DOM Z PAPIERU



środa, 31 grudnia 2014

WIELKIEMU Stalinowi hura! hura! hura!

Zaczynamy Nowy Rok. Zastanawiałem się nad tym: czego ja bym sobie pragnął dla siebie w Nowym Roku? Otóż największym moim pragnieniem jest: umrzeć dla chwały świętej Rosji, w obecności jej genialnego wodza Stalina. 

Nie, jeszcze nie piłam szampana. Nie, jeszcze nie czas na zabawę. Po prostu wczorajszy wieczór spędziłam  z oficerem Armii Czerwonej, a teraz nie chcą opuścić mnie Kalinki, Swiaszczennaja wojna ani śpiewane w latach 80. po cichu w akademiku:
A gdy przekroczysz mauzoleum wielkie progi,
 to zatkaj nos, bo tutaj leży  Lenin drogi.

A ty maszeruj, maszeruj, głośno krzycz:
Niech żyje nam Wołodia  Ilicz!

A kiedy rano nie chce ci się podnieść dupska, 
to pomyśl o tym, jak walczyła Nadia Krupska!

 A ty maszeruj, maszeruj głośno krzycz:
Niech żyje nam Wołodia Ilicz!...

Wspomnienia wróciły z siłą fali uderzeniowej. Czytałam i oglądałam. Co najpierw? Może monodram. Rewelacyjny Marek Kępiński - aktor Teatru im.W.Siemaszkowej w Rzeszowie - zmierzył się z rolą młodszego lejtnanta  Michaiła Zubowa, który w 39. wkracza do polskiego Wilna na czele oddziału Armii Czerwonej. Zderzenie radzieckiego kiczu ideologicznego z burżuazyjną Polską wywołuje efekt tragikomiczny, bo Misza nie potrafi spać w pościeli ani użyć kurków nad wanną, nie odróżnia termosu od bomby, nie rozumie, dlaczego kobietom nie opadają pończochy i dlaczego kapitaliści mają chleba pod dostatkiem... Jednak śmiech na sali stopniowo zamiera, milką docinki z widowni (pa russki oczywiście), bo oto dzieje się historia. Wkraczają Niemcy i Misza musi się ukrywać. Schronienia udzieli mu polska rodzina. Usynowiony oficer poznaje życie polskiej wsi, uczy się pacierza, zaczyna rozumieć swoje dotychczasowe zniewolone i ogłupiające życie. Jednak towarzysze nie zapomną o nim... Tu rozjeżdżają się wizje reżysera Sławomira Gaudyna i Sergiusza Piaseckiego - autora książki będącej źródłem spektaklu. Z olbrzymim plusem dla teatru, bo zakończenie wzruszające (pacierz na kolanach!), choć tragiczne.

Przez kilka wieczorów zasypiałam z Zapiskami oficera Armii Czerwonej, wchodziłam w świat kresowej rzeczywistości, poznawałam obyczajowość i mentalność Rosjan... Kultowa książka zminimalizowanego autora. Bo kim jest dziś Sergiusz Piasecki? Mistrz literatury? Więzień-literat? Król granicy i bóg nocy, który stoczył się do poziomu literata polskiego? Wszystkie te określenia możemy znaleźć w znakomitej biografii Krzysztofa Polechońskiego Żywot człowieka uzbrojonego. 
 Piasecki do dziś jest zepchnięty na dalszy plan literatury emigracyjnej, bo został nieprzejednanym antykomunistą. Jego dorobek pozostaje w cieniu, wszak po 89. doceniono twórców z kręgu paryskiej "Kultury", ale głęboko etyczna i wolnościowa twórczość pisarzy i poetów londyńskich została zlekceważona i już dotrzeć do Polski legalnie nie mogła. A szkoda, bo za wybitną należałoby uznać twórczość Piaseckiego w nierodzinnym języku. Ten półkrwi Polak o zatartej narodowej tożsamości - pisze biograf - wychowany w rosyjskiej mowie i obyczaju, lecz nie zakorzenionym ani w polskim, ani w rosyjskim środowisku, przeszedł długi proces odnajdywania ojczyzny.
Dorastał w kręgu kultury rosyjskiej, na dodatek w domu, w którym mu było źle, bo matki brak, a ojciec obojętny. W szkole koledzy szydzą: Polaczok, Polacziszka, Lach. Eskalacja konfliktów w gimnazjum doprowadziła chłopca do więzienia, a po ucieczce kształcił się już wyłącznie z księgi życia.  Lata wojenne to awanturnicze życie wywiadowcy, przemytnika i bandyty. Potem został więźniem niepokornym. W sumie za kratami spędził 14 lat. W czasie kolejnej wojny włączył się do polskiego ruchu oporu, co przypłacił przymusową emigracją. Ostatnie lata spędził w Wielkiej Brytanii, trwając w stanie bezdomności - zagubiony, bez studiów i bez fachu, z manierami szpiega - cierpiał często niedostatek, imał się prac fizycznych. Nie lubił spotkań autorskich i w żadnym nie uczestniczył, mimo rosnącej sławy i poczytności. Celem jego życia stało się zwalczanie bolszewizmu i robił to jako partyzant, żołnierz, szpieg, konspirator i wreszcie pisarz. To zamknęło mu drogę do kraju, a gdy nastała odwilż, na przeszkodzie stanęły takie wypowiedzi, jak nazwanie Miłosza poputczikiem. Kto został pupilkiem kolejnej RP? Doczytajcie - Piaseckiego i o Piaseckim!

Czas podsumować ten rok. Życzyłabym sobie, żebym dalej miała szczęście do wyszukiwania dobrych autorów, zapomnianych książek i niezmiennie marzę o czasie, by pomóc przeznaczeniu w tych poszukiwaniach. A Wam? DO SIEGO ROKU!

piątek, 26 grudnia 2014

Dlaczego kochasz Polskę, a mieszkasz w Anglii?

- W moim domu nie ma Wigilii - mówi jeden z emigrantów. - Jest zastawiony stół, jest żona, troje dzieci, ale nie ma babci i dziadka.

W ilu polskich domach wpatrzeni w pusty talerz myśleliśmy o najbliższych, którzy dzielą się z nami opłatkiem przez skype'a? Święta spędzili poza Ojczyzną, bo ceny biletów przyprawiają o zawrót głowy. Zresztą w pracy bizi i w grudniu trudno dostać holideja. Żeby dochować tradycji, doładują ojsterki i pojadą na polską mszę. Ksiądz prawi kazanie po polsku, dzieci biegają lub w wózkach bawią się smoczkami, butelkami... Jest tak pięknie, ale coś dziwi... Nagle zdaję sobie sprawę - brakuje siwych głów! Kościół pełen młodych rodziców! Jakże odmienny od polskiego widok...
W świątecznym wydaniu "GP" dodatkiem był film Magdaleny Piejko Tam, gdzie da się żyć. Właśnie kadry z polskiej mszy (choć w filmie Wielkanoc) wycisnęły z oczu łzy. Kolęduję "Nie było miejsca dla Ciebie", a myślę, dlaczego dla kilku milionów Polaków zabrakło miejsca w Ojczyźnie? Dlaczego i przez kogo zostali  zmuszeni do emigracji? Bo nie wyjechali z własnej woli, bo nie są łowcami benefitów, bo wciąż marzą o powrocie...
Film jest prawdziwy i boli. Pokazuje zbiorowy portret ostatniej najliczniejszej emigracji. Wypowiadający się prezentują różne zawody, mają różne statusy społeczne, jednak myślą podobnie. Wyjechali, bo tam da się żyć. Tam, czyli na Wyspach. Żyją wśród Angoli i Irlandczyków, bo w Polsce nie znaleźli pracy, padły ich firmy, rodzące się dzieci musiały jeść, a za niezapłacony rachunek mogli wyłączyć im prąd lub wyrzucić z mieszkania.
Przyjechałem sześć lat temu na trzy miesiące... Miałem przyjechać na pół roku, siedzę tu dziewięć lat... Przyjechałam na wakacje... - mówią. Chcą godnie żyć, utrzymać rodziny, wykarmić dzieci. We wszystkich rozmowach powtarza się słowo normalność. Uciekli do normalnego życia. Bo tutaj założenie działalności trwa 15 minut, ubezpieczenie kosztuje 74 funty na pół roku, a żądana dokumentacja to zeszyt w kratkę z dochodami i rozchodami. Gdy nie zarabiasz, to nie płacisz! Są zaradni, nie żebrzą.  Zdają egzamin z danej i zadanej im wolności w napiętej atmosferze. Wielu Irlandczyków pamięta emigrację z Zielonej Wyspy, ale "celtycki tygrys" już się skończył. W czasach recesji łatwo o słowa, że Polacy kradną im pracę. Jednak mimo dotkliwej dyskryminacji zawsze tu lepiej niż w Polsce.
Pytają o siebie. Mają wciąż polską tożsamość, choć zgrzytają zrymowane słowa patriota-idiota. Jeśli coś się traci, to jednocześnie bardziej ceni.  Przychodzi czas na czytanie polskich książek, organizowanie akcji związanych z naszymi rocznicami historycznymi (Powstanie Warszawskie), wyjście z kościoła na ulicę (Droga Krzyżowa przez miasto)... Powrót do polskości, do historii, do kościoła - wszystko jest spójne!
Czas zapytać - czy wrócą do kraju?
Do czego wracać? Polska przestaje istnieć, bo państwo nie spełnia swojej podstawowej misji, jaką jest ochrona obywateli i troska o nich. Media zapychają ludziom oczy aferami, a rządzący to bestie bez narodowości.
- Nie wiedzą, kim są? Nie mają pradziadków? Jaka krew w nich płynie? - padają pytania.
- Żebym wrócił do Polski, musiałby się zmienić rząd. 
Praca i godna płaca - to podstawowe warunki. I dziwią się Polakom w kraju, że jeszcze nie wyszli na ulicę. To eutanazja narodu! Ukochanego narodu! Nie ma dnia, żeby nie tęsknili za Polską. Tragiczny sentymentalizm, bo dziecko powinno być przy dziadkach, a nie w internecie. A kiedy syn pyta: Tata, dlaczego kochasz Polskę, a mieszkasz w Anglii? - jak mu to wytłumaczyć?

środa, 24 grudnia 2014

Pochwalony po wsze czasy!

Wędrowali Trzej Królowie z za dalekich mórz.
Nie wiedzieli, że za nimi idą łany zbóż.
Nie wiedzieli, że do szopy wszystkie nasze walą chłopy
Na tę jasność zórz.
Słucha jeden, słucha drugi. Skąd ten cudny głos?
A to śpiewa nasz skowronek za pobrzękiem kos!
A to nasze łany, grzędy przyśpiewują im kolędy
Wskroś porannych ros!
Przyszli króle do Betleem, aż tu nowy cud!
Pyta Jezus: "A gdzież chłopy, co tu przyszły z bud? 
Gdzie Mazury, Krakowiaki, Kujawiaki, Łęczycaki,
Gdzie mój cały lud?"
Nie zawstydzi się przed królmi za swe dary chłop!
Nad kadzidło i nad myrrę pachnie żytni snop!
A pszenica się migota od szczerego cudniej złota
Pod niebieski strop.
I stanęli wszyscy kołem, tak jak wyszli z chat;
I huknęli: "Pochwalony!" na caluśki świat.
Odhuknęły góry, lasy: "Pochwalony po wsze czasy
Bóg nas i nasz brat!"

Ten piękny tekst Chłopców z gwiazdą trzejkrólową Marii Konopnickiej dedykuję wszystkim gościom "papierowego domu", życząc Wam tradycyjnych i czułych świąt Bożego Narodzenia.

wtorek, 23 grudnia 2014

A gdzie masz czerwony krawat?

- A gdzie masz czerwony krawat? - pyta studenta Kołakowski (tak, ten Kołakowski).
- Nie mam. Nie należę do ZMP.
Czerwona dwója w indeksie. Drugie podejście:
- Nie masz czerwonego krawata? - docieka egzaminator.
- Nie. Nie jestem zorganizowany - odpowiada kolejny raz student.
Druga dwója na egzaminie oznaczała relegowanie z uczelni. I tak się stało...

Byłam bardzo ciekawa, jak doszło do sytuacji, że taki "autorytet" był wykładowcą renomowanej uczelni. Kto, kiedy i w jakich okolicznościach podmienił nam elity?
Nadarzyła się okazja, bo właśnie rzeszowskie środowiska patriotyczne zorganizowały spotkanie. Musiałam stanąć oko w oko z tym "sympatycznym, łysym, w okularach" - jak określił Leszka Żebrowskiego Płużański.
I dostałam to, na co liczyłam - solidny, wartościowy wykład naszpikowany nazwiskami, przykładami, cytatami, ale też dygresjami dla złapania oddechu (a to pojawiał się Lech Bolesławowicz Wałęsa,  to znów chrabia "Bul" Komorowski, by wrócić do  nazwisk katolików w stanie łaski ubeckiej, jak chociażby do Mazowieckiego...). Niczym w karnym szeregu ustawiały się kolejne miażdżące fakty, budzące strach elity pookrągłostołowej.
Warto zacząć od 1939 roku, gdy Niemcy weszli z poszukiwawczymi listami, a na nich znalazło się  osiemdziesiąt tysięcy zewidencjonowanych działaczy politycznych, ludzi kultury i nauki przeznaczonych do eksterminacji. Egzekucje od pierwszego dnia wojny! Za chwilę obezhołowienie (oberwanie głowy społeczeństwu)  rozpoczęli Sowieci. Była to celowa eliminacja warstwy przywódczej, inteligenckiej, by zapanować nad niewolniczą masą. Spotkały się walka ras z walką klas, a czerwone bandy działały pod niemiecką opieką. Po 44. roku Polacy nadal stawiają opór - powstaje Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i inne lokalne antykomunistyczne organizacje. Podziemie trwa, działa mimo ponoszonych strat. Sowiecki okupant umacnia komunistyczne struktury, ale też w miejsce eksterminowanych elit podstawia intelektualistów nowego chowu. Przełomowy okazał się rok 48., kiedy eliminuje się resztki kadry naukowej i przywódczej, która przeżyła obie okupacje. Giną najbardziej wartościowi ludzie, bo nie przeżyją okrutnego śledztwa lub więziennych warunków. To m.in. prof. W.Lipiński, prof. M.Grzybowski, K.Pużak, W.Marszewski, gen.A.Fieldorf, A.Doboszyński, por. Jan Rodowicz "Anoda" (aresztowany w Wigilię)... Słabnie opór społeczeństwa...
Wszystko co stare - jest nieprzydatne. Polska zmienia się diametralnie.
Co robiły w tym czasie Kuronie, Michniki, Jaruzelskie, Mazowieckie tuzy? Dziś mają wybielone życiorysy, często zmienione nazwiska, a ich tfurczość z tego okresu trudno znaleźć na półkach (np. Wróg pozostał ten sam współautorstwa Mazowieckiego). Mamy też wyraźny komunikat, że nie wolno nam grzebać w życiorysach, bo to nieetyczne, podobnie jak nie można potomków obciążać za winy rodziców, więc brylują w mediach resortowe dzieci, bezkarne, pilnujące rodzicielskiego etosu. Wymienieni demokraci urodzili się i od razu działali w opozycji. Do dzisiaj są pod ochroną służb siłowych. Gdy jakiś uparty dziennikarzyna chce doprowadzić do przesłuchania prezydenta w sprawie WSI, media szczegółowo relacjonują konsumpcję sałatki na sejmowej sali. A przecież na Informacji Wojskowej opierał się i Jaruzelski, i Kiszczak. To nie było wojsko! To partia i bezpieka w wojsku. Kiszczak (dziś zbyt chory, by stanąć przed sądem) dwoma słowami niszczył ludzi. Jego słynne: Na kafelki! - na zawsze odmieniło życie Kucharskiego. A z kafelków łatwo spłukuje się krew szlauchem...
Jak Polska stała się nienormalna niech świadczy fakt, że Cimoszewicz - syn pułkownika WSI - uzyskał w wyborach prezydenckich  aż 10% głosów. Dlaczego nie publikuje się relacji ofiar?
 Warto też sięgnąć do dokumentacji wytworzonej przez Polskę Ludową. Wszystko się zgadza oprócz sprawców, a zbrodnie dokonane przez AL/GL przypisuje się Akowcom.
"Na bandy" jeździł ten przywołany na początku Kołakowski. Z kaburą i pistoletem paradował w czasie wykładów. Był aktywnym członkiem czerwonych bojówek, które obelgami i kijami przeganiały profesorów Ajdukiewicza, Kotarbińskiego, Tatarkiewicza, żeby zająć ich miejsca. Dziś to wielki autorytet i filozof, który szydził z Biblii i do dziś nie może opublikować swojej pracy doktorskiej o Spinozie. Podobnie jak Ba(ł)man, którego specyficzne metody pracy naukowej odkrył dopiero angielski student. Stefania Jabłońska, która zasiadła na fotelu uniwersyteckim po zamordowaniu przez ubeków poprzednika... Czy choć jeden z profesorów przyznał się,  przeprosił, że się ześwinił?
Dalej - pupilek salonu - Kapuściński, piszący na zamówienie wschodnich sąsiadów. Jego idole to Własow i Korczagin - sowieckie dzieci odznaczone za to, że swoich rodziców wydały w ręce NKWD. Jest dostępne podanie przyszłego mistrza reportażu, w którym przekonuje POP (dla młodych - podstawowa komórka partyjna), że jest znakomitym kandydatem do partii: urodził się w 1932 roku na Zachodniej Białorusi zagrabionej przez sanację (!); wstąpił do "Pioniera" jako siedmiolatek, kształtowały go takie lektury jak Matka Gorkiego i Ojczyzna Wandy Wasilewskiej. A rekomendacji do partii udziela mu sam Geremek!
Był też rok 68., nazwany przez Michnika "drugim Katyniem", wszak kraj został "pozbawiony elit"!  Ok. 11,5 tysiąca osób opuściło kraj, a decydowały o tym partia komunistyczna i gminy żydowskie. Dziś mówi się o wypędzeniu Żydów przez Polaków. Michnik w Szwecji i Wolińska w Wielkiej Brytanii stwierdzili, że do kraju pieców nie wrócą, a świat to kupuje. To propaganda bezkarna do dzisiaj. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że wśród opuszczających nasz kraj byli ubecy, sędziowie, prokuratorzy, propagandyści wojskowi, zamieszani w katowanie Polaków, dziś przez  antypolskie ataki i oszczerstwa chcą wybielić siebie, a ofiary nazywają faszystami i antysemitami. Ich życiorysy są kluczowe dla ich poglądów. Kto za nimi stoi?
Tacy ludzie tworzą nam intelektualne zaplecze dla nowego ustroju!
Co możemy zrobić dzisiaj? Nie kłaniajmy się fałszywym autorytetom i nie idźmy jak owce za wilkiem. Nie dajmy sobie wciskać pedagogiki wstydu. Sięgajmy do przeszłości, by szukać fundamentów ideowych. Możemy być dumni z dokonań przodków, chociażby z wielkiego okresu rozbiorów. Uczmy polskiej kultury w domu. Upowszechniajmy wiedzę. Postawmy na samokształcenie. Nie kupujmy książek lansowanych autorów. Bojkotujmy media rażące propagandą, a rozwijajmy własne. Wykorzystajmy formy cyfrowe, nagrywajmy.  Brońmy się! Miejmy odwagę cywilną i obywatelską - nie bójmy się! Sfery myśli i idei zabić nam nie mogą. Wyjdźmy na zewnątrz. Twórzmy wspólnoty towarzyskie, rodzinne. Jesteśmy u siebie! I wytwarzajmy własne elity! Są dwie Polski, ale przyszłość należy do nas!
Jak pięknie POLSKA nas połączyła:)





niedziela, 14 grudnia 2014

Cierpliwości, proszę...

Biorę życiowy urlop. Nie martwcie się, bo aktualnie pochłaniają mnie ważne sprawy. Mój marsz przez tekstowy świat hamuje rozmowa z cieniami.
Właśnie odnalazłam tropy wiodące do przeszłości. Znam nazwisko historyka, który zajmował się m.in. organizacją, do której należał mój Ojciec. Żyje i może opowiedzieć mi o tym co ważne świadek - członkini "bandyckiej" grupy, która usiłowała przemocą zmienić obecny ustrój Państwa Polskiego. Jestem tak szczęśliwa, że mogę z nimi pisać, dowiadywać się... Czuję, jakby Tata stał obok mnie i się uśmiechał... Kto zna mój krąg światopoglądowy, nie powinien się dziwić. Moje marzenie? Utrwalić wspomnienia ofiar komuny. Daj Boże, żebym potrafiła! W świetle tego, co dzieje się w naszym kraju - pogrzeb z honorami gen. Jaruzelskiego, szopki z niemożnością skazania Kiszczaka i jemu podobnych, promowanie czerwonych gwiazd przez resortowe dzieci... - trzeba walczyć.

Jednocześnie uspokajam, że białe kruki nadal spływają na moje półki. Pierwszy raz od czterech lat podjęłam współpracę z wydawnictwem, które gwarantuje wysoki poziom, co dla mnie oznacza po prostu pisanie prawdziwej historii. Jedynie czasu nikt nie może dołączyć w pakiecie;)

Byłam, jestem i będę. Pozdrawiam przedświątecznie wszystkich potencjalnych czytelników:)

niedziela, 7 grudnia 2014

Czekały na wolność, nie na gwałty!

Dwadzieścia trzy nas było tego dnia, gdy pod naporem więźniarskich ramion pękła brama obozu w Neustadt-Glewe, ostatniego na drodze ku wolności. A dla niektórych ku śmierci, która - zdaniem mędrców - także jest wolnością.
Po lekturze Pasażerki i Wakacji nad Adriatykiem [tu czułam wewnętrzny przymus doczytania dalszych losów więźniarek kacetów. Długo trzeba było czekać, bo o ile Oświęcimianki po wojnie były traktowane z szacunkiem, pozwalano im działać w stowarzyszeniach, zapraszano je na uroczystości, nie łamano im karier, to jednak ich wspomnienia urywały się wraz z otwarciem bram lagru. Zofia Posmysz odważyła się napisać ciąg dalszy, a książeczkę zawdzięczamy Wydawnictwu "Von Borowiecky".
Do wolności, do śmierci, do życia to relacja z drogi do Polski. Więźniarki najpierw zobaczyły amerykańskich żołnierzy. Wygoleni, pachnący, uśmiechnięci. I niczego od nich nie chcieli! Wyzwolili obóz i odjechali, ale jeszcze przedtem doradzali, by wyruszyć za Łabę. Dla grupki kobiet to byłaby zdrada! Mimo przestróg wyruszyły w stronę słońca. Nie funkcjonowała kolej ani żaden transport. Krążyły niepokojące wieści o Armii Czerwonej. Co je pchało na wschód? Instynkt ptaków wracających do gniazd? Kilkuletnie marzenia, by wyjść za druty i iść przed siebie mieszały się z przerażeniem, bo kto teraz da pajdę chleba? Jednak to inny głód stanie się ich największym zagrożeniem.
- Nastroszyć kudły, zrobić się na staruchy! - komenderowała doświadczona Doktor P. Były niczym owce wśród stada żarłocznych wilków. Szły bocznymi traktami, w chustkach zasłaniających twarze, z opuszczonymi głowami, powłóczące nogami, utykały...
Sposób okazywał się skuteczny, często jednak były napastowane w czasie postojów. I tu imały się różnych form obrony przed gierojami, broniąc dostępu do przyjemności, które - ich zdaniem - należały im się za trud i znój przebytych bojów. Napady rozpasanego żołdactwa odpierały ruganiem lub metodą kapitolińskich gęsi. Wobec solidarnego oporu bywało, że napastnicy wszczynali walkę na słowa:
- Czego w ich złorzeczeniach nie było! I szyderstwa z pańskiej Polszy, którą ruski mużyk powalił na kolana w jeden dzień, i obietnice, że tak czy owak, znajdziemy się w kołchozach, gdzie baby są wspólne, i charakterystyka naszych mamuś, babć i prababć, i, rzecz jasna, nas samych, niemieckich "blati", sojuszniczek Hitlera. Czy hitlerowcy robią to lepiej? Inaczej? W mordu, w ucho, w oko? Oni też tak mogą, pożałujsta. Pocziemu - że Germaniec dla nas lepszy niż russki mołodiec?
- Ty nie russki mołodiec, ty russki cham - nie zdzierżyła Marysia. [s.49]

Jeszcze przed dotarciem do Odry dowiedziały się o przesunięciu granic. Zwątpiły w sens drogi te dziewczyny, których domy zostały za Bugiem. Tarnów czy Kołomyja to teraz bez różnicy, bo wszędzie, gdzie wejdzie ruski, jest tak samo...
Pierwsze spotkanie z polskim wojskiem i zdumienie na widok zdetronizowanego orzełka na czapkach! Słyszą nowe słowa: szabrownicy, kolaboranci... I brak reakcji "polskich" oficerów na próby gwałtów zadawanych przez krasnoarmiejców.
- Godziłyście się na Niemców, to co wam szkodzi raz jeszcze? [s.79]

Wśród wielkich znaków zapytania grupa powoli rozchodzi się w różnych kierunkach. Ostatnie rozstania na peronie i zdziwienie bezczuciem. To już? Myślały, że uwolniły się od przeszłości i zaczną nowe życie. Jeszcze nie przeczuwały, że nigdy z kacetu nie wyjdą.

sobota, 29 listopada 2014

Pamięć i niepamięć Wołynia

Rok 2014 zapiszę w raptularzu złotymi zgłoskami. Spełniły się moje marzenia lekturowe (przyfrunęły białe kruki) i poznałam autorów, których cenię za samodzielność myślenia i odwagę w głoszeniu swoich poglądów. Jedną z tych osób jest niewątpliwie pani Ewa Siemaszko, dla której ludobójstwo na Wołyniu nie ma tajemnic. Od 1990 roku na prośbę ojca zajmuje się tematem rzezi dokonanych na Polakach przez Ukraińców w czasie drugiej wojny światowej.
Wiedziałam, że istnieje takie dwutomowe dzieło, ale dopiero po wysłuchaniu współautorki nabiera ono właściwego wymiaru. Po podejściu beletrystycznym (E.Łysiak), czas na rzetelną wiedzę historyczną, fakty i statystyki. Pierwsze wyjaśnienie - niby oczywiste - mówiąc o zbrodniach popełnionych na Wołyniu, bierzemy także pod uwagę działania band UPA/OUN w Małopolsce Wschodniej. To tak jak z Kresami - nikt przed wojną nie określał Lwowa jako miasta kresowego, a dziś dopuszcza się takie uogólnienie (podobnie z Syberią itp.).
Skąd zainteresowanie tematem?  Najważniejsza jest pamięć rodzinna, która przechowuje mnóstwo wspomnień, jednak świadkom wydarzeń często trudno było o nich mówić. Przeżyta trauma powoduje zamilczenia i zostawia trwałe ślady w psychice. Jednak temat zaistniał i przebija się do świadomości, mimo niepamięci, którą zawdzięczamy politykom tworzącym nowy układ po 89 roku.
Co zatem powinien wiedzieć każdy Polak?
Celem OUN było stworzenie "Ukrainy dla Ukraińców" w jej etnicznych granicach, a na przeszkodzie stali Polacy, zatem ostrze nienawiści skierowano przeciw  nim. Jak nacjonalistom udało się pociągnąć za sobą społeczność, która przecież była wierząca? Jednym z chwytów było przełamanie chrześcijańskiej moralności i zastąpienie pradawnego dekalogu Mojżeszowego nowym, z zachowaniem tytułu i podmianą treści. Nie zawahasz się wykonać największej zbrodni, jeśli tego wymagać będzie dobro sprawy...
Głównymi sprawcami zbrodni byli członkowie OUN i UPA wspierani przez przez wiejskie bojówki, ukraińskich cywilów, policję i inne formacje nacjonalistyczne. 
Genocidium atrox - nastał czas niezrozumiałego okrucieństwa, dzikiego i barbarzyńskiego ludobójstwa. Ginęli nie tylko mężczyźni zdolni do noszenia broni, ale też starcy, kobiety, niemowlęta... Scenariusz zawsze był taki sam - najpierw odnotowywano pojedyncze zbrodnie, potem dochodziło do mordów masowych.  Ginęli, bo byli Polakami. Około 130 tys. Polaków w 4300 miejscowościach.
Pokaz kolejnych slajdów nie pozostawia złudzeń co do charakteru napaści. Tu pożar kościółka w Kisielinie, a warto wspomnieć, że plebani bronił wówczas ojciec Krzesimira Dębskiego.
Skuteczność samoobrony była niska. Część ludności ratowała się ewakuacją, ale po dotarciu do Małopolski nawet nie przypuszczali, że i tutaj dotrą nienawistne bojówki. Niewiele zdjęć dokumentujących zbrodnie przetrwało... Zachowały się w pamięci hasła: Na Wielkanoc jaja będą malowane krwią Polaków; Będzie wolna Ukraina, gdy będzie po kolana polskiej krwi...
Piękny, choć tragiczny w swej wymowie wykład. Po nim głos zabierali uczestnicy. Byłam zszokowana, bo niemal wszyscy mieli kresowe pochodzenie i ktoś z rodziny przechował pamięć o tych latach! Wśród wypowiadających się córka Henryka Cybulskiego - żołnierza AK, słynnego komendanta samoobrony Przebraża. Przywoływane są często jego zbeletryzowane wspomnienia opracowane literacko przez H.Pająka - Czerwone noce, a ostatnio wznowione jako Krwawy Wołyń '43. Inny świadek wspominał, jak bandyci zamordowali sąsiada - znaleziono go w stodole z podkowami przybitymi do stóp, bo jeszcze tańczyć oprawcom musiał...
Pani Ewa Siemaszko z uwagą wysłuchiwała, dopowiadała nazwiska i nazwy miejscowości, znajdowała łączące nitki... Niesamowita znajomość tematu!
Z czym zostajemy po spotkaniu? Optymizmu brak. Część Polaków jest głucha i nie chce słyszeć o zbrodniach. Politycy nie korzystają z lekcji historii. Na Majdanie powiewają czerwono-czarne flagi, młodzi od wideł odkleić się nie mogą, widać billboardy promujące idee nacjonalistyczne. Kult UPA przeszedł już do szkolnictwa, a na polskiej szkole we Lwowie można zobaczyć tablicę pamięci Szuchewycza - mordercy Polaków. Nietrudno znaleźć pomniki gloryfikujące Banderę. Na zdjęciach z uroczystości z udziałem weteranów UPA/OUN nie brak duchownych. "Nasze Słowo" - tygodnik ukraiński wydawany za nasze pieniądze - krzewi kult UPA, a potomkowie wysiedlonych w ramach akcji "Wisła" Ukraińców żyją bohaterstwem UPA.
A wymordowani Polacy wołają z grobów, których nie ma...

Jeszcze chwila rozmowy, prośba o dedykację. Ech, jak ja lubię się uczyć! Wciąż i wciąż.


czwartek, 27 listopada 2014

Pisarka bez czytelników

Bagdad, 8 maja 1943 rok.
Na słupach ogłoszeniowych Al-Raszyd Street pojawiły się trójjęzyczne afisze: polskie, angielskie i arabskie. Na deskach Teatru im. Króla Faisala ma miejsce premiera sztuki Tu jest Polska pióra Herminii Naglerowej. Jest to także inauguracja działalności Teatru Dramatycznego Armii Polskiej na Wschodzie. Sala wypełniona po brzegi. Wyróżniają się arabscy goście w białych burnusach i polscy żołnierze w angielskich mundurach khaki. Na premierze obecni byli m.in. gen. Anders i min. Malholmme. Co mogli myśleć Arabowie, oglądając sztukę, której akcja dzieje się w polskim miasteczku, a na scenie miotają się esesmani? Jednak spektakl odniósł sukces i po scenerii baśniowego Bagdadu powędrował do naturalnych amfiteatrów na pustyni, gdzie stacjonowały polskie oddziały. Tam - niczym Tyrteusz - zagrzewał do walki z Niemcami, pokazując terror panujący w kraju. To sztuka w swej wymowie antyfaszystowska, mieszcząca się w służebnym nurcie teatru.
Jedno jest pewne - nie będzie nam dane odczuć tego, czego doświadczali żołnierze w czterdziestym trzecim roku. Ten spektakl nigdy nie zagości na dzisiejszych scenach. Polska telewizja woli wydać pieniądze podatników na zakłamane niemieckie seriale niż sięgnąć po sprawdzony, ale według niektórych tendencyjny i propagandowy tekst Naglerowej. Bo tu wrogowie Polski pokazani są takimi, jakimi byli: bezwzględni, okrutni, butni, pyszni... I mieli określoną narodowość.

Jan: Nasze sny śpieszą się. Wyprzedzają wydarzenia. Nie można przecież bezczynnie znosić tego, co się dzieje. Walka z Niemcami to walka z potworami, nie z ludźmi. [s.24]
A co mówią o Niemcach sami esesmani?
SS-Leute: Nie ma dziś narodu na świecie, który by się nas nie bał. Tyle zwycięstw - ciągle idziemy naprzód. Teraz na wschód i cała Europa nasza. Potem Azja, Afryka, Ameryka. Cały świat dla Niemców. A dopiero potem pokój. Wielki, niemiecki pokój.[s.29]
I dalej: Dobrze jest być Niemcem. Szczęśliwy, kto się urodził Niemcem. Wszystkie inne narody są plugawe i nikczemne. Zmieszana krew, nieczysta. Będą nam służyć. Co powiesz o Polakach, Hans? [...] Banditenvolk. [s.30]

Jeszcze parę zdań o sztuce, bo tekst praktycznie nieosiągalny. Autorka prezentuje nam losy niewielkiej grupy mieszkańców prowincjonalnego miasteczka okupowanego przez Niemców. W czterech aktach pokazuje stosunek okupantów do Polaków i z drugiej strony - nasze postawy i zachowania. Charaktery bohaterów z konieczności są uproszczone i malują się w białych i czarnych barwach. Ten obraz rozbija Łużanka - volksdeutsch - który wymierzy sobie w końcu judaszową karę. Każdy akt zamyka celna słowna puenta, a cytat ujęty w tytule wypowiedzą raz polskie, raz niemieckie usta. Zabrzmią jak dzwon - Tu jest Polska! Podziwiać należy sprawność techniczną, jaką wykazała się Naglerowa, bo w tak skromnym objętościowo scenariuszu zmieściła ogrom wojennej rzeczywistości: więzienia, obozy, łapanki, egzekucje, represje obejmujące inteligencję, wysiedlenia, losy Żydów, a przede wszystkim istnienie sieci konspiracyjnej, bo naród poddał się patriotycznemu obowiązkowi i obok mężczyzn walczyły kobiety i dzieci, często płacąc cenę najwyższą.

Anna: Jest nas coraz więcej. Po tych aresztowaniach - reakcja niespodziewana. Nie zastraszenie, ale gniew. [s.36]
Zygarowa: A choćby i nie miało być inaczej - nam nie darować im krzywd. Nie wiem, co się stanie po nas, ale my w wojnie - z nimi. Do ostatniego tchu - w wojnie!
Anna: Ja myślę, pani Katarzyno, że to zostanie w pamięci po wiek wieków i już nigdy nie będzie darowane. My Polacy umiemy przebaczać, zapominać. Ale już nie im! Przekażemy to dzieciom, wnukom. [s.37]

Czy przekazaliśmy?

Herminia Naglerowa przeszła szlak bojowy 2. Korpusu. Nigdy nie wróciła do Polski, wybierając status emigranta. Za niezgodne z sumieniem narodowym uznała drukowanie w Polsce "opanowanej przez Sowiety i rządzonej przez władze narzucone z Moskwy".  Emigrację traktowała jako służbę wobec ojczystego kraju. W 1956 roku na antenie Radia "Wolna Europa" odpowiedziała "Dlaczego nie wracamy do kraju? Głosy pisarzy polskich w wolnym świecie". Świadoma sytuacji napisała też:
Nie należy łudzić się: w krótkim czasie będziemy pisarzami bez czytelników.
Jej twórczość ocalała dzięki staraniom przyjaciela - Tymona Terleckiego. Po wojnie w Polsce nie wydano ani jednego jej utworu. Recenzowany egzemplarz ukazał się w dziesiątą rocznicę śmierci w Londynie.

W takiej sytuacji chwała Wydawnictwu Uniwersytetu Rzeszowskiego i pani Annie Wal, że mamy monografię poświęconą Naglerowej. Znajdziemy tu szczegółową biografię pisarki i analizę jej utworów. Rzetelna, dociekliwa praca, aczkolwiek bardzo poprawna...






środa, 26 listopada 2014

Zabawa (teoretycznie)

Miało być zabawowo, żeby rozproszyć późnojesienne smutki, a wyszło jak zwykle - trochę górnolotnie, nieco zbyt poważnie... Koczowniczka toczy blogowy łańcuszek, w który i ja się zaplątałam. Jako że pytania wyłącznie okołoksiążkowe, zatrzymałam się, dzielę się refleksjami. Oto 11 pytań i odpowiedzi.

1. Najbardziej lubisz literaturę... jaką? Polską, amerykańską, japońską, a może jeszcze inną?

Było różnie, ale dziś zdecydowanie literatura polska. Jestem zaabsorbowana kwestiami narodowymi i problematykę polską stawiam w centrum uwagi. Klaruje się misja mojego bloga i z miszmaszu sprzed trzech lat wyłania się  czytelnicze jądro - odzyskiwanie naszej literatury i wyciąganie na pierwszy plan tematów nieobecnych w kraju albo świadomie przemilczanych.
Zawężam moje czytelnicze poszukiwania i okopuję się w Dwudziestoleciu. To był ostatni bastion wolności słowa i czas, kiedy Polska była Polską! Przełomowy był rok 1926, kiedy to obalono demokratycznie wybrany rząd i wprowadzono sanacyjny terror, który w różnych odcieniach trwa do dziś. Cieszę się ogromnie, gdy uda mi się kupić książki prawdziwe, czyli bez szans na wznowienie w powojennej (ponoć wolnej od jakiegoś czasu) rzeczywistości. Takim skarbem jest np. ...
Historia polityczna Polski 1914-1939 Władysława Konopczyńskiego. Z jakim pietyzmem trzymam w ręku egzemplarz, który ma 300 braci? I kto sięgnie po taką książkę? Jakie szanse ma Konopczyński, żeby odkłamać międzywojnie?





Nie błądzę, nie kupuję kota w worku, a światłem w tunelu są podpowiedzi nieocenionego Macieja Urbanowskiego, który prowadzi mnie prawą stroną literatury. Czasem wystarczył jeden cytat, żebym miesiącami czaiła się na allegro. I nigdy się nie zawiodłam!




2. Na pewno zetknęłaś się z książkami pisarza, którego twórczość podziwiasz, natomiast inni nie - bo nie znają go, nie doceniają. Aż serce boli. Chcesz, by został odkryty, doceniony. Jaki to pisarz?

Serce boli, oj tak... Pełną odpowiedzią na pytanie jest cały mój blog, a w skrócie?
Niezmiennie polecam tetralogię Janusza Krasińskiego.
W los Szymona Bolesty autor wpisał swoją biografię i śledzimy los niespełna osiemnastoletniego młodzieńca aż do pisarza ukrywającego się w chatce i w napięciu spisującego wspomnienia, których wyprzeć nie można. A w tle panorama okupowanej przez sowietów Polski. Podobno w rękopisie Krasiński zostawił piąty tom, ale czy się ukaże? Kogo dziś interesuje były więzień lagrów i ubeckich piwnic?
Podobnie zerowy wydźwięk miał mój wpis o Mateuszu Wyrwichu i jego celach śmierci. Identycznie rzecz ma się z Romanem Hrabarem... Jest sens pisania? Jednak jestem.
Może już same nazwiska - Beata Obertyńska, Herminia Naglerowa, Anatol Krakowiecki... - sprowadzam ich z emigracji do kraju, który winien im pamięć.
Jeszcze Dwudziestolecie, które jest dla mnie kopalnią diamentów, bo więcej dowiemy się o czasach z powieści Rodziewiczówny czy Dołęgi-Mostowicza niż od naszych "historyków" czy z mediów. Rośnie stosik z powieściami Adama Grzymały-Siedleckiego, Józefa Weyssenhoffa, Władysława Jana Grabskiego, Jana Strzembosza (kolekcjonuję jego Dzieje dziesięciolecia). Ostatni zakup to Krzyż na piaskach Agnieszki Osieckiej (córka prof.Chrzanowskiego). Chętnie porozmawiałabym z kimś na temat tych powieści...

3. Czy sięgasz po książki "obozowe"?

Lagry, łagry, ubeckie kazamaty to najważniejszy teren moich czytelniczych eksploracji. Martyrologia ludności polskiej i liczne działania aparatu represji utrwalone są w setkach wspomnień tych, co przeżyli, często nie-literatów. Nie można ich tak zostawić aresztowanych, uwięzionych, bezradnych wobec historii. I szukam rozsypanych okruchów człowieczeństwa...

4. Czy jesteś zadowolona ze swojego bloga? Może chcesz coś zmienić?

Oczywiście że mam uwagi do treści i formy. Tylko z sentymentu nie kasuję pierwszych wpisów lub niektórych wspomnień/spotkań z autorami, którymi dziś już bym się nie szczyciła. A zewnętrznie chętnie bym wykorzystała jakąś nakładkę retro. Nawet ktoś mi proponował wykonanie, ale nie poradziłabym sobie ze stroną techniczną, przeniesieniem tekstów:( Coś na pocieszenie:
5. Ile czasu zajmuje ci pisanie recenzji?

Notuję w trakcie lektury, ale i tak post tworzę 2-3 godziny. Oto dlaczego nie piszę opinii po przeczytaniu każdej książki.

6. Czy chętnie pożyczasz innym swoje książki?

Opuszczają moje mury wyjątkowo. Na straży stoją te oto kaczorki. W środku kryją karteluszki z winnymi, którzy dopuścili się niecnego czynu i wyłudzili ode mnie książki.
7. Jeśli książka cię nie interesuje, czy starasz się ją przeczytać do końca, czy też porzucasz bez żalu?

Liczba zakładek tkwiących w książkach sugeruje powroty, ale... przegrywają z brakiem czasu.

8-9. Bohaterzy książkowi, którzy cię bardzo irytują, to...

Tania i Aleksander z Jeźdźca miedzianego - dawno mnie tak nikt nie rozdrażnił! Zachowywali się irracjonalnie, ich losy były niewiarygodne... Nie będę motywować dalej, bo wiem, że lektura ma wielu miłośników.
Może jeszcze Scarlett O'Hara, do której czułam sympatię po filmie, ale po lekturze całe współczucie i podziw wyparowały. 
A z polskich bohaterów? Np. Andrzej Dowmunt z Ostatniej brygady. Jego relacje z kobietami są zgodne z moralnością Kalego. Zresztą Mostowicz w ogóle unikał tworzenia pozytywnych bohaterów.

10. Czy codziennie czytasz przynajmniej kilka kartek?

Staram się. Jeśli nadchodzi taki czas, że nie mam czasu ani sił na czytanie, czuję się wyłącznie organizmem biologicznym na poziomie pantofelka.

11. Polecisz mi jakąś książkę, która mogłaby mnie zainteresować? Postaram się ją przeczytać.

W wyborze kieruję się m.in. dostępnością. Piotra Woźniaka Zapluty karzeł reakcji to kwintesencja powojennego losu akowca. Powinna być zgodna z twoimi zainteresowaniami, bo wiem, że nie są ci obce trudne lektury. A od siebie dziękuję za odkrycie paru, choćby Posmysz. Szykuję recenzję Do wolności, do życia, do śmierci...

Kończę zabawę bez kontynuacji, bo znajome blogerki już zostały nominowane i chętnie przeczytam, co u nich w książkowym świecie piszczy. Koczowniczce jeszcze raz dziękuję za zaproszenie, które budzi mnie z blogowego letargu:)



 


sobota, 15 listopada 2014

Z Sienkiewiczem w rejs

LEGENDA ŻEGLARSKA
Był okręt, który zwał się "Purpura", tak wielki i silny, że się nie bał wichrów ani bałwanów, choćby najstraszniejszych.
I płynął ciągle z rozpiętymi żaglami, wspinał się na spiętrzone wały, kruszył potężną piersią podwodne haki, na których rozbijały się inne statki - i płynął w dal, z żaglami w słońcu, tak szybko, aż piana warczała mu po bokach, a za nim ciągnęła się szeroka i długa droga świetlista.
- To pyszny statek! - mówili żeglarze z innych okrętów.- Rzekłbyś: lewiatan fale porze! A czasem pytali załogę "Purpury":
- Hej, ludzie! dokąd jedziecie?
- Dokąd wiatr żenie! - odpowiadali majtkowie.
- Ostrożnie! Tam wiry i skały!
W odpowiedzi na przestrogę wiatr tylko odnosił słowa pieśni tak szumnej jak burza sama: Wesoło płyńmy, wesoło!
Szczęśliwe było życie załogi na tym statku. Majtkowie, zaufani w jego wielkość i dzielność, drwili z niebezpieczeństw. Sroga panowała karność na innych okrętach, ale na "Purpurze" każdy robił, co chciał.
Życie tam było ustawicznym świętem. Szczęśliwie przebyte burze i pokruszone skały zwiększały jeszcze zaufanie. Nie ma (mówiono) takich raf ni takich burz, które by "Purpurę" rozbić mogły. Niech huragan przewraca morze - "Purpura" popłynie dalej.
I "Purpura" płynęła istotnie, dumna, wspaniała. Przechodziły lata całe - a ona nie tylko sama zdawała się być niezłomną, ale ratowała jeszcze inne statki i przygarniała rozbitków na swój pokład.
Ślepa wiara w jej siłę zwiększała się z każdym dniem w sercach załogi. Żeglarze zleniwieli w szczęściu i zapomnieli sztuki żeglarskiej. - "Purpura" sama popłynie - mówili. - Po co pracować, po co baczyć na statek, pilnować steru, masztów, żagli, lin? Po co żyć w trudzie i pocie czoła, gdy statek, jak bóstwo - nieśmiertelny?
Wesoło płyńmy, wesoło!
I płynęli jeszcze długie lata. Aż wreszcie z upływem czasu załoga zniewieściała zupełnie, zaniedbała obowiązków i nikt nie wiedział, że statek począł się psować. Słona woda przeżarła belki, potężne wiązania rozluźniły się, fale poobdzierały burty, maszty spróchniały, a żagle zetliły się na powietrzu.  Wszelako głosy rozsądku poczęły się podnosić:
- Strzeżcie się! - mówili niektórzy majtkowie.
- Nic to! Płyniemy z falą! - odpowiadała większość marynarzy.
Tymczasem, pewnego razu, wybuchła taka burza, jakiej dotychczas nie bywało na morzu. Wichry zmieszały ocean z chmurami w jeden piekielny zamęt. Wstały słupy wodne i leciały z hukiem na "Purpurę", straszne, spienione, wrzące. Dopadłszy statku wbiły go aż na dno morza, potem rzuciły ku chmurom, potem zwaliły znów na dno. Pękły zwątlałe wiązania statku i nagle krzyk straszny rozległ się na pokładzie.
- "Purpura" tonie!
I "Purpura" tonęła naprawdę, a załoga, odwykła od trudów i żeglugi, nie wiedziała, jak ją ratować!
Lecz po pierwszej chwili przerażenia wściekłość zawrzała w sercach, bo kochali jednak swój statek marynarze.
Więc zerwali się wszyscy i poczęli bić z dział do wichrów i fal spienionych, a potem chwyciwszy, co kto miał pod ręką, poczęli chłostać morze, które chciało zatopić "Purpurę".
Wspaniała była walka tej rozpaczy ludzkiej z tym żywiołem. Lecz fale były silniejsze od żeglarzy. Działa zalane umilkły. Olbrzymie wiry porwały wielu walczących i uniosły w odmęt wodny. Załoga zmniejszała się z każdą chwilą - ale walczyła jeszcze. Zalani, na wpół oślepli, pokryci górą pian, żeglarze walczyli do upadłego.
Chwilami sił im brakło, ale po krótkim spoczynku znów zrywali się do walki. Na koniec ręce im opadły. Poczuli, że śmierć nadchodzi. I nastała chwila głuchej rozpaczy. I poglądali na się ci żeglarze jak obłąkani.
Wtem te same głosy, które poprzednio ostrzegały już o niebezpieczeństwie, podniosły się znowu, silniejsze, tak silne, że ryk fal nie mógł ich zagłuszyć. Głosy te mówiły:
- O, zaślepieni! Nie z dział wam bić do burzy, nie fale chłostać, ale statek naprawiać! Zstąpcie na dno. Tam pracujcie. "Purpura" jeszcze nie zginęła.
Na owe słowa drgnęli ci na wpół umarli i rzucili się wszyscy na spód, i rozpoczęli pracę od spodu.
I pracowali od rana do nocy, w trudzie i pocie czoła, chcąc dawną bezczynność i zaślepienie wynagrodzić...

Tekst czytałam mojej "załodze" przy okazji Święta Niepodległości, a rysunki w trakcie słuchania wykonały: Karolinka, Zuzia P., Zuzia S., Julia, Zuzia W., Kinga. Tekst legendy zamieszczony był w podręczniku WSiP Jutro pójdę w świat.

Niech listopad Sienkiewiczem stoi! Dziś rocznica śmierci - odszedł od nas 15 listopada 1916 roku. W poniedziałek będziemy świętować rocznicę wręczenia Nagrody Nobla - 17 listopada 1905 roku.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Kiedyś sąsiedzi

10 listopada 1944 roku
- Widczyn`ajtie, pols`ki swyni! Widczyn`ajtie, bo inaksze spalymo was żywcem! - Gruby świerkowy drąg wpadł z hukiem przez okno, rozpryskując szkło po całej podłodze. Krzyki banderowców zmieszały się z płaczem i krzykami dzieci i kobiet. Korzystając z zamieszania, siedząca obok pieca Jadwiga szybko wsunęła się pod łóżko i zastygła w bezruchu przytulona do ściany. [s.240]

Kuty, Rybaki, Berezka, Paliwka... - to wsie leżące na Pokuciu. Opływał je niespokojny Czeremosz, a na drugim jego brzegu była już Rumunia. W pierwszym tomie Kresowej opowieści witają nas polscy bracia - Michał i Grzegorz; Izaak - Żyd; Fedor, Roman i Stiepan - Ukraińcy. Jako chłopcy chodzili do jednej szkoły, wypasali bydło, podglądali zakochane pary w nadrzecznych zaroślach. Dorosłość postawiła ich na wrogich pozycjach. Jak potoczyłoby się życie Michała i Julii, gdyby nie zakochali się w niej dwaj mężczyźni? Śledzę losy bohaterów, ich dojrzewanie i przemiany, miłości, jednak wciąż czuję się jak na wulkanie, który pomrukuje, w głębi kłębi się, a lawa szuka ujścia. Musi dojść do erupcji, która wszystko zniszczy, spopieli, zamieni w kamień.
Michał to beletrystyczne spojrzenie na polsko-ukraińskie relacje. Autor - Edward Łysiak - zanurzony był w rodzinnych opowieściach, których mu mama i babcia nie szczędziły. Ich życie w rodzinnej wsi wśród Ukraińców wspominały z rozrzewnieniem, stąd w powieści tyle opisów zwyczajów, pieśni, obrzędów. Jednak wszystkie miały ten sam finał - łzy, drżenie rąk i bezradność wobec wydarzeń, które rozgrywały się na ich oczach. Choć autor stara się stonować okrucieństwo, trudno przebrnąć przez opis egzekucji młodziutkiej nauczycielki Kasi, zdzieranie pasów skóry z Grzegorza czy rozbijanie o ścianę polskich dzieci. Wszechobecne gwałty prowokują czasem pytanie: gdzie jest Bóg? Jednak nic nie jest czarne ani białe. Za kresowe ludobójstwo odpowiedzialny był ukraiński nacjonalizm, a doktrynę Doncowa wcielały w życie oddziały OUN/UPA.  Banderowcy sterroryzowali większość ukraińską i mieszkańcy wsi musieli (chociażby pod groźbą zhańbienia córek i żon) wskazywać sotni polskie domy. Nie brak brutalnych opisów rozerwania końmi łemkowskiej dziewuszki, której rodzice zgłosili się do wyjazdu w ramach akcji wysiedleńczej czy zamordowania przez polskiego żołnierza rodzącej Katryny. Powieściowy pierwowzór Michała (istniał naprawdę!) milczał na temat akcji "Wisła". Jego akcje w Bieszczadach nie są chlubą polskiego oficera. Łysiak podszedł do tematu rzetelnie i oddał głos każdej nacji. Słyszymy wyjaśnienia Izaaka, dlaczego po zagładzie najbliższych wstąpił do NKWD, a także rozumiemy Michała, który został jego podkomendnym. Ukraińców też nie dzieli na dobrych i złych, każąc nam odróżniać ukraińskich nacjonalistów od Ukraińców. Podsumowanie akuratne w świetle medialnych rozgrywek, które tu i teraz obserwujemy.
Drugi tom Kresowej opowieści - Julia - dopowiada losy, jednak te najważniejsze pytania nadal zostają bez odpowiedzi. Czy można zrozumieć ludzką naturę albo przejrzeć Boże zamierzenia? Skomplikowane relacje między Michałem i Julią nie dają się posklejać, choć kibicujemy, by z tego piekła cokolwiek ocalało i zostało czyste.
Uczucie Michała i Julii bezpowrotnie zgubiło się na wojennych ścieżkach, które w ich przypadku rozeszły się w Stanisławowie. Ona pojechała dalej, a jego zabrało NKWD. Od tego zdarzenia oddzielnie doświadczali sytuacji pełnych niebezpieczeństw i niespodziewanych spotkań. W samotności szli ścieżkami, które prowadziły tam, gdzie nigdy nie byli, zmuszały do zachowań, których nigdy nie doświadczali, i poddawały próbom, których dotąd nie znali. Kiedy po latach los ponownie złączył ich drogi, ze zdziwieniem stwierdzili, że nie są już tymi samymi ludźmi. Chociaż mieszkali razem, więcej ich dzieliło niż łączyło. [s.117]
Miałam tak silną potrzebę przebywania nadal w tym kresowym świecie, że z ogromną przyjemnością wzięłam udział w spotkaniu z autorem kresowej sagi. Edward Łysiak przyjechał, podbił serca czytelników i zabrał je w kuferku wydłubanym przez Ukraińca. A tak poważnie, to dopełnił się świat przedstawiony w ukraińskiej dylogii. Erudyta, gawędziarz, dżentelmen (to zaproszenie do zajęcia miejsca!!!) snuł swoją opowieść o czasie minionym i przenosił nas nad Czeremosz. Była mowa o wojnie, ale i o latach dwutysięcznych, kiedy to ze znajomymi wybrał się do rodzinnej wsi mamy i babci. Małym/wielkim sukcesem kilku wizyt okazało się upamiętnienie pacyfikacji Rybna, gdzie na miejscu spalonego kościółka Ukraińcy postawili pomnik będący świadectwem obecności na tej ziemi Polaków. Z wami do 1944 roku - głosi napis. To niewiele, ale tak naprawdę wszystko. Głaz ustawiono na krzyżu z biało-czerwonych kafelków, a po katastrofie smoleńskiej  mieszkańcy samoistnie zawiesili na nim czarną szarfę.
Jak żywo uczestnicy spotkania odbierali lektury, niech świadczy fakt, że jedna z pań przyniosła przedwojenną mapę Polski i z zaciekawieniem szukaliśmy powieściowych miejsc. Odczuć i zrozumieć  ten klimat, gdy zwyczajne życie stopniowo odgradzał mur nienawiści! Czas zabiera świadków, zatem takie wspomnienia stają się bezcenne! Polecam ten dokument ubrany w beletrystykę.


Bardzo dobra recenzja (czyli zbieżna z moim odbiorem) na blogu:
"Myśli rzeźbione słowem".
I jeszcze jedna: Beaty Gołembiowskiej.
Polecam:)

niedziela, 26 października 2014

Zrób sobie raj...

... i jedź do Krakowa!
Na hasło "Targi Książki" reaguję impulsywnie i nie mogę wysiedzieć w domu. Jadę, plączę się z sensem i bez sensu. Z trudem trzymam się  planu i - o dziwo! -  udaje mi się zrealizować spotkania w stu procentach. Łatwo nie było, bo goście dopisali, a nowa hala wystawowa ścian z gumy nie miała. Jak opisać wrażenia? Mętlik rozładuje jedynie chronologia.
Piękny początek dnia z pięknym człowiekiem. Ks. Dariusz Oko wręcza mi Dyktaturę gender z dedykacją. Wierzę, że książka uzbroi mnie w argumenty w dyskusjach przetaczających się przez internet. Profesor od razu odgadł moją profesję (!!!) i okazał się rozmówcą nieprzeciętnym. Nabrałam energii do dalszych poszukiwań.
Mariusz Solecki - jestem mu wdzięczna za wyraziste opisanie autorów, którzy opluwali Żołnierzy Wyklętych. Długo rozmawialiśmy przy ukochanym stoisku LTW. Zwróćcie uwagę na koszulkę, bo trzech moich interlokutorów strojem nawiązało do przekonań i sympatii, które im w życiu towarzyszą. Szkoda, że damskie wersje są z małymi dekoltami, bo dołączyłabym chętnie do marszu.
Znowu miałam szczęście, że państwo Łysiakowie byli ciut przed wskazaną godziną, to i czasu na rozmowę mieliśmy więcej. Edward Łysiak jest autorem dwutomowej opowieści kresowej - to Michał i Julia. Uprzedził, że nie czyta się jej lekko, ale nic to. Serce rośnie, bo z dużym prawdopodobieństwem spotkamy się wkrótce w Rzeszowie!
Tak długo czekałam! Czytałam, oglądałam na YT, wypatrywałam spotkań w okolicy... Proszę państwa, oto Leszek Żebrowski we własnej osobie! Wie wszystko, co o Narodowych Siłach Zbrojnych i Żołnierzach Wyklętych chciałabym przechować dla potomnych. Chodzące sumienie narodu. Jestem dumna, szczęśliwa i spokojna. Z błogim uśmiechem nurkuję w tłum...
Czas na zjazd blogerów. Nie wiem, co sądzą inni, ale wycofałam się po kilku minutach. Nie stawili się prowadzący, nie zgłosili się po nagrody zwycięzcy konkursu... O średniej wieku nie wspomnę. Wybaczcie, moi mili, ale będę sobie nadal pisała obok.
Borys Akunin - wstawił zygzakowaty autograf i elegancko wstał. W ogóle panowie zachowywali się szarmancko. Codzienne potyczki życiowe tak obniżyły  kulturalną poprzeczkę, że  zdziwienie tym faktem zaskoczyło mnie samą. Idę dalej i może w końcu trafię na jakąś autorkę?
Nie tym razem. Znowu pan profesor z klasą. Z Tadeuszem Gadaczem długo mogłabym rozmawiać o ulotności życia, sensach i bezsensach. Czasem warto przyjrzeć się z bliska temu, co nieuchronnie przemija.
Tej trójcy przedstawiać nie muszę. Miodek-Bralczyk-Markowski są bliscy każdemu rozkochanemu w ojczyźnie-polszczyźnie. Stoję i zastanawiam się, czy kupić kolejną książkę Wszystko zależy od przyimka. Ech... I w imieniu profesora mam wyściskać mojego ucznia:)
W końcu jeeeeest! Kobieta i to jaka! Fotopremiera naszej blogowej koleżanki Magdaleny Jastrzębskiej. Przemiła, skromna, dystyngowana. Chyba ją zagadałam na śmierć. Jakże ważne są takie pozablogowe spotkania i jak inaczej będę patrzyła na książki po przemiłym spotkaniu (z LTW w tle:).
Od wczoraj jestem dumną posiadaczką dwóch powieści Magdaleny, ale nie tylko na nich kończy się moja przygoda z Wydawnictwem. Miałam przyjemność odebrać wygraną w konkursie książkę Jana Pietrzaka Jak obaliłem komunę. No i jak ich tu nie kochać?





Dalej... Skromniutko przycupnęła Anna Arno, której zawdzięczam wspomnienie o Gałczyńskim. Teraz chętnie zaglądnę w jej Okna.



 Jeśli targowy dzień mógłby być jeszcze piękniejszy niż był, to tak stało się za sprawą Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm. Do stojącej na półce książki Lepszy dzień nie przyszedł już dołączy Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści. Na wiele minut zabrałam panią oczekującym w kolejce po autograf. Pysznie się rozmawia i rozstać się bardzo trudno. Tyle tematów! Tyle spraw i znajomych! Z ogromną radością dowiedziałam się, że ta poczytna pisarka zagląda na mojego bloga, i chwali, i czerwienię się... Dziękuję:)
Oto Rafał Ziemkiewicz - słynny RAZ. Tłum napiera, ale mam czas na wymianę paru zdań. Szkoda, że w Rzeszowie - wbrew zaplanowanej trasie - nie udało się zorganizować spotkania, o czym przeczytałam w ostatniej chwili:
"Niestety w Rzeszowie nie ma sali, w której wolno by mi było głosić miazmaty". Oj, Rzeszowie, Rzeszowie...
Jeszcze ojciec Leon w nowej odsłonie. Jak zawsze charyzmatyczny, uśmiechnięty i krzepiący.




I synek zadzwonił w ostatniej chwili, że podobno Wojciech Cejrowski jest w Krakowie. Był i jak zwykle ubarwiał targi. Niekwestionowana gwiazda, więc w kolejce stać trzeba, ale czego się nie robi, jeśli dziecię liczy na autograf.

Kończę "targowanie". Odchodzę uśmiechnięta. Jeszcze rzut oka w prawo (o! Maja Komorowska!), w lewo (o! Magdalena Zawadzka). 
Z lubością myślę o podwawelskich skarbach.
Ale o nich napiszę innym razem:)