DOM Z PAPIERU



sobota, 12 stycznia 2013

Dobre, bo podkarpackie

Patrzę na zdjęcie kapliczki, przy której doszło do "deprawacji" dzieci. A było to tak.
Oto bowiem, podczas gdy dzieci szły - jak zawsze na spacerze - znudzone i niechętne, okutane w harasowe chustki, ciepłe majtki, kamasze i berlacze - z tyłu usłyszały śpiew. Zatrzymały się, by zobaczyć, kto śpiewa, i zobaczyły człowieka, który zataczając się od rowu do rowu zbliżał się ku nim - śpiewając na całe gardło. Pani Gracka od razu  wyczuła niebezpieczeństwo. Trochę straciła głowę, każąc dzieciom to iść szybko naprzód, to zawracać. A tymczasem wesoły śpiewak zbliżał się wyciągając coraz głośniej swoją pieśń, której teraz każde słowo było doskonale słyszalne i zrozumiałe. I oto jasno, dobitnie, na cały głos wykrzyczana wpadła w dziecinne uszy zwrotka, która wryła się w ich pamięci po wszystkie czasy: "Każdy się ze mnie wyśmieje, że mi wiater w dupę wieje..." Pani Gracka jęknęła. Stało się. Dzieci usłyszały brzydkie słowo. Zostały zepsute i moralnie zdeprawowane.
Czytam z niedowierzaniem. Czy to możliwe, że jeszcze niedawno świat wyglądał tak inaczej? Takich obrazków, anegdot co krok dostarcza mi książka Dom Zofii Starowieyskiej - Morstinowej. Od czego zacząć? Od autorki? Od miejsca? Może jednak tytułowy Dom, istniejący w rzeczywistości nad urwistym brzegiem rzeki, w prześlicznym podkarpackim kraju. Na trzystu stronach konsekwentnie pisany wielką literą. To dom-budynek, ale też żywy i ruchomy, płynny i zmienny, i to zarówno w części budynkowej, jak i w stylu życia.  Obserwujemy więc historię jego przemian, jego rośnięcia. W Baszówce zamieszkują  po ślubie państwo Emilia i Władysław Zabielscy. Tu przychodzą na świat kolejne dzieci, a opowieść poznajemy z ust najstarszej córki - Halinki. Życie domu przesuwa się leniwie na taśmie czasu, która przenosi nas z pory roku na kolejną, od święta do święta, od wizyty do wyjazdu... Z sympatią patrzymy na panią Emilię, której energiczne, ruchliwe usposobienie wprawiało ściany dworu w taniec. Jej kwiecisty pokój był miejscem wieczornych czytań i romantycznych emocji dzieci. Był jednocześnie gabinetem ministra finansów. Pan Władysław wiódł życie samotnika i uczonego w swym rezerwacie, zamknięty w bibliotece-sanktuarium, w królestwie papieru. Rzadko był niepokojony i to już w przypadku najwyższej instancji. Tak jak wtedy, gdy musiał skarcić synów, którzy na spacerze w worku "sturlali" z górki nielubianego pedagoga. Dostali wtedy publiczne pasy, musieli przeprosić, ale niedoszły nauczyciel posadę stracił za brak umiejętności radzenia sobie w takich sytuacjach. Ojciec rodziny naukę cenił, a historię w szczególności. Dzieci uwielbiały, gdy czytał im powieści, później po wielokroć odtwarzane w zabawach. I gdy zdarzyło się, że w kłótni szukali obelżywych słów,  Józik powiedział do Macieja: "Ty Mazarynie". Usłyszawszy to pan Władysław czuł się podniesionym na duchu. Uznał to za dowód, że kultura przenika do ich umysłów, o których sądził, że są zajęte wyłącznie końmi. Od tej chwili jaśniej patrzył w przyszłość synów.
Ale wróćmy do Domu. Dzieci rosły, pomnażał się sztab pedagogiczny, więc budynek był za mały. Wciąż coś dobudowywano, remontowano. Osiemnaście pokoi  nie wystarczało, jeśli szeregu z nich, tych od południa, największych, nasłonecznionych, nie używano. Rodzina gnieździła się w maleńkich, północnych pomieszczeniach. Utrzymanie domu, saloników "pod gości" dawało prestiż, było sprawą pozycji, wyboru środowiska. Bo to, czego się obawiano straszliwie, to była deklasacja! Zwłaszcza łatwo było zdeklasować się kobiecie, chociażby przez podjęcie pracy czy samotny spacer. Bo skoro pracuje, to znaczy, że nie ma pieniędzy. Podobnie samotna przejażdżka świadczy o braku funduszy, by zatrudnić damę do towarzystwa. Ktoś, kto zarabia, jest biedny! - dociera do mnie niebywały komunikat.
Ze zdumieniem czytam o wartościowaniu człowieka wedle jego stopy życiowej (nie dlatego, że dziś tak nie jest, tylko że się o tym głośno na salonach rozprawiało). Ślub oficera nie był możliwy bez kaucji, która gwarantowała odpowiedni poziom życia przyszłej rodziny. Doprowadzało to często do zjawiska "złoconej nędzy". I tak dalej...
Przez wiele lat książka była jedyną prawdziwą o życiu normalnego dworu. Powstawała w latach pięćdziesiątych, czyli wtedy, gdy prowadzony był obrzydliwy, zmasowany atak na panów, którzy nieludzko ciemiężyli chłopów i fornali. Mamy zatem obraz dworu inny niż oficjalny. Nie ma wątpliwości, że pani Zofia (bo to ona wspomina dzieciństwo, nadając sobie i innym członkom rodziny wymyślone imiona, a Bratkówkę zamieniła w Baszówkę) była zmuszona dokonać autocenzury, by powieść w ogóle ujrzała światło dzienne. Podobnie jak nie mogła napisać o działalności społecznej, oświatowej, religijnej rodziców i rodzeństwa. O ich chlubnych losach w posłowiu wspomina bratanek - ks. Marek Starowieyski. Powieść okraszają zdjęcia z rodzinnego archiwum. Otrzymujemy w ten sposób pełny obraz minionego świata. Zdajemy sobie sprawę, że minął on bezpowrotnie.
A autorka? Ostatnie lata życia spędziła w Krakowie. Była znaną eseistką, dziennikarką, krytykiem literackim. Również filarem "Tygodnika Powszechnego". Do jej mieszkania na Sikorniku przychodził nawet sam Karol Wojtyła, który wielokrotnie podczas spotkań ze Starowieyskimi ciepło wspominał ciocię Zosię. Ten fakt przeoczyli biografowie papiescy...
Powinnam już skończyć, ale koniecznie  muszę przytoczyć jeszcze jeden cytat, gdy mowa jest o rabowaniu dworu przez Armię Radziecką w 1944 roku.
Z opowiadań naocznych świadków dowiedziałem się, że żołnierze radzieccy bardzo cenili klasyków greckich i łacińskich, gdyż w ich kartki zwinięta machorka wyjątkowo dobrze smakowała. Myślę, że jest to unikatowy na skalę światową sposób smakowania Homera i Horacego...
Zofia Starowieyska - Morstinowa, Dom, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2012

  Zdjęcie wakacyjne - Odrzykoń. Na ruiny zamku często spoglądali bohaterowie powieści. A ja tam byłam, nie mając pojęcia o istnieniu dworu w Bratkówce!
 




31 komentarzy:

  1. ojej, jak ja lubię takie historie:) A o ksiązce nie słyszałam:) dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat potrzebowałam takiej historii. Mam wyrzuty sumienia, że tak późno odkryłam, bo książka ma tyle lat, co ja! Ile takich zagapień jeszcze? Ale najważniejsze, że jest:)

      Usuń
  2. Piękny świat, który minął bezpowrotnie.Ja uwielbiam dworki, ale sama pochodzę z chłopskich rodzin, gdzie pomieszczeń domowych była minimalna ilość.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmiałam się, gdy czytałam o zamkniętym dla dzieci salonie i to dla ich dobra.Przyczyniał się on do zachowania należnej pozycji w środowisku, bo był podziwiany przez gości. Ponadto "rozpieranie się" latorośli na kanapach bulwersowałoby wszystkie zasady pedagogiczne.
      Mnie też do dworu droga daleka, ale tęsknię za tym światem, bo to część polskości:)

      Usuń
  3. Też uwielbiam takie historie. Ach, jak ja bym chciała mieszkać w takim dworze...
    Czy te wspomnienia były już wcześniej wydane? Może pod innym tytułem? Bo coś mi to znajomo brzmi. Jest tam może opis seansu spirytystycznego z udziałem córek Kossaka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dom" ukazał się w 1959, potem długo cisza. Wiem, że autorka napisała też "Ci, których spotykałam" i jest tam portret literacki Lilki. Zresztą debiutowała przed wojną właśnie pierwszą recenzją dotyczącą Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, czyli skojarzenie masz bardzo dobre. Ja zamówiłam sobie jeszcze "Patrzę i wspominam". Pierwotny tytuł brzmiał "A lipy nadal kwitną..." - chyba ciekawiej. To godzenie się ze starością i wspomnienia. Zachęcona pierwszą lekturą nabrałam apetytu.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Nie, to nie ten dwór. Opisany we wspomnieniach Dom stoi do dziś na Podkarpaciu w okolicach Krosna. Rodzina po pierwszej wojnie wróciła, a gdy ojciec został posłem na sejm, majątek wydzierżawili i przenieśli się do Krakowa. Zofia w 1917 wyszła za mąż za Zygmunta Morstina z szacownego rodu, co dało możliwość wejścia w wielki świat. Stała się przyjaciółką domu Kossaków. Z mężem zamieszkała w Święcicach (na północ od Krakowa), a do grodu Kraka przenieśli się w 1936 roku. Tam mieszkała do śmierci. Kołem, kołem:)Ale nas wzięło na biografie! Ciekawe zajęcie;)

      Usuń
  4. Jaka piękna historia:), uwielbiam takie, więc tytuł odpisuję i myślę nad zakupem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawiodą się chyba tylko miłośnicy akcji. Wszystkim pozostałym polecam z czystym sumieniem:)

      Usuń
  5. Nowy komentarz do posta "Lawa - to my" dodany przez Marta_Kornelia :

    Początek sprawił, że nieomal zaczęłam krzyczeć, dlaczego nie urodziłam się wcześniej? No niestety, moje pokolenie nie jest tak piękne ja te Kolumbów, ani nawet te o 10 lat młodsze, a szkoda. Tekst niesamowity i zdecydowanie wart przeczytania. Dziękuję. (chyba chwycę w dłonie II tom Kolumbów Bratnego i przeniosę się do innych czasów, tragicznych, a zarazem pełnych ideałów)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Marto...- twój komentarz pojawił się na poczcie jako pierwszy, a tu go nie widzę od kilku godzin, więc przeniosłam:)
      Ja też tęsknię za normalnością i kulturą tych czasów. Polecam - książkę "Dom" oczywiście. Bo jeśli chodzi o "Kolumbów" to z kolei polecam czytanie najwyżej do drugiego tomu. Potem skrzeczy polska rzeczywistość peerelowska.
      Serdeczności na resztę weekendu:)

      Usuń
  6. Książki nie czytałam, ale Twoja recenzja sprawiła, że muszę ją zdobyć. Lubię czasy dawnej szlachty polskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Witaj, sarmacka duszyczko:) Przy twoich zapędach do fotografowania Polski, to jeszcze do Bratkówki zawędrujesz. Jak widać, przegapiłam, a byłam tak blisko!

      Usuń
  7. Przepadam za takimi niespiesznymi wspomnieniowymi opowieściami. Książka właśnie wylądowała w księgarnianym koszyku. :)
    Ruiny zamku w Odrzykoniu widziałam na żywo w tym roku w lipcu.

    P.S.
    Polecam Twojej wzmożonej uwadze jutrzejszy Płaszcz. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Niespieszna - takie określenie pasuje akuratnie. Zaglądam w wycieczkową rozpiskę i wynika z niej, że... krążyłyśmy blisko w czasie i przestrzeni:)
      Czyżby jutro kolej na Wierzyńskiego?

      Usuń
    2. Moja wizyta była króciutka, tylko przejazdem. A Płaszcz to jak zwykle niespodzianka. :)

      Usuń
    3. ~ To jeszcze paru ulubieńców mam, tak na wszelki wypadek;)

      Usuń
  8. Lubię to! I chciałabym mieć tę książkę. I Podkarpacie, i wątek salonów krakowskich.:) Piękna opowieść o świecie minionym. Zachodzę tylko w głowę, gdzie jest ów wspomniany przez Ciebie Sikornik...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Tak myślę, że książka w kręgu twoich zainteresowań:) A Sikornik? Po prostu mieszkanie przy placu Sikorskiego (dawniej Jabłonowskich). Pewnie już wiesz, krakusko;)

      Usuń
    2. Tak właśnie się domyślałam:) Wiosną "obfotografuję" te nasycone historią i literaturą miejsca w Krakowie.

      Usuń
    3. ~ W Krakowie dopełniało się szczęście ojca autorki: "te krakowskie dnie, pełne rumianości Wawelu, zieleni Plant, pełne czytania, rozmów i przyglądania się obrazom w Muzeum w Sukiennicach" - piękne!
      PS
      Zafundowałaś nam już kilka literackich spacerów po Krakowie, ale nigdy dość! Czekam na kolejne:) Byle do wiosny!

      Usuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Właśnie odpisałam. Z uśmiechem:)

      Usuń
  10. Właśnie czytam tę książkę. Przeczytałem 2/3, ale już wiem, że dołączy do grona moich ulubionych pozycji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Cieszę się podwójnie: że dotarłeś aż tu i że książka warta przeczytania. :)

      Usuń
    2. Jutro napiszę o niej więcej na blogu :)

      Usuń
    3. ~ Koniecznie. Dobre książki trzeba promować. Ja po lekturze "Domu" kupiłam i przeczytałam jeszcze "Patrzę i wspominam" tej samej autorki i szkic do jej portretu "Cieszyć się życiem" Bronisława Mamonia. Tak to jedna lektura goni drugą. Czekam na recenzję:)

      Usuń
    4. Recenzję już skończyłem, ale ponieważ dzisiaj już jedna pojawiła się na blogu to recenzja "Domu" pojawi się jutro rano :) Zastanawiam się nad pozostałymi książkami tej aturoki. Jak oceniasz "Patrzę i wspominam?

      Usuń
    5. ~ Podsumowanie życia, raczej dla bardzo dojrzałej kobiety, która widzi kres... Mądra, smutna, ale poczekaj z lekturą;)

      Usuń
    6. To raczej nie dla mnie :) Poprzestanę na "Domu". Zachowam przynajmniej bardzo pozytywny obraz autorki :)

      Usuń

Komentarze mile widziane.