszy za plecami i muszę wybierać. Ciało by chciało coś lekkiego, a serce ciągnie, by spojrzeć wstecz. Historia zawsze wygra z romansem, choćby oczy się kleiły. Nic nie poradzę. Będę was męczyć dalej:):)

      Usuń
  14. @ Chociaż sobie obiecałam pisać wyłącznie dobrze albo wcale.

    Proszę jeszcze raz: nie rób tego! Przecież dla osób z podobnym do Twojego spojrzeniem na świat cenne są nie tylko Twoje polecanki, ale też - jak by je tu nazwać - odradzanki :-)

    pozdrawiam
    allegra walker

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Ale te odradzanki pisze się o niebo trudniej. Chodzę jak pies koło jeża i myślę, czy warto. Jednak miłość do prawdy nade wszystko. Nawet jeśli jej nie znajduję, to przynajmniej wiem, że szukam.
      Pozdrawiam z ostatnim tchnieniem lata:)

      Usuń
  15. Książkowcu, wyróżniłam twój blog nagrodą Blog Award.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Moniczko, dziękuję:-*
      Patrząc na wymaganą liczbę obserwatorów, to naprawdę jestem niszowym blogerem. To nie powód do kompleksów, ale stwierdzenie, że raczej trudno mnie wypatrzyć. Zatem dzięki podwójne.
      A jutro odwiedzam Sandomierz! Tak zatęskniłam po twoim poście. I kawka "Pod ciżemką". Pomyślę o tobie:)

      Usuń
  16. Skończyłam czytać dzisiaj książkę. Przeczytałam ją bardzo szybko i ujmując rzecz lakonicznie miło spędziłam czas. Jestem w ocenie książki gdzieś tak pomiędzy. Jeśli zechcę ją rozpatrywać w kategoriach prawdziwości, zgodności z faktami, to na podstawie mojej wiedzy (czerpanej z literatury historycznej i dokumentów filmowych-brak przekazów bezpośrednich), to mi proza Orłosia zgrzyta. Trudno mi uwierzyć, że UB odpuściłaby Bronowiczowi, sam fakt, że był pułkownikiem i reprezentował stare, "przedwojenne życie" już był wystarczający żeby go zamknąć, albo nawet sprzątnąć. Nie kupuje również tej zgodności sąsiedzkiej (między dzieciakami tak), nie żyło się Mazurom tak dobrze i lekko. Nie sądzę, żeby w całej wsi były tylko dwie osoby, którym było nie po drodze z autochtonami. Nie śmiem jednak oceniać postawy Bronowicza, nie oceniam jego postawy wobec żony (nie ma nic gorszego jak żyć z obcym w gruncie rzeczy człowiekiem, tylko dlatego lub dla innych aż dlatego, że takie są zasady-ale to moje zdanie), nie wiem także czy kochał Urszulę czy nie (podobnie jak oglądając "Różę" wcale nie byłam pewna czy się bohaterowie kochali, czy tylko desperacko potrzebowali). Tym bardziej nie mogę oceniać całościowej postawy Bronowicza (odpuścił walkę w imię spokoju-nie każdy jest tak twardy i niezłomny jak w serialu "Czas honoru") odnosząc się do jego moralnych czy niemoralnych wartości. Nie jestem tak surowa w ocenianiu postaw ludzkich, właśnie dlatego, że to są czasem tylko ludzie, a czasem aż ludzie. Pewnie tak jest dlatego, że moja wiedza jest czysto teoretyczna i jestem wolna od osobistego odbioru-na pewno mam łatwiej.
    A teraz druga perspektywa: jeśli uznamy, że Orłoś pisał powieść z perspektywy dziecka, to tak właśnie dzieci odbierają świat. Nazywają to co widzą, byli partyzanci, ale co z tego wynika nie wiadomo. Skupiają się na swoich relacjach, między rówieśnikami. Świat dorosłych jest dla nich bardzo odległy, zwłaszcza, że w owym czasie największym szczęściem jest biegać po polu i lesie. Orłoś dość konsekwentnie prowadzi troszkę, a wielu miejscach dość mocno nawiną narracje. Zdaję się, że sam autor sam mówi w wywiadach, że chciał oddać świat dziecka, a nie prawdę historyczną tamtych czasów. To jest nadal książka, to jest opowieść.
    Ale zgadzam się w ostatecznym rozrachunku, że ta książka nie jest aż tak dobra, żeby zbierać takie laury i także spodziewałam się czegoś lepszego. Nie przeczę się dobrze książkę czyta i to tyle. Póki co bliżej mi do "Wielkiej Trwogi. Polska 1945-1947" Marcina Zaremby. Obie książki czytam jednocześnie i mi się tematy już nieco zlewają. Na szczęście wczoraj był ostatni odcinek Czasu honoru, więc mi jedno źródło odpadło:) Po skończeniu Zaremby (jeszcze tylko 300stron buu) czas skręcić w inne tematy, bo niedługo zacznie mi się to wszystko śnić.
    Pozdrawiam ciepło i serdecznie. Wybacz jeśli moja wypowiedź jest nieco chaotyczna, ale piszę ją pomiędzy Teatrem Tv a Kaczkami 2012:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Bardzo wnikliwa ocena, właściwie pełna recenzja. I podobne widzenie świata przedstawionego. Ja też z powieści nie uczę się historii, ale inni tak, dlatego oczekiwałabym zgodności przynajmniej z atmosferą tych lat. Świat oczami dziecka to zdecydowanie ciekawa płaszczyzna, ale ślizganie się po niej bez wnikania w stosunki panujące w powieści, relacje bohaterów, to zbyt mało krytyczne spojrzenie. Tego chyba oczekuje autor. Nie na darmo Łysiak umieszcza go wśród pupilków salonu. Kiedyś - jak wspominałam - czytałam "Cudowną melinę"; obejrzałam "Erratę do biografii" poświęconą Orłosiowi i liczyłam na spotkanie z opozycjonistą, a nie z kolejnym rozmazywaczem powojennej sowietyzacji. Jeśli tak lekko rozgrzeszać "bohaterów", to jak spotkamy się kiedyś tam w górze z tysiącami tych, którzy jednak mówili tak-tak i nie-nie. Pokazali, że można. Dobrze, że jesteś, Papryczko, że czytasz, rozumiesz, pamiętasz, bo mi nijako ostatnimi czasy z tym moim oglądem świata, szczególnie przeszłego. Całuski ślę:)
      PS
      A "Wielkiej trwogi" Zaremby nie mam:( Mikołaju, słyszysz?!

      Usuń

Komentarze mile widziane.