DOM Z PAPIERU



środa, 17 października 2012

W mieście piwnic i wina


Trzy węgierskie dni. Dobre wino kocham prawie tak samo jak dobre książki. Bez jednego i drugiego można żyć, ale po co? A gdzie wino leje się strumieniami? W Egerze! To tutaj możemy zobaczyć 140 kilometrów piwniczek, wydłubanych w tufowych skałach,  schowanych czasem nawet pięć pięter pod ziemią.
Degustacje serwowane w kolejności od wytrawnych (brrr...) do słodkich. Trudno wyjść bez baryłki i kilku butelek. A tanio, że aż trudno uwierzyć! Węgrzy produkują rocznie około 4 mln hektolitrów tego zacnego trunku (co nie może podobać się w UE), a chcą sprzedać. Wina przednie, mające niewiele wspólnego z tym, co u nas na półce, stąd zdziwienie. Po zajrzeniu do kilku piwnic moja wiedza zdecydowanie wzrosła. Potwierdziła się  teoria o dobrodziejstwach czerwonego wina, bo i tu leczą metodą "trzech kapeluszy". Znalazłam tłumaczenie związku frazeologicznego: pijany jak bela. Poznałam nowy: lepiej zgubić denara niż kroplę wina, bo denara można podnieść. Prawie zostałam "generałem wina". Tajemnicza Dolina Pięknej Pani to zdecydowanie najciekawsza część Egeru. Ale czasem trzeba wyjść na słońce. Co wtedy można zobaczyć?

Z daleka zaprasza słynny zamek. Toczyły się tu walki przypominające naszą obronę Częstochowy. Każdy Węgier czyta z wypiekami "Gwiazdy Egeru", niczym nasz "Potop". To o bohaterskich obrońcach. A po tureckim jarzmie została pamiątka...






... minaret. Można się wspiąć i podziwiać panoramę miasta z wysokości czwartego piętra. Chyba wypiłam za mało, bo nie miałam odwagi.











Szukałam też polskich śladów. Sporo ich. Wiele dobrego zrobili dla nas Węgrzy, chociażby w czasie drugiej wojny. My na żadnym etapie historii nie odwdzięczyliśmy się...







Miło było wypić kawę w  kafejce pod polską flagą. W Egerze nas lubią! To widać, słychać i czuć. A widać na każdym kroku chociażby polskojęzyczne informacje i menu.







Studiowałam też ukochaną angelologię.








Podziwiałam kunszt kowalski. Tu - kuta w żelazie brama Fazola.












Niestety, zawsze jest coś, co uwiera. Wypadło z planu zwiedzanie urokliwego Sarospataku. Nie zobaczyłam zamku Rakoczych, ale przede wszystkim nie dołączyłam do kolekcji europejskich bibliotek tej z kolegium kalwińskiego.

 źródło zdjęcia [tu:]
Po drodze Koszyce. I tam Sandor Marai czeka cierpliwie, żeby zobaczyć się ze swoją fanką.

 źródło zdjęcia [tu:]

Wniosek? Trzeba pojechać jeszcze raz. Szybko opróżniam baryłkę, żeby się zmobilizować wszechstronnie. Toast za polsko-węgierskie braterstwo!

38 komentarzy:

  1. A ja się zastanawiałam, gdzie czmychnełaś, że tak zamilkłaś w blogosferze:) A ty się bawiłaś na Węgrzech!:) Dziękuję za relację, bo o Egerze nic a nic nie słyszałam, choć byłam na Węgrzech dwa razy, a poza tym bliski jest mi ten kraj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Beatko, biję się w piersi i obiecuję poprawę. To moja druga wycieczka. Kiedyś zwiedzałam piękny Budapeszt, ale okazuje się, że "prowincja" też piękna. Na dodatek smaczna bardzo. Uważam, że Grecy i Węgrzy lubią nas najbardziej. Sama czułam się wśród nich najlepiej. Media lansują inne sympatie, ale uparcie będę trwać przy swoich. Przy naszych:)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Zgadza się; "bycza krew" to ich sztandarowe wino. Przywiozłam też pyszną medinę, dolce vita, samorodek, tokaj aszu... Szanuję smakowe wybory innych, ale nie rozumiem. Byłam szczęśliwa, że w końcu w jednym miejscu tyle słodkich win było do wyboru! Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Zazdroszczę tak cudnego wypadu. Ja na Węgrzech byłam mnóstwo lat temu, jak nie byłam piekna ale za to młoda.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Po baryłce nadal jesteśmy i piękne, i młode. Uwierz w moc:)

      Usuń
    2. Wierzę, ostatnio piłam Egri, lubimy tę byczą krew.)

      Usuń
  4. Wino lało się strumieniami - i to czerwone, ale Ci zazdroszczę, też myślałam, że gdzieś przepadałaś w sieci albo zabrakło Ci dostepu do neta. Cudnie, że już jesteś :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Sama się zastanawiam, dlaczego tak późno tam pojechałam. Skojarzenia miałam głównie z basenami i pewnie dlatego. Miło, że mnie tak sympatycznie witasz:))) To ja będę częściej znikać;)
      A tak naprawdę to praca daje w kość. I jesień. I jakieś niedookreślone tęsknoty...

      Usuń
  5. Oj jakże zazdroszczę Ci tej podróży! Ja po tej Hiszpanii nabrałam takiego apetytu na świata doświadczanie, a możliwości póki co nie ma.
    Sandorkiem też bym sobie posiedziała, ukochała go i podziękowała za wszystko co napisał. Właśnie kilka dni temu skończyłam smakować (bo zwykłe czytanie to nie było)jego "W podróży"-CU-DO-WNE!:)
    Pozdrawiam cieplutko i cieszę się, że napisałaś. Może i ja w końcu się przełamie i coś napiszę. Jakoś nie mogę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Piękna była ta Twoja podróż! Chyba też bym się tam dobrze czuła. Kocham historię i ciepło... Zresztą całą Hiszpanię oprócz byków.
      "W podróży" dopisuję. Mam tylko "Księgę ziół" i "Dziennik".
      Co do smakowania świata, to mamy podobne pragnienia i możliwości. Wciąż muszę wybierać. A zew podróży... Ech... Zostają nam zawsze podróże książkowe. Obiecuję sobie w końcu w weekend przysiąść i popełnić książkowy wpis. Całuski:) Aaaa, a ile papryczek wszelakich nakupowałam! Piekło w gębie;)

      Usuń
  6. Ja też się zastanawiałam gdzie zniknęłaś. Wydawało mi się, że twoja wycieczka miała się odbyć w listopadzie. Węgry odwiedziłam raz - wieki temu, kiedy jeszcze zdobycie paszportu było nie lada problemem. Wspominam dość sympatycznie i reż czuję pewien niedosyt; byłam jedynie dzień w Budapeszcie i tydzień w Heviz (gorące źródła). Udało mi się zobaczyć zupełnie niespodziewanie wystawę rysunków Goyi Okropności wojny niedaleko Heviz w małej mieścinie. Budapeszt jawi mi się wówczas jak miasto z bajki- to była moja pierwsza zagraniczna podróż (nie licząc petersburskiej przygody przedszkolaka)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Po każdej wycieczce czuje niedosyt i rozgryzam dylemat: jechać w nowe strony czy poszerzać horyzonty w jednym miejscu? Wygrywa parcie do przodu. Wspomnę i ja mój pierwszy raz. To była NRD, ale od razu Berlin (Muzeum Pergamonu! - przeczuwałam Akropol), Poczdam, Drezno... Pamiętam do dziś. Ostatnią niech będą ukochane Bieszczady:)

      Usuń
  7. Nie da się ukryć, że ja też tęskniłam. Myślałam, że pewnie zajęta i zaczytana jesteś, a tu proszę! Wino sobie popijasz i papryczką zakąszasz u naszych południowych bratanków ;-)
    Fajnie, że wróciłaś do nas.
    Sandora fanką jestem i ja, aczkolwiek zaocznie, bo... jeszcze nic nie czytałam, ale wiem, że podobałoby mi się.
    Pozdrawiam serdecznie ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Ja tu pławię się w beztrosce, a ty mnie podejrzewasz o wysokie loty! Owszem, odbyły ze mną podróż "Portrety pań wytwornych", ale zdążyłam spotkać się jedynie z Sybillą z Puław. Winko i papryczka rzeczywiście do wyboru, do koloru. Przygoda z Sandorem przed nami:)
      Serdeczności:)

      Usuń
  8. Na Węgrzech bywałam parę razy w ciągu ostatniego roku z powodów służbowych, ale miło wspominam te wyjazdy. Miałam okazję zobaczyć Sopron i Debreczyn i oba miasta mnie zauroczyły, choć chyba bardziej podobało mi się w Sopron, gdzie można skosztować bardzo dobrego białego wina. :) W Egerze niestety nie byłam, ale może kiedyś tam dotrę. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ O, to widzę, ile jeszcze węgierskich wycieczek przede mną! Gdy byłam przejazdem, to wydawało mi się, że Węgry to Budapeszt otoczony polami słoneczników, kukurydzy i akacjami. Dziś odkrywam inne oblicze i wstydzę się swoich stereotypów. Eger to piękne, zabytkowe i spore miasto. Przede wszystkim - bardzo symaptyczni mieszkańcy. Ach, jak dobrze się czułam w Grecji i na Węgrzech właśnie! Na zdrowie:)

      Usuń
  9. Na Węgrzech byłam za komuny. Zwiedziłam Budapeszt, półwysep Tihany i spędziłam czas nad Balatonem. Ciekawa jestem zmian. Lubię dobre węgierskie tokaje.
    Polacy jako jedyni z demoludu dodawali otuchy walczącym Węgrom w 1956 roku, wysyłając krew dla rannych. Pisze o wsparciu Warszawy Marai w Dziennikach.
    Piękna podróż:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Budapeszt pewnie niewiele się zmienił. Baseny uwielbiałam w młodości; teraz wieczorową porą;)
      Za ślad braterstwa dzięki, bo nie zatrzymałam się na wspomnianym fragmencie. Cały czas mam poczucie długu wobec Węgrów. Chociażby za Mohacz. Wycieczka miła, ale nadal ciągnie mnie do kolebki cywilizacji:)

      Usuń
  10. Oj, ja tez wybrałabym się na Węgry! Spośród bliższych wymarzonych destynacji to jest jedno z 2-3 które od dawna chciałam zobaczyć, ale jakoś się nie złożyło do tej pory. W zeszłym roku za to wybrała się tam moja mama i przywiozła mi całe naręcze suszonych papryk (jedne miały być słodkie, drugie ostre - moim zdaniem jedne są ostre, a drugie bardzo ostre) i węgierskich wędlin (większość także ostra). Niestety wśród prezentów znalazł się tylko jeden Tokaj... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Akurat na Węgry mam blisko, więc będę chciała pojechać letnią porą. Dla mnie żadna papryka nie jest za ostra:) Pospacerowałam sobie między straganami targowiska i kupiłam wianuszki do kuchni. W Tokaju też byliśmy, ale w samej piwniczce, więc nie wspominałam. Najpierw baliśmy się usiąść wśród wiszących, posępnych pajęczyn. Później nie chciało się nam wychodzić. Oj, pośpiewałam! Oj, poleciały rzewne dumki... Pięknie brzmiały w tym miejscu słowa piosenki ze studenckich czasów: Wczoraj znowu tokaj piłem, mojaś ty, miłaś ty, dzieweczko ma. I do rana się bawiłem, mojaś ty, miłaś ty, dzieweczko ma!...:)

      Usuń
  11. @ My na żadnym etapie historii nie odwdzięczyliśmy się...

    Nutta odpowiedziała już wyżej, więc tylko podam link, pod którym więcej na ten temat: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/I/IH/polak_wegier.html

    pozdrawiam
    allegra walker

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Z przyjemnością poczytam. Nie wiem, czemu siedzi we mnie ta zadra. Chyba została po wcześniejszej wycieczce do Budapesztu, kiedy przewodnik tak pięknie nam opowiadał o mieszkańcach, o ich smutkach, samotnościach... Wydali mi się tak podobni do nas! Cisi, czekający, życzliwi i ... zrezygnowani:(

      Usuń
    2. ~ Przeczytałam. Wzruszające. Choć tyle.
      Byliśmy w Egerze w kościele, w którym modlili się polscy żołnierze z obozu jenieckiego. Na cmentarzu dziesięć zadbanych grobów tych, którzy zmarli śmiercią naturalną (!). Oby Węgrzy nadal uśmiechali się tak życzliwie do Polaków. I wzajemnie, choć media robią czarny PR.

      Usuń
  12. Książkowcu masz piękne wspomnienia z cudownych Węgier.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Węgier nigdy dość. Byłam i pojadę - jeśli będzie mi dane - z przyjemnością:)

      Usuń
  13. No to na dokładkę proponuję Sandora Maraia. Jest z czego wybierać.
    Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Sandor Marai czeka. I ten pomnikowy, i ten książkowy. Mam nadzieję, że starczy mu cierpliwości. Poszukam tylko troszkę czasu, zwinę się w kątku z grzańcem w garnuszku... Zima tuż, tuż, więc marzenia się spełnią:)

      Usuń
  14. Z długami nie jest chyba aż tak źle, w końcu troje Węgrów rządziło Polską :-), Sobieski zwyciężając pod Wiedniem sprawił, że z Węgier "wyprowadzili" Turcy, a i w 1848 r. Rzecki razem z Bemem :-) walczyli w powstaniu węgierskim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ No i dzisiaj 80% klientów to Polacy. Tylko dlaczego ten naród taki smutny? To mi spokoju nie daje.

      Usuń
    2. ~ A o Rzeckim to Prusowe wypominki czy moje luki historyczne? Przyznaję się do amatorszczyzny historycznej, więc wszystko może się zdarzyć;)

      Usuń
    3. Też nie wiem, bo i wina mają dobre i gulasz ale to może dlatego, że są naszymi "bratankami" więc nasze narodowe marudzenie pewnie im się udzieliło :-).

      Usuń
    4. ~ Pamiętam z poprzedniej wycieczki pomnik poety-samobójcy (J.Attila) w Budapeszcie. Wypisz, wymaluj - obraz polskiej duszy. A gulasz? Piekło w gębie. Uwielbiam. I jeszcze czardasz. No jak - mając tyle bogactw - może ogarnąć człeka taki smutek!

      Usuń
    5. W swoim "Gulaszu z turula" Krzysztof Varga (ojciec Węgier) uważa, że za depresyjność Węgrów odpowiedzialna jest ciężkostrawna kuchnia. Polecam tę ksiązkę, choć wiem, że za Vargą nie przepadasz. :)

      Usuń
    6. ~ Już zaczęłam szukać przyczyn dużej liczby samobójstw i podawane są: właśnie czardasz, brak dostępu do morza, trudny język powodujący izolację, a nawet wysoki podatek VAT! Kuchnia rzeczywiście tłusta i długo będę musiała odmawiać sobie słodyczy. Co do wspomnianej książki Vargi, to znowu mam niemiłe wspomnienie. Gdy wręczana była Nagroda Nike, w trakcie nominacji pan Wiadomokto (AM) zażartował, że zjadłby chętnie gulasz z orła białego. Żadnego echa w prasie! No cóż, ciągle tylko narzekam, jak nasi bratankowie;)

      Usuń
  15. Ależ piękna wycieczka! Nie byłam na Węgrzech, zatem wszystko przede mną.
    Pomnik pana Marai przypomina pomnik Agnieszki Osieckiej w Opolu, ona też czeka na fanów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~ Mam dość blisko i sama się dziwię, że tak rzadko bywam u bratanków. Chyba odstraszało mnie to, że wszyscy znajomi jeździli na baseny. Nagle zobaczyłam ciekawy kraj, pełen zabytków i opowieści, że o winie nie wspomnę:)

      Usuń

Komentarze mile widziane.